Balaton Korut. Rowerem dookoła węgierskiego „morza”

W tym roku majówka wkomponowała się w kalendarz jak turecki dywan w boazerię, więc nie było wątpliwości – bierzemy urlopy, montujemy ekipę i jedziemy w siną dal! Ciężko sobie przypomnieć, dlaczego wybraliśmy Węgry rowerem, chyba dlatego, że Damian przy okazji chciał opchnąć kilka par dżinsów na dworcu w Budapeszcie, a Marta z rozrzewnieniem wspominała czasy dziecięctwa, kiedy to moczyła stopy w Balatonie, opychając się synchronicznie langoszami aż do porzygu. Dziś wiemy, że Balaton rowerem był wyjazdem w tak zwany punkt, a na dowód zostawiamy tę relację. Siedem dni przygód i historii upchane w jeden post i tuzin sucharów. Ege szege de! Oj, pardon, miało być ege szege dre!

Rozpuściliśmy wici wśród starych znajomych, ledwo czaju zaparzyliśmy, a już mieliśmy 6 palców w budce. Dołączyli do nas Pati, Marcin, Basia, Krzysiek, Edi i jeszcze jeden Krzyś, z którymi to znamy się jak stare łosie. Chcieliśmy wymyślić projekt, który na papierze miał brzmieć jak wyzwanie, zaś w rzeczywistości miał być jak zjedzenie pięciu pączków w tłusty czwartek – smakowity i dla każdego. Tak mniej więcej powstał nasz Balaton Körút rowerem.

Balaton körút
Balaton körút to trasa rowerowa wytyczona wokół Balatonu. Wiedzie przez takie miejsca jak Siófok (najpopularniejszy kurort na południowym brzegu), półwysep Tihany (z klasztorem Benedyktynów na wzgórzu), Badascony (znany region produkcji wina i urokliwe powulkaniczne pagórki), Keszthely (słynące z neobarokowego Pałacu Festeticsów) oraz wiele innych urokliwych i mniej urokliwych miasteczek i lasów. Po drodze spotykamy sporo ułatwień dla rowerzystów, a w sezonie możemy liczyć na duży wybór bazy kempingowej (kempingi zaczynają sezon w pierwszej połowie maja – otwarcia mogą się opóźnić ze względu na brzydką pogodę). Trasa liczy ok. 200 km i idealnie nadaje się na przetarcie rowerowych szlaków – także dla rodzin z dziećmi!

Objechać węgierskie „morze” rowerami, skosztować Tokaju, tłustego jak sam szatan langosza i batoników Turo Rudi, sprawdzić, czy „Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát”. A jeśli nie spadnie śnieg, to może i stópki w wodzie zamoczyć. Wszystko bez zbytniej spiny, turystycznie, ale wciąż do przodu. To brzmiało jak plan

SOBOTA / 29.04.2017 / Przejazd Polska-Węgry

Legenda głosi, że ktoś się kiedyś z kimś umówił na 8:00 pod dworcem i przybył na czas. Ustawieni na 8:00 pod wrocławskim Trzonolinowcem, spotykamy się w komplecie o 9:30, ale humorki dopisują.

Krzysiek: mam Mitsubishi w holenderskim gazie, siadaj na kanapę, jak nie no to na razie. Wiesz o tym bejbe! No dobra, w benzynie, nie w gazie.

Marcin: Hej niunia dla ciebie Lil Marcino się kłania, wsiadaj ze mną do mojego mikrowana, czeka na nas węgierska bania. No dobra, pożyczone passerati, nie wan.

Spakowani w ósemkę na dwa auta pogoniliśmy na południe. Dojechać nad Balaton można było na dwa sposoby – szybko (ale z opłatami) autostradami w 8 godzin, albo wolno (ale bez opłat) nie-autostradami w 11 godzin. To było fascynujące 11 godzin.

Droga minęłaby nam nużąco i bez większych emocji, gdyby nie pierwiastek zwierzęcy. No bo czy wjechaliście kiedyś na pełnym gazie w przebiegającą przez jezdnię sarenkę? My prawie. Dokładnie na austriackiej krajówce przetarliśmy młodej łani dupkę zderzakiem od passerati. Scenka rodzajowa:

[w oddali przez pole rzepaku pędzi jak Usain Bolt młoda sarenka. Widać jak nabiega, zaraz wbiegnie na jezdnię jebaniutka, dyn dyn, dyn dyn…]

Damian: Maaaaaarcin…Marcin. MARCIN. Uważaj. UWAŻAJ. UWAŻAAAAJ!

Marcin: [wyrwany z letargu] O ja pier…! Jak mało brakowało! Myślałem, że się łania zatrzyma. Albo że przyśpieszy przed maską. Te zwierzęta w ogóle nie myślą!

Do Siófok, czyli takich węgierskich Międzyzdrojów, dojeżdżamy o 21:00. W trasie Patrycja, Marta i Marcin nagrali nam na spontanie kilka propozycji noclegowych. Na pewniaka wbijamy do Crystal és Suzanne Panzió i zbijamy cenę do 45 zł od głowy. Pierwszy nocleg spędzamy w pensjonacie, który z wyglądu przypomina cygański pałac. Tej nocy pierwszy raz zakochujemy się w węgierskim winie. Miłość będzie kwitła.

NIEDZIELA / 30.04.2017 / 54 km na rozgrzewkę / Siófok-Balatonfüred

Suzanne, przemiła szefowa pensjonatu w Siófok i zarazem śmieszka poza kontrolą, zapewnia nas, że na majówkę nad Balatonem będzie 30 stopni. 10 w poniedziałek, 10 we wtorek i 10 w środę. Ahoj, przygodo! Na wszelki wypadek postanawiamy zrobić trasę z Siófok na wschód, bo wschód kojarzy nam się z ciepłem i niezdrową opalenizną.

Szybko wypożyczamy dodatkowych pięć rowerów (bo trzy przywieźliśmy ze sobą z Polski) z wypożyczalni Rent a Bike Balaton, na której można polegać jak na Zawiszy. Choć Attila nie mówi w ogóle po polsku, niemiecku, angielsku, rosyjsku, francusku, włosku i w hindi (a u nas ktoś w którymś z tych języków mówi), a żadne z naszej ósemki nie mówi po węgiersku, to w trakcie pakowania sprzętu i ustalania szczegółów wypożyczenia zdawało nam się, że szefu wypożyczalni to taki nasz wujek Mariusz z Zielonej Góry, z którym można konie kraść.

Podróżować w ósemkę jest trochę tak jak piec w ósemkę makowca albo w ósemkę gotować bigos. Długo pokonujemy pierwsze 10 kilometrów. Komuś getry wchodzą w tyłek, komuś powietrza brakuje w tylnym kole, komuś chipsy wypadają z sakwy, temu za zimno, temu za gorąco, tej się już Chodakowska włącza i chce robić rozgrzewkę przy plaży, a ta złapała gastro i już by opędzlowała jakiegoś pysznego langosza. Problemy pierwszego świata, które dotykają każdego z osobna i które wkrótce zamienią ósemkę lewych osób w zgrany zespół i porządnie naoliwioną maszynę.

Ten pierwszy rowerowy dzień to było trochę tak jakby nam Jacek Kawalec zrobił randkę w ciemno. Jak tam jest nad Balatonem? Bardziej Bożenka, czyli taki PRL, brudna woda, stare wiochy i psy szczekające dupami? Może Jessica, gdzie wszystko już zalane betonem, zapchane niemieckim turystą i drogie jak kebab w Trójmieście? Nic z tych rzeczy! Jacek zapoznał nas z kandydatką numer trzy, Zosią. A właściwie Zsófią. Jaka jest Zsófia? Pierwsza randka to urozmaicone ukształtowanie terenu, czyste i puste ścieżki rowerowe, dużo natury i jak w kalejdoskopie zmieniające się miejsca. Po dwóch godzinach pedałowania lądujemy już po północnej stronie Balatonu – pojawiają się pierwsze pagórki i winnice. Mocne 7/10.

Śpimy w Balatonfüred. Ale panie, gdzie śpimy! Przed sezonem pola namiotowe dopiero się rozkręcają, więc na czuja znajdujemy chatę staruszka Laszlo, który użycza podwórka pod namioty, kuchni, łazienki i…

Laszlo: Dałem wam pole, dałem łazienkę, dałem plandekę, dałem kuchenkę… wina nie dałem?

MY: Nie.

Laszlo: No to chodźcie, wina dam!

Kochamy węgierskie wino za trzy rzeczy. 1. Jest ultra tanie. 2. Jest ultra smaczne. Ale przede wszystkim 3. Możesz się po nim zataczać jak bąk do namiotu i średnio pamiętać ostatnie minuty wieczoru, a rano i tak budzisz się świeży jak bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała!

Tamtej nocy wszystko było jak w bajce. Ale musimy dodać, że jak w bajce o królowej śniegu, bo u Laszlo na polu to było jak w Suwałkach w listopadzie. – Ale fajnie, jesteśmy na wakacjach! – powiedziała Marta, zakładając puchową kurtkę.

PONIEDZIAŁEK / 01.05.2017 / Śmierdzące lenie, czyli 24 km / Balatonfüred-Tihany-Aszofo

Żwawo dojeżdżamy pod Opactwo Benedyktyńskie w Tihany, gdzie słońce nas praży jak Monikę w piosence Rudiego Schuberta. Po stromym momentami podjeździe w tym ukropie zasłużyliśmy na relaks. My leżymy tu, a zła pogoda jest tam, a w sakwach mamy chipsy i batony, no i izotoniki. Leniuchujemy w najwyżej położonym punkcie brzegu jeziora, z którego widać cały Balaton. Chwile zdecydowanie warte każdej sekundy. W międzyczasie dołącza do naszego słodkiego lenistwa pies, nazwany roboczo Rudim (trochę dlatego, bo rudy, a trochę na cześć batoników Turo Rudi, które wcinamy już na kilogramy i to wcale nie jest uzależnienie) – wszystko fajnie, ale też lekki niepokój, że się może komuś zgubił. Marta gorączkowo zasięga języka, czy coś w opactwie o psie wiedzą i okazuje się, że wiedzą – Rudi to taki okoliczny rozbójnik, który przychodzi sobie czasem do Tihany, bo nieco ponękać turystów. Nie przeszkadza nam jego nękanie.

Zasiedzieliśmy się w Tihany jak ksiądz po kolędzie. Dlatego zjeżdżając z góry de facto zjeżdżamy już do bazy. Widzimy tabliczkę, ale na posesji tylko BMW i kartka, że mamy się rozgościć. Za telefon chwyta Pati (nasza czarna klacz zawodów):

Pati: Helooołsien! Bo tu nikogo nie ma, a wszystko uszykowane jak na wizytę Królowej Elżbiety.
Gabor: Blaszklabadalma. Blaaa. 
Pati: ??
Gabor: Przepraszam, jestem już trochę porobiony, wiesz, święto mamy, to ze szwagrem palinki (węgierska nalewka, która smakuje jak czysty spirol) nie wypada nie zrobić.
Pati: Okeeej…
Gabor: Pakujcie się. Zbijam wam cenę z 2500 forintów na 1500 forintów osoba, ogarnę wam 10% zniżki + aperitif za free w lokalnej knajpie i odsprzedam mego wina po taniości. No i palinki to musicie się ze mną napić!

Gabor okazuje się gospodarzem w dechę i ogarnia wszystko tak, jak obiecał. Może nazbyt trąci od niego węgierskim nacjonalizmem, ale nas traktuje jak swoich. Znowu wjeżdża węgierskie wino domowej roboty w wersji no limited, znowu gadamy, śmieszkujemy i gramy w Sabotażystów do 2:00 w nocy. Znowu ledwo wtaczamy się do namiotów. I znowu rano nie czujemy bólu.

Bardzo mocno polecamy: niepozorny Kerékpáros kemping w Aszofo.

WTOREK/ 02.05.2017 / 51 km / Aszofo-Balatongyörök

Dziś trzaskamy 51 kilometrów. Dużo, powiecie, ale tak po prawdzie to tego dnia byśmy ze 150 zrobili, taki dzień konia mamy, gdyby nie przygody Marcina. Słoneczko świeci nienachalnie, krajobrazy 8/10, podjeżdżamy pod górkę, nagle jeb! Nagle bach!

Marcin: (trzask, prask, bumturuntum) Eeeeej, stójcie. Jest przypał! Zerwałem łańcuch! 
Krzysiek: Co?
Marcin: Yyy i wygiąłem też przednią zębatkę. I zepsuł mi się bagażnik!
Damian: Jak?
Marcin: Zmieniałem przerzutkę na 2.1. Przysięgam, tak było!

Tak było. Nie wiemy jakim cudem, ale tak naprawdę było, więc równolegle gdzieś na świecie narodził się pewnie jakiś jednorożec. Szybko na dzielni znajdujemy niemieckojęzycznego sympatycznego Węgra i ogarniamy rower Marcina do stanu przyzwoitości, czyli takiego stanu, aby dojechać kolejne pięć kilometrów do profesjonalnego serwisu. A, no i wyjeżdżając z posesji gospodarza Marcinowi totalnie i samoistnie (serio!) rozlatuje się tylni hamulec. O nowym telefonie Damiana, który w międzyczasie wyskakuje z kieszeni i ląduje ekranem na betonie, kiedy ten kuca po klucz francuski już nie wspominamy.

Marcin: Ej, no kur…, na ten hamulec to już sobie nie zasłużyłem!

W serwisie wymieniamy zębatkę i ruszamy w stronę Keszthely. Zanim jednak zbudujemy formację żurawia, ponownie z tyłu ginie nam Marcin. Po chwili dojeżdża zdyszany jak po zaoraniu trójpolówki i spocony jak po ultramaratonie.

Marcin: Elo, nie wiem co jest grane, czy to ten makaron i sos pomidorowy, który spakowałem do sakw, czy może tak mnie ta zębatka psychicznie zmęczyła, ale czuję się jak po ostrym spinningu!

I co? To w serwisie hamulce Marcinowi naprawiono tak, że klocki zacisnęły się na oponie jak boa dusiciel, tak na amen. Nie przeszkodziło to Marcinowi zrobić trzech kilometrów na niemal zablokowanym tylnym kole. Po tej akcji dostanie on od nas tytuł „woła pociągowego wyjazdu”. Podobno na kolejnym wyjeździe ma być twarzą producenta ciągników „Ursus”.

Nocleg na wtorek znajdujemy na polu namiotowym w Balatongyörök. Gdyby polom nadawano gwiazdki, nasze otrzymałoby cały Gwiazdozbiór Koziorożca. Panie! Prysznic, kuchnia, pralka, ładowanie telefonów, miejsca na biwak tyle, że cały Radom można położyć, w tle rechot żab, cykanie cykad, a bonusowo podróżnicy z Nowej Zelandii, czyli że można z kimś jeszcze pogadać! Czy z życia obozowicza można wycisnąć więcej? Temu polu oddajemy szacunek ludzi obozu!

ŚRODA / 03.05.2017 / 60 km / Balatongyörök-Balatonszemes

I nastał poranek, dzień czwarty. I spłynął kemping deszczem, i smutek wielki nastał w obozie, bo prognozy na dzień czwarty zatrważające były. Spakowaliśmy się szybciorem, szybciorem Marta na Basi operację wyjęcia kleszcza przeprowadziła i szybciorem pożegnaliśmy Damiana, który zdradził swój team na rzecz nowej pracy, która wzywała go na szkolenie.  

Kartofel potoczył się więc w stronę Budapesztu, reszta warzywniaka wskoczyła na rowery i zaczęła pedałować w stronę Siófok. Po 20 km jazdy w deszczu mogliśmy wyżymać już majciochy. Ale cóż, nigdzie nie jest powiedziane, że pedałowanie to tylko w nieśmiało wyglądającym zza chmurki słońcu i z delikatnym wiatrem w plecy! Zmieniło się za to ukształtowanie terenu – południe Balatonu wypłaszcza się jak naleśnik na patelni.

Zziębnięci i mokrzy, ale z dodatkowym paliwem (tankowanie na langosza być musiało) przepedałowaliśmy 60 km – aż do Balatonszemes. Był tylko jeden problem – wszelkie pensjonaty i kempingi zamknięte na cztery spusty. Uroki myszkowania przed sezonem… I tu z pomocą po raz kolejny przyszli nasi bohaterowie, bratankowie Madziarowie – poczciwy Istvan z jedynego otwartego baru wykonał parę telefonów, postawił na nogi całą wioskę, zaangażował swoją ciężarną żonę do tłumaczenia oraz miejscowego nauczyciela wuefu do ogarniania… i czary mary, wylądowaliśmy w ośrodku kolonijnym, w którym właśnie trwał remont i którego wrota zostały otwarte tylko dla nas. Do dyspozycji prysznice, kuchnia i stołówka, Istvan nawet nam ligę mistrzów odpalił! Takie węgierskie cuda. Zasnęliśmy szczęśliwi.

A co w tym czasie robił Damian? Wyobraźcie sobie, że Wrocław to Balaton. A teraz, że po obwodzie miasta jeździ pociąg. A teraz, że o 10:00 jesteście na Psim Polu, a o 17:00 musicie być na Bielanach, bo o 17:30 macie dalekobieżny do Warszawy, z której o 20:00 macie międzynarodowy do Andory, w której następnego dnia o 8:00 rano zaczynacie pierwszy dzień pracy w nowej pracbazie. I że jesteście Damianem.

D: dzień dobry, jeden normalny z Psiaka na Bielany. Plus rower.

Pani w okienku: Nie-normalny. I nie bilet a pan. Bo ten pociąg nie jeździ, remont linii, tak do lipca co najmniej.

D: Motyla noga! Ile to będzie kilometrów z Psiaka na Bielany?

PwO: no tak ze osiemdziesiąt pińć?

D: Ile mam opcji?

PwO: Panie. Mogę panu zabookować bilet kolejowy, ale to będą 4 przesiadki, najpierw do Wałbrzycha, potem Kielce, Międzyzdroje i Białystok… Są te stare jak buty Mojżesza lokalne autobusy, ale z rowerem pana nikt nie wpuści. Może pan popędzić te osiemdziesiąt pińć na rowerze, ale słabo to widzę, zwłaszcza, że za oknem leje jak z cebra…

D: Więc mam trzy opcje, ale wszystkie z czapy?

PwO: No. Są jeszcze międzynarodowe autokary na dworcu obok, na Bielany nie jadą, ale niech pan idzie, w głębszej dupie być już nie można.

…5 minut później…

D: Panowie! Panowie na Bielany?

P: Nie, ale przejeżdżamy przez dzielnię obok.

D: Wchodzę va banque! Mogę z rowerem.

P: Nie.

D: Proszę. Dopłacę!

P: Nie.

D: Mam chorą córkę!

P: Nie.

D: To prawda, nie mam. Ale Panowie, Polak Węgier dwa bratanki…

W tym momencie Madziary dzwonią z kabiny autokaru do biura, gadają, gadają aż w końcu spod wąsa ręką wskazują rower i luk bagażowy. Wąsacze popędzają, bo planowy odjazd za 3 minuty, więc Damian rozpakowuje kolejno sakwy, karimatę, kask i kolejno razem z rowerem pakuje do luku. W deszczu. Niczym Janusz, który wygrał życie na promocji sześciopaków Tyskiego wchodzi zmoczony do kabiny…

P: Proszę okazać bilet.

D: Ja właśnie chciałbym go kupić.

P: Tu nie można. Tylko w biurze. Biuro tam. Ale my już musimy jechać, proszę wypakować rower.

D: …

Łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Ale miał Damian farta, jak Jan Chodkiewicz pod ­­Chocimiem. Bo popędził do biura, kupił bilet, godzinę później przyjechał kolejny autokar, tekstem na chorą córkę przekonał kierowców na pakowanie roweru, dojechał na Bielany, a potem do Wawy, znaczy do Budapesztu, tak że zdążył jeszcze ostatniego węgierskiego kebsa langosza w stolicy opędzlować i popędzić międzynarodowym w stronę zachodzącego słońca.

CZWARTEK I PIĄTEK / 4-5 maja 2017  / 25 km / Balatoszemes-Siófok oraz przejazd Węgry-Polska

Ostatni dzień pedałowania to lajtowe 25 km i chill nad Balatonem (były kąpiele! aż po kostki). Trochę mamy wyrzuty sumienia, że my tu jeszcze na wakacjach, a Damian właśnie siada za biurko… Ale nie, właściwie nie mamy. Weź no Krzysiu podaj mi piąte turo rudi, om nom nom. 

Kończymy w Siófok, przybijamy sobie piątki i zdajemy rowery. Na sam koniec pędzimy jeszcze do położonego przy granicach słowackiej i austriackiej, sławnego wśród emerytów Lipótu – miejsca, które wyciągnie z Ciebie każdą chorobę świata. Krótko mówiąc: Lipót służy do tego, by moczyć się w gorących, śmierdzących jajem basenach i mieć nieustającego banana na twarzy (i zdecydowanie zasługuje na osobnego posta!). Akurat trafiamy na paskudną pogodę, leje jakby się w niebie hydraulika popsuła, popsuło się też coś z wiosną, bo na termometrach jakieś 10 stopni – paradoksalnie tym lepiej dla nas! Wygraliśmy życie. W kompleksie jesteśmy niemal sami, w parujących basenach przeżywamy, nie bójmy się tego słowa, orgazm za orgazmem (to uczucie, gdy z zimnego wchodzisz w gorące jak kuna w rabarbar – lepsze niż seks i jedzenie turo rudi razem wzięte!), a potem dobijamy się jeszcze sauną…  Ach, należało nam się!

Balatońskie dziwy. Co nas zaskoczyło?

  • Ukształtowanie terenu. Północ daje troszkę popalić (szczególnie podjazd na wzgórze w Tihany) i jest zdecydowanie piękniejsza – winnice położone na wzgórzach robią robotę.
  • Infrastruktura rowerowa – sporo ułatwień po drodze, na przykład punkty wody pitnej przy ścieżce rowerowej. 
  • Po drodze kilka punktów napraw rowerów, ale de facto… Praktycznie każdy Węgier Wam pomoże, gdy będziecie w potrzebie 🙂
  • Kolor Balatonu – nieziemski!
  • Na Węgrzech nie ma się kaca. Sprawdzone naukowo przez ośmiu badaczy.

Balaton rowerem – podsumowując

216 km, pięć dni, jedna zamknięta pętla dookoła Balatonu, jeden zepsuty rower, pół tony zjedzonych turo rudi, 25 litrów wina, 10 zamoczonych w Balatonie stópek, 16 twardszych łydek i co najmniej 7 dup większych od langoszy z serem i śmietaną. Generalnie jechać na rower dookoła Balatonu, żeby schudnąć to jakby pójść na speed dating, żeby kupić siedem kilo gruzu. Czyli bez sensu.

Balaton Korut na pewno nie jest wielkim wyzwaniem dla doświadczonych rowerzystów – raczej czymś na kształt niedzielnej przebieżki (tym bardziej, że trasę zrobić można spokojnie w dwa dni). Objechanie Balatonu rowerem jest przede wszystkim idealnym pomysłem na przetarcie szlaków i sprawdzenie, czy podróżowanie z sakwami skradnie Wasze serce. Pewne jest jedno (a właściwie dwa) – po takiej trasie po pierwsze będziecie musieli pójść na odwyk od Turo Rudi i pysznego wina, a po drugie… nabierzecie smaka na kolejną wizytę na Węgrzech! 

 

 

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

9 Comments

  1. Piotrek
    1 sierpnia 2017

    Laszlo rządzi 🙂

    Odpowiedz
  2. Krystian
    7 sierpnia 2017

    No nieźle ^^ sarna w ogóle nie ogarnęła koncepcji ruchu drogowego. A historia z autobusem i pociągiem wprawiła by nie w szewską pasję… Ale widzę, że wyjazd ogólnie udany 😀

    Odpowiedz
  3. Dee
    8 sierpnia 2017

    Super wyprawa! Uśmiałam się czytając o waszych perypetiach. Podziwiam tak się zgrać ósemką. A ja w ogóle nie znam Węgier, choć ich wino i gulasze znam.

    Odpowiedz
    1. marta
      11 listopada 2017

      Rowerowanie w dużej grupie ma swoje minusy – na przykład nie jedziemy tak szybko, jakbyśmy mogli we dwójkę, ale też plusy – ot, łatwiej choćby o podział zadań. Grunt to się dogadywać. A co do Węgier – polecamy Ci ich kiedyś doświadczyć, to mega przyjazny, sympatyczny kraj – a i węgierskie wino jakoś tak lepiej smakuje pite w kraju pochodzenia 🙂

      Odpowiedz
  4. Emi
    21 sierpnia 2017

    Cześć! Świetny wpis, jak zawsze! Zainspirowaliście mnie do przejechania tą samą trasą. Wstępny plan już jest, na połowę września. Mam nadzieję że pogoda będzie bardziej łaskawa niż w maju. Jedno pytanie czy wypożyczalnia z której korzystaliście wypożycza też sakwy? Pozdrawiam

    Odpowiedz
  5. wyszomir
    15 września 2017

    Zazdraszczam., wiec wybieram sie w przyszlym roku.

    Odpowiedz
    1. damian
      11 listopada 2017

      Hej, dla nas objechanie Balatonu rowerem to jedno z najlepszych podróżniczych wspomnień i projektów w tym roku. Także już zazdrościmy, że Ty masz ją dopiero przed sobą 🙂

      Odpowiedz
  6. Emi
    26 września 2017

    Cześć! Zainspirowana Waszym wpisem zorganizowałam wyprawę! 4 osoby, 4 rowery wynajęte w tej samej wypożyczalini, Attila nie mówi nadal w językach wyżej wspomnianych:) Ale nie było problemu z rezerwacją mialową i odbiorem na miejscu. Wyruszyliśmy z Siófok ok 17 w czwartek, ale obraliśmy odwrotny kierunek jazdy niż Wy, Pierwszy nocleg w Balatonboglár 36 km od Siófok, dotarliśmy ok 20.30. Kolejny dzień 96 km, Nocleg w Révfülöp, piękne winnice i wzgórza / wulkany na trasie. Ostatni nocleg Siófok, 86 km. Zwróciliśmy rowery w niedzielę rano i wróciliśmy do Polski. Byliśmy nad Balatonem w dniach 14-17 wrzesień, pogoda bardzo dobra, ale kurteczki przeciwdeszczowe się przydały. Każdej nocy padało, Na trasie również, poranna mżawka lub wieczorny deszczyk. Bywało też upalnie ok 25 stopni, słonecznie. Rowery mimo skromnego wyglądu i wyposażenia spisały się na medal, nie mieliśmy żadnej awarii. Termin naszej wyprawy przypadał poza sezonem, Większość restauracji/campingów/sklepów w miejscowościach turystycznych była zamknięta, za to ścieżki rowerowe puste;) Było fantastycznie! Polecam każdemu! Pozdarawiam

    Odpowiedz
    1. damian
      11 listopada 2017

      Emi, miód pszczeli nam na serce lejesz. Aż wspomnienia wróciły! Fajna relacja, super, że nie przeraziliście się deszczyku i wycisnęliście z podróży maxa! 3maj się i powodzenia w kolejnych podróżach 🙂

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *