11 oznak azjatyckiego przyzwyczajenia

Właśnie mija piąty miesiąc naszej podróży. Zdążyliśmy przemierzyć Indie, objechać Sri Lankę, poznać dogłębnie Birmę, skosztować Tajlandii, dotrzeć do Malezji. Zdążyliśmy też… nasiąknąć nieco tutejszymi zwyczajami i przyzwyczaić się do niektórych podróżniczych niewygód. Choć ciężko wrzucić wszystkie azjatyckie kraje do jednego worka, to istnieją takie zachowania, które powtarzają się na wielu szerokościach geograficznych tego zwariowanego kontynentu. Dodajmy – zachowania, które naprawdę wchodzą w krew! Jesteśmy niczym kameleony, ale uwierzcie – po pewnym czasie też zaczęlibyście nazywać azjatyckie dziwactwa jedyną słuszną normalnością.

Oto 11 oznak przyzwyczajenia do azjatyckiej* codzienności

*Na warsztat biorę państwa, które do tej pory odwiedziliśmy: Indie, Sri Lankę, Birmę, Tajlandię, Malezję, Kambodżę i Wietnam. 

1. Przerwy w dostawie prądu? Normalka

Im ciemniej, tym przyjemniej! / Ngapali, Birma
Im ciemniej, tym przyjemniej! / Ngapali, Birma

Pierwszy dzień w Delhi. Lądujemy na Couchsurfingu u Anuraga i Karoliny. Mieszkają oni w dopiero co budującym się osiedlu, w dzielnicy z gatunku tych zamożniejszych. Opowiadają nam trochę o życiu w Indiach, mówią także: czasem zdarzają się przerwy w dostawie prądu, najczęściej chwilowe, bywa, że kilkugodzinne. Trzeba wciąż nadpisywać wersje dokumentów na komputerze, żeby nie przepadły podczas pracy. Myślimy sobie – ale jak to, power cut? W stolicy Indii, w takiej dzielnicy? A jednak. Trzy miesiące później, w Pondicherry, na nagłe wyłączenie światła i wiatraka reagujemy stwierdzeniem: „o, power cut”. Cztery miesiące później, gdzieś na zadupiu Birmy, w egipskich ciemnościach polewam się deszczówką z miski, podśpiewując wesoło i myśląc: dobrze, że wyłączyli światło, przynajmniej nie zobaczę, jak bardzo nie domyłam stóp.

Przy okazji: wnioskuję o dodanie frazy „birmańskie ciemności” do bazy frazeologizmów z wyjaśnieniem „ciemniej niż przez Wielkim Wybuchem”.

2. „Kucający” kibelek azjatycki przekładasz nad europejski

Instrukcja użycia indyjskiego kibelka
Instrukcja użycia indyjskiego kibelka

Toż kibel służy do szybkiego załatwienia sprawy, a nie do czytania gazety i przeglądania Internetów na smartfonie. I pozycja kucająca jakaś taka bardziej sprzyjająca szczęśliwemu finałowi. I higieniczniej przecież (a jak się jeszcze umyjesz spryskiwaczką zamiast użyć papieru – to klękajcie ekolodzy!). Przełom nastąpił, kiedy pani z pewnej birmańskiej jadłodajni poprowadziła mnie na tyły budynku, bym załatwiła, co trzeba, pokazując mi przy tym drzwi do toalety w stylu zachodnim. Uśmiechnęłam się w ramach podziękowania, by nie robić kobiecie przykrości, a gdy poszła – wybrałam wersję z dziurą w ziemi. Dziury są fajne.

3. Plujesz na ulicy i nie robi na tobie wrażenia chodnik ocharkany betelem

Nie wszędzie można pluć. Na przykład w delijskim metrze to zabronione, inaczej płacisz szalona karę 12 złotych.
Nie wszędzie można pluć. Na przykład w delijskim metrze plucie jest zabronione, inaczej płacisz szaloną karę w wysokości 12 złotych.

Bardzo to będzie niekulturalne i możecie się teraz skrzywić z niesmakiem, ale tak – plujemy na ulicy. To znaczy ja może niezbyt często, ale Damian tak się już plujących Indusów naoglądał, że robi to co chwila. Powstrzymuje się tylko tam, gdzie ewidentnie jest to zabronione (dworce, sklepy, szpitale) albo po prostu nie wypada (koncert muzyki klasycznej). Mówcie, co chcecie, ale to zdrowe – tak sobie czasem odcharknąć, szczególnie gdy w powietrzu dużo kurzu, który trzeba wdychać.

Inna sprawą jest plucie betelem/paan masalą. Betel to taka używka popularna umiarkowanie w Indiach i na Sri Lance, a ubóstwiana szczególnie w Birmie. Liść pieprzu żuwnego smaruje się białym mlekiem wapiennym, dorzuca się orzechów areki, czasem też tabaki, zawija – i gotowe. Następny punkt programu to żucie oraz plucie.

Liście betelu
Liście betelu – czyli pieprzu żuwnego

W Birmie każdy, ale to każdy mężczyzna żuje betel, spluwając soczystą czerwienią w miejscu, gdzie akurat stoi. Na przykład pod nogi swojego rozmówcy. Albo podczas jazdy, przez okno, na drzwi własnego auta. Niektórzy są tak uzależnieni, że stają się nerwowi, gdy kończą im się zapasy. Całe szczęście w Birmie prędzej nie kupisz worka ryżu niż paczuszek świeżego betelu – stoiska z zawijaczami rozstawione są co kilkanaście metrów w każdej, nawet najbardziej zapyziałej mieścinie i jest ich więcej niż wszystkich birmańskich złotych pagód razem wziętych. Czyli naprawdę dużo.

Na początku nas to brzydziło, a jakże. Potem się z tego śmialiśmy. A potem sami spróbowaliśmy betelu. Efekt był taki, że Damian pluł na czerwono jak rasowy Birmańczyk, a potem dostał energetycznego kopa, natomiast ja trochę plułam, a trochę rzygałam, po czym dostałam kopa i poszłam spać. Bo wzięłam wersję z tabaką.

W każdym razie – po tym zdarzeniu możecie charkać betelem do woli, nas to ani ziębi, ani grzeje.

4. Nie pamiętasz już, jakie to uczucie wziąć kąpiel w wannie pełnej piany albo ciepły prysznic

Deszczówka w zbiorniku oraz stylowa, plastikowa miseczka do polewania / Birma
Deszczówka w zbiorniku oraz stylowa, plastikowa miseczka do polewania / Birma

Ciepła woda w prysznicu? A co to? Zimna woda zdrowia doda! A najlepiej nie z prysznica, a z polewaczki i wiadra. Może być deszczówka.

Od czterech miesięcy nie widziałam wanny. No, chyba, że mówimy o betonowej wannie zbierającej deszcz. Taki luksus jak kąpiel to w Azji mało popularna rzecz. Zresztą – komu chciałoby się brać gorącą, parującą kąpiel, gdy na dworze 40 stopni w cieniu? A tam, gdzie zimno, na przykład w Himalajach, woda to towar deficytowy – trzeba oszczędzać! Nawet prania w hostelach robić nie wolno. Jedno wiadro na głowę dziennie musi wystarczyć.

5. Nie smakuje ci jedzenie bez przypraw

Targ przypraw / Delhi
Targ przypraw / Delhi

Błe, ten makaron jest bez smaku, dodajcie tu trochę pieprzu! Tak ze dwie szklanki! Smaki w Azji bywają tak intensywne, że w pierwszym kontakcie zatykają. Zdarza się, że indyjski obiad pali bardziej niż wiekowa Łada podczas mroźnej, rosyjskiej zimy. Tajowie oraz Birmańczycy też nieźle potrafią doprawić, natomiast na Sri Lance bywają z tym problemy – odniosłam wrażenie, że ich ulubioną przyprawą jest… sól. Tam też kuchnia była najsłabsza.

W każdym razie – ostre potrawy da się jeść wtedy, gdy są odpowiednio przyprawione, czyli bez przesady. Żeby nie trzeba było po pierwszym kęsie pędzić do studni po trzy dzbany wody – wystarczy lekkie zatkanie i nagły atak kataru. Tak na pocieszenie: przyprawy oraz zioła mają moc zabijania bakterii – a to bardzo ważne w gorącym klimacie! A gdy już się do przypraw przyzwyczaisz – sam zaczniesz polewać swojego pad thaia ostrym sosem chilli.

6. Nie rozumiesz, jak można jechać autem/motocyklem/skuterem/rowerem i przy tym nie trąbić/nie dzwonić – choćby przy wymijaniu i na zakrętach

W indyjskiej motorikszy
W indyjskiej motorikszy

Przecież to niebezpieczne poruszać się bez klaksonu!

W Europie trąbisz/dzwonisz, gdy jesteś wkurwiony. Gdy jakiś palant na dwóch kółkach zajedzie Ci drogę, gdy baba jeździć nie umie i wlecze się 40 km/h, gdy matka z wózkiem pomyli ścieżkę rowerową z chodnikiem w Ciechocinku.

W Azji trąbisz bez emocji – trąbieniem przekazujesz konkretny komunikat i wcale nie jest to „z drogi, kutasie!”. Ten komunikat mógłby brzmieć: „biip, biip, zjedź drogi rowerzysto nieco na bok, bo boję się, że trochę o Ciebie zahaczę i możliwe, że wpadniesz do rowu” albo „biiip biip biip, uważaj kolego na motocyklu, za chwilkę będę Cię wyprzedzał”, ewentualnie „biip biip biiip biiip, uwaga wszyscy, zbliżam się do zakrętu!” lub „biiip biip, ja jadę, zobaczcie, ja jadę, hehe, biiiiip!”.

Takie trąbienie często ratuje życie na górskich serpentynach, gdzie droga wąska, w dole przepaść, a w niebie bogowie mają gorszy dzień i rzucają w ludźmi piorunami, płacząc obficie.

7. Najbardziej lubisz budzić się wtedy, gdy na ulicach zaczyna się życie, czyli między 5 a 6 rano

Poranek w Mrauk-U (Birma)
Poranek w Mrauk-U (Birma)

Bo poranki są najciekawsze! W miasteczkach portowych budzą się rybacy, przewoźnicy pakują towar na łodzie, baby rozkładają produkty na targu, dzieciaki wstają do szkoły (w Birmie też do pracy), mnisi myją zęby, w wiosce rozbrzmiewają hinduistyczne modlitwy, nawoływania muezina albo buddyjskie mantry. Powietrze jest jeszcze czyste i przejrzyste, bez smogu i pyłu, restauracje zamknięte na cztery spusty, ale jakiś sprzedawca już rozkłada owoce na swoim wózkowym straganie. Staruszki ziewają, słońce wschodzi, coś się zaczyna dziać, ale jeszcze niemrawo. Kobieta maluje nowe rangoli przed wejściem do chaty, inna zamiata próg, chłop pije przed domem czaj… Za dwie godziny będzie tu harmider, auta, riksze, skutery, teraz jeszcze cicho, ptaki śpiewają, dzieci przecierają zaspane oczy. Poranki wyglądają różnie w różnych miejscach – w końcu możesz je spędzić w indyjskim mieście, na lankijskiej wiosce, na birmańskim zadupiu czy na tajskiej plaży. Ale jedno jest pewne – to właśnie one odsłaniają to, co najpiękniejsze i najbardziej autentyczne w danym miejscu. No i możesz się załapać na najlepszy spektakl świata – wschód słońca.

8. Odruchowo przed wejściem do domu/świątyni/hostelu/sklepu/namiotu/gdziekolwiek, gdzie przekracza się próg – ściągasz buty

Buty pozostawione przed wejściem do kawiarenki / Penang, Malezja
Buty pozostawione przed wejściem do kawiarenki / Penang, Malezja

Tak, pomykanie na bosaka wchodzi w krew. Obuwia obowiązkowo pozbywamy się przy wejściu do świątyń hinduistycznych, muzułmańskich i buddyjskich (w nich to czasem i skarpetek mieć nie można). Ba, na południu Indii to nawet do chrześcijańskiego kościoła w butach wejść nie wypada!

Zwyczaj nakazuje również ściąganie butów przed przekroczeniem progu domostwa, nawet gdy jesteśmy gośćmi. Dla Polaków może to nie jest nic dziwnego, w końcu u nas zwyczaj wymienienia obłoconych kozaków na ofiarowane przez gospodynię różowe kapciuchy z króliczkiem wciąż żywy. Ale dla Brytyjczyków, którzy w butach nie tylko wchodzą do domu, ale i kładą się w nich na drzemkę – o niebiosa, cóż za dziwactwo!

W hostelach też często pomykamy bez butów. Dodatkowo w Tajlandii, Birmie czy Malezji każdy szanujący się guesthouse posiada na swym wyposażeniu kąpielowe klapki, w których wchodzimy tylko do łazienki. Klapki oczywiście przechodnie. Ale jak łazienka czysta, to i one nie są potrzebne.

Olaboga, powiecie, ale to grzybicy można dostać! Ale w tych świątyniach to brudno, kurz, ptasie odchody! A w hostelach to pewnie syf, kiła, gęsi smalec! A ja na to: oj tam oj tam. I jeszcze: lepiej nie prowokować sporów kulturowych.

O tym, jak poważnie Azjaci potrafią podchodzić do kwestii ściągania butów, może świadczyć słynny konflikt między Birmańczykami i Brytyjczykami na przełomie XIX i XX wieku. Okupujący Birmę Brytyjczycy ani myśleli stosować się do nakazu ściągania obuwia w miejscach kultu, cóż dla nich za upokorzenie (i jeszcze na ziemi kazano im na oficjalnych spotkaniach siadać, no skandal). Nic dziwnego, że król Midon i jego syn Thibaw strzelili focha i odmawiali kontaktu z obutymi brytyjskimi posłami. A w 1919 roku mnisi dość agresywnie wygonili Europejczyków z terenu mandalajskiej pagody (nie obeszło się bez kontuzji po stronie Europejskiej – złamane nosy i nogi, te sprawy). Wreszcie Anglicy dali za wygraną, kultura ściągania butów wygrała. Zarazem było to jedno z pierwszych zwycięstw buddystów nad dominacją kolonizatorów…

Tak że tego. Jeśli wejdziesz między wrony…

9. Kwestii butów ciąg dalszy: twoje ulubione buty to japonki

Hm, czy to już czas na zakup nowego obuwia?
Hm, czy to już czas na zakup nowego obuwia?

Są wygodne. Szybko je można ściągnąć, gdy trzeba przekroczyć próg (patrz punkt 8.). Nie martwisz się, gdy zaczyna padać deszcz – wyschną w mig i łatwo je umyć. A gdy zgubisz albo ukradną – na bosaka też daje radę! Mają jeden minus – szybko się rozpadają. Szczególnie nasze (Martowe i Damianowe) kapciaki szybko kończą swój żywot. Ale cóż to za żywot jest! Piękny, barwny, pełen przygód!

W japonkach bowiem można robić wszystko, nawet jeździć wyczynowo na rowerze i chodzić po górach. Ja przedzierałam się w nich przez indyjską i tajską dżunglę, Damian wchodził na lankijską Pidurangalę i birmańską świętą górę Kyaiktyo, a już absolutnym hitem były Damianowe klapki z Tesco kontra zejście do sekretnej laguny… po pionowej skale. Ósmy cud świata, nie buty!

10. Zmienia się Twoje podejście do pojęcia czasu

czas2

W Azji czas definiuje się jako skalarną wielkość fizyczną określającą kolejność zdarzeń oraz odstępy między zdarzeniami zachodzącymi w tym samym miejscu. Gdy mówię o wielkości, mam na myśli wielką, czarną przestrzeń wypełnioną nieskończoną liczbą Indusów kiwających w charakterystyczny sposób głowami na boki i mówiących „yes, maybe tomorrow”. Przyjrzyjmy się zatem jednostkom czasu w Azji:

  • Za chwilę – krótszą lub dłuższą.
  • Za godzinę/jutro/za tydzień – tutaj trzeba dodać jeszcze określoną, znaną w kulturze zachodniej jednostkę czasu; „za godzinę” może oznaczać również „za cztery godziny”, a „jutro” – pojutrze.
  • Pierwszy jedzie rano, a kolejne co dwie godziny – ulubiona jednostka czasu na dworcach.
  • Po lunchu – i teraz zastanawiasz się, o której ten lunch i jak długo Azjata będzie go jadł; no i czy przypadkiem potem nie pójdzie na drzemkę.
  • Jak będzie, to będzie – co głupio pytasz!
  • Oraz, oczywiście, moje ulubione Maybe tomorrow. Ta jednostka czasu oznacza, że dana rzecz nigdy nie nastąpi (ewentualnie zdarzy się w następnym wcieleniu).

Pierwszy kontakt z azjatyckim pojęciem czasu sprawia, że czujesz się, jakbyś wylądował w piekle albo w pierwotnych wodach chaosu. Godziny odjazdu autobusów nie istnieją, pociągi spóźniają się minimum o godzinę, sklepy czasem są otwarte, czasem nie, na przejściu granicznym kończą pracę pół godziny przed zamknięciem, co się, kurna, dzieje? Ale potem, gdy zauważasz, że mimo wszystko autobus zawsze kiedyś przyjedzie i zawiezie Cię tam, gdzie chcesz, przestajesz się denerwować. Na Sri Lance to wystarczy wręcz pomyśleć o autobusie, a on niespodziewanie się zjawia – niepotrzebne żadne rozkłady!

Skąd takie luzackie pojmowanie czasu w Indiach, Sri Lance, Birmie? Otóż: według wschodniej (hinduistycznej, buddyjskiej)  filozofii czas jest kołowy, a nie linearny; jest iluzją. Wszystko się zazębia, wszystko kiedyś było i zostanie powtórzone. Po co się zatem stresować upływającym czasem, skoro, de facto, on wcale nie upływa?

11. Twoje kulinarne hasło brzmi: dzień bez mango/ jackfruita /papai / rambutanu to dzień stracony!

Moje ulubione śniadanie w Tajlandii - mango sticky rice
Moje ulubione śniadanie w Tajlandii – mango sticky rice

W Azji owoce są tanie i pyszne. Nie skusić się na świeży sok z mango podczas upalnego dnia to jak nie zjeść maminej zupy leczącej przeziębienie. Nie kupić worka włochatych rambutanów na długą drogę autobusem w Birmie to jak nie spakować na podróż szczoteczki do zębów. Nie poczęstować się kawałkiem duriana na targu… Ach nie, wait. Durian to zupełnie inna historia. Bardzo śmierdząca, dodajmy. Ale o tym innym razem!

 

PS Hej, azjatyccy podróżnicy, co dodalibyście do tej listy?

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

7 Comments

  1. Asiek
    9 lipca 2015

    Haha, mam kilka oznak azjatyckiego przyzwyczajenia zanim jeszcze Azję odwiedziłam 😀

    Odpowiedz
    1. marta
      12 lipca 2015

      Czyżby zamiłowanie do trąbienia i azjatyckie poczucie czasu? 😛

      Odpowiedz
      1. Asiek
        20 lipca 2015

        No i: kucający kibelek rządzi i powinien być we wszystkich publicznych miejscach, początek dnia to najlepsza pora oraz co to jest wanna i po co to komu? 😀

        Odpowiedz
  2. mama
    9 lipca 2015

    <3 I jak tu przyjdzie wam żyć w tej beznadziejnej Europie 😉

    Odpowiedz
    1. marta
      12 lipca 2015

      Nie ma strachu! Im dłużej podróżujemy po Azji, tym bardziej Europę doceniamy 🙂

      Odpowiedz
  3. Krzysiek
    10 lipca 2015

    Wiele bym pewnie jeszcze dodał od siebie lecz najważniejsze to internet!

    Szybko uczysz się, że internet (a już ten w miarę szybko działający to w ogóle) jest przynajmniej w Indiach luksusem raczej takim z górnej półki – więc zapomnij o szybkim zalatwieniu jakiejś sprawy przez internet. Tutaj zajmie Ci to czasami i cały dzień, bo za wolny, bo małpa zepsuje linię, bo brak prądu, bo nagle coś nie działa i już. .. chyba się po płaczę jak wrócę do Polski i odpalę swój pakiet internetu mobilnego. O normalnym oglądaniu YouTube nawet już nie marzę, bo zapomniałem jak to jest.

    Odpowiedz
    1. marta
      12 lipca 2015

      Celowo o internecie nie pisałam, bo akurat w Malezji czy w Tajlandii (w guesthouse’ach, restauracjach, prywatnych domach) wifi śmiga aż miło 🙂 Ale to prawda, że w Indiach szybka sieć to luksus dla wybranych. A dla tych niewybranych indyjskie internety są niezłą lekcją cierpliwości!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *