Birmańskie opowieści

Birma to taka trochę Grabina z M jak Miłość. Na każdym kroku spotykasz tam pracowitego, sympatycznego i wesołego Marka Mostowiaka. Zaś wszystkie kobiety przypominają żonę Lucjana (czyli Barbarę), w wersji śmieszkującej (z siebie, z ciebie, ze wszystkiego). No i jak to w Grabinie, często przytrafiają się w Birmie nieoczekiwane zbiegi akcji. Nikt nie wpada w kartony, choć bywa równie absurdalnie i wesoło.

Dla nas Birma była kopalnią przeróżnych historii, zabawnych, wzruszających, dziwacznych, pouczających, a czasem nawet lekko niebezpiecznych. Części z nich nie wymyśliłaby nawet Ilona Łepkowska. Nie chcemy, by to, co nas spotkało, zbyt szybko przepadło w mrokach pamięci, a nade wszystko – chcielibyśmy się z wami najlepszymi historiami podzielić. Opowiadamy je wszystkie tu i teraz. Ku pamięci, ku przestrodze, ku toczenia beki.

To nie będzie wpis z pamiętniczka o tym, co jedliśmy w czwartek, dokąd bus zawiózł nas w piątek i jak piękną świątynię zwiedziliśmy w sobotę. To będzie kilka oryginalnych ale prawdziwych historii, które nie spotykają nas na co dzień. Jeśli komuś przeszkadza, że w tekście więcej jest Seby niż Słowackiego, cóż… pomysł na ten post od początku do końca był taki, aby stworzyć go na luzie. Aby tekst nabrał klimatu, starałem się go stworzyć lekko, ze smakiem i żartem.

Dla ładu i składu, poukładałem opowieści chronologicznie. Wszystko co niżej przeczytacie wydarzyło się naprawdę. Jeśli coś zostało podrasowane, to tylko – bo ciężko było je po czasie dokładnie odtworzyć – dialogi (z zachowaniem ich oryginalnego charakteru) 😉 No to lecim!

SPIS TREŚCI:

  1. Welcome to Burma!
  2. Świnie i szalony Lin
  3. Barański i Zienkiewicz w krainie czarów
  4. Joanna Liszowska
  5. Prison Break
  6. Ostatnia prosta do Mrauk-U
  7. Champions League
  8. Wesoły Autobus
  9. Skuti, wierzę w ten duet
  10. Chłopaki z Baganu
  11. Toyota Disko
  12. Ostatni akord

 

WELCOME TO BURMA

Przed wjazdem do Birmy trochę się o niej naczytaliśmy. Że jest gościnna, kolorowa, fascynująca. Raz tylko trafiliśmy w anegdotę o napaści na zachodniego turystę. Więc rachunek był prosty – nastrajamy się pozytywnie i w drogę!

W przygranicznym Myawaddy uderzył w nas inny świat. Birma wydawała się większym dzikiem niż Indie. Była gorąca i mokra, tłoczna, chaotyczna i mało kto mówił tam po angielsku! Zapytawszy o „bus station” kazano nam iść w lewo, by tam zawrócić nas do punktu wyjścia. Birma to podobno raj autostopowiczów, więc wyszliśmy nieco poza miasto i wystawiliśmy kciuki.

Złapanie białego Vana zajęło nam godzinę, choć na kciuka reagował co drugi pojazd. Co drugi pojazd, a w nim przeważnie albo tajniacy z junty, albo tajniacy z partyzantki. Tak to sobie wymyśliliśmy, bo nasi niedoszli bohaterowie najpierw wypytywali się, co my za jedni i dokąd nam śpieszno, by następnie zawrócić do miasta. Mistrzem kamuflażu była starsza parka na motorze, która zatrzymała się metr od nas. Staruszka ostentacyjnie rozpoczęła konwersację przez komórkę, zaś jej równy wiekiem partner w tym czasie rozpoczął rozpakowywanie kapusty. Tak, kapusty, tak, na środku drogi ekspresowej. Kiedy pani skończyła rozmowę (no słowo daję, całą rozmowę wpatrywała się w nas jak na przesłuchaniu), pan wrzucił warzywniaka z powrotem na motor. Tak, zawrócili do miasta.

Zabrała nas w końcu jedna rodzinka. Córka kierowcy znała kilka zwrotów po angielsku. Zanim 200 km dalej wylądowaliśmy u nich w domu, uraczyli nas tajskim piwem, butelką wody i starali się wcisnąć obiad. No, może tylko trochę burzył nam się nastrój, kiedy co kilka kilometrów trafialiśmy na drogowe blokady umundurowanych panów z karabinami i wyciągniętymi po łapówkę łapami (kierowca starał się śmieszkować, że to takie ich „bramki z opłatami”).

Dom okazał się biurem, kierowca prezydentem lokalnej organizacji studenckiej, a lokalna organizacja studencka ostatecznie ruchem na rzecz wsparcia rolników (choć im dłużej wpatrujemy się w zdjęcie poniżej, tym bardziej w to wątpimy). Gościna była jak u babci. Zlot znajomych naszego gospodarza, kawka, kąpiel w wiadrze i … zgrzewka (20 butelek) soku pomarańczowego wraz z ogromną paczką (25 sztuk) wafli – coś jak Kinder Penguin Mleczna Kanapka. Nie wnikaliśmy skąd to pochodzi i dlaczego nam to wciśnięto. Rzekomo „na dalszą drogę”. Wśród śmietanki towarzyskiej był jeden członek ruchu, który znośnie komunikował się po angielsku (zwany dalej: tłumaczem). To pogadaliśmy o tym, skąd i dlaczego w Birmie wzięli się Marta i Damian.

Po po trzech godzinach wylądowaliśmy na przystanku autobusowym. Bilety były załatwione zanim zdążyliśmy o nie zapytać. I nie, nie doszukujcie się intrygi w tym, że jednym z ‘gości’ gospodarza był kierownik lokalnego biura podróży (zwany dalej: kierownikiem)

Prawdziwa intryga pojawia się potem. Najpierw na przystanku dołączył do nas kierownik (dołączył z klasą, w czarnym mercedesie i dresie). Za nim wpadł tłumacz. Dziwnie zrobiło się zwłaszcza wtedy, kiedy kierownik zapakował przy nas młotek do merola, zaś tłumacz zrobił przy nas zdjęcia kartkom pocztowym i znaczkom (tym, które wręczamy ludziom za pomoc; tym, na których widnieją nasze facjaty). Nastał wieczór, autobus się spóźniał. Nie chcielibyście być wtedy w naszych głowach.

Autobus na szczęście przyjechał, a kierowca i pasażerowie nie wyglądali na kryminalistów. Ostatni akord historii zagrał tłumacz. Wbiegł na pokład kilka sekund przed odjazdem, obdarował nas pakunkiem z gorącą kolacją i życzył powodzenia w podróży. W ten sposób już drugiego dnia przygody Birma strolololowała nas z klasą!

nigdy się nie dowiemy kto tak naprawdę nam pomógł
nigdy się nie dowiemy, kto tak naprawdę nam pomógł

 

ŚWINIE I SZALONY LIN

W Ngwe Saung na pierwszego stopa naszej 700-kilometrowej (5-dniowej) podróży do Mraku-U czekaliśmy od 9:00 do pierwszego udaru słonecznego. Prażyło tak, że lokalesom woda w studniach wysychała (#poradeszczowa, ehe). W dodatku ruch jak na Suwalszczyźnie. Poradnik włóczęgi mówi, że najlepiej w takiej beznadziei wyjść kilka metrów za miasto.

Więc wyszliśmy, 3 kilometry. Pewnie doszlibyśmy do Bangladeszu, gdyby nie kontrolowana przez wojsko bramka z poborem opłat. Wałęsający się (poza wyznaczonymi strefami) na zachodzie Birmy biały turysta to dla junty wciąż taka stonka na ziemniakach. Trafili nam się na szczęście wojskowi Mati i Seba (jak się później okazało, większość członków junty na poziomie lokalnym to prości ludzie. Czasem dobrzy, czasem źli, ale prości), co zamiast na nas donieść lub cofnąć do miasta, postanowili pomóc złapać transport do Pathein. Tylko że my nie mieliśmy nic do gadania. Miała to być Randka w ciemno z Krzysztofem Kawalcem. Seba zatrzymywał wszystko co się poruszało i miało więcej niż jedno koło. Gdzieś przy czwartym podejściu wywołał nas zza kurtyny na środek drogi. Tam stała już wielka ciężarówka z plandeką. W pierwszej chwili się ucieszyliśmy, lecz w drugiej:

D: Ej, słyszysz te odgłosy spod plandeki?

M: Kurcze, no. Weź szybko zerknij co tam się dzieje.

D: Marta, kurw… tam są świnie! Cała paka!

M: Daj spokój, schabowe od mamy wcinasz, aż c i się uszy trzęsą, a przejażdżki ze świnią w cztery oczy się boisz?

Nie było wyjścia, bo Seba dumny z siebie jakby pomoc humanitarną poprowadził. Na szczęście świnio-tir zrobił na bramce zator, a w nim chwilę później pojawił się pick up, który również zechciał nas zabrać. A w środku już nie prosiaki, a Lin z rodzinką, którzy podrzucili nas dalej niż planowaliśmy, postawili lunch, sprezentowali zimne piwko, by na pace Toyoty podróżowało się jeszcze bardziej sielsko, pogadali, a nawet skombinowali kartony, na których wkrótce pojawiła się dumna, zapowiadająca kolejne birmańskie akcje, nazwa naszej następnej destynacji: Ngapali.


 

 BARAŃSKI I ZIENKIEWICZ W KRAINIE CZARÓW

Tirem dojechaliśmy do Yegyi. Wyjeżdżając z Birmy, wspominamy tę wieś jako bramę wjazdową do największego wypizdówka, jakie w życiu widzieliśmy. Gdyby policzyć roczną średnią przejeżdżających tam samochodów wyszłoby, że więcej wehikułów jeździ po Kole Podbiegunowym. Zarazem wieś wyglądała na taką, w której ostatnim zachodnim turystą był Anglik spierniczający przed birmańską armią wyzwoleńczą w 1947 roku.

Przebijaliśmy się przez środek wioski. Miejscowi wytrzeszczali na nas gały, jakby Eskimosa albo Indianina zobaczyli. Za pierwszym spojrzeniem za plecy zauważyliśmy kilkuosobowy sznurek Szerloków. Za drugim spojrzeniem był to już widok przypominający świąteczną procesję. Doszliśmy na wylot, wybraliśmy miejsce w cieniu i przy drodze, zrzuciliśmy plecaki, wystawiliśmy dłonie… i się zaczęło!

Zdarzyło się, że złapać stopa pomagali nam dwaj strażnicy albo trzech przechodniów. Ale pół wioski?! Czuliśmy się jak Daniel Olbrychski po premierze „Ogniem i Mieczem”. Matki pokazywały nas palcami swoim brzdącom, wiejskie chłopy próbowały wypytać kim jesteśmy i jak mogą nam pomóc, zaś stare dziadygi szturchały nas kijami. Tylko tak jakoś nikt nie potrafił zatrzymać nam żadnego pojazdu.

Towarzystwo dopiero się schodzi. Zbyszek woła Mirka, a Łukasz Andrzeja.

Dobre pół godziny próbowaliśmy z wioską negocjować, że sami, bez ich pomocy poradzimy sobie sprawniej. Kiedy to nie pomogło, zaczęliśmy spacer w kierunku kolejnej wsi. Nic. Kiedy zaczęliśmy maszerować, zgubiliśmy za sobą tylko matki z dziećmi. Truchtu nie wytrzymali starcy, ale faceci nadal się nas trzymali i truchtając z nami wyprawiali jakieś chore akcje, typu pytania „a podpiszecie mi się po angielsku w moim zeszyciku?”. W końcu zatrzymał się jakiś starszy pojazd:

K (kierowca): Dokąd was podrzucić?

D: Panie, ratuj nas z tego piekła!

Kazaliśmy się zawieźć gdziekolwiek, byle nie w miejsce, gdzie żyją miejscowi. Podrzucono nas na bramkę strażniczą w Ngatainchao. Byłoby idealnie, gdyby nie zaczęło lać jak z cebra. Szybko skryliśmy się w knajpie.

M: Pogoda pod psem i nie zanosi się na poprawę.

D: Widzisz tego typa po prawej. Tak, tego co je zupę, wyglądającą jak zużyty Ludwik z sałatką z trawy. Weźmiemy po porcji dla nas?

M: Jedziesz.

D: Kelner! Dwa razy mniam mniam to co ten pan tam. Zupa.

Zupa zamówiła się rękami i zostało nam tylko obserwowanie lejącego deszczu i smutnego pana jedzącego prawdopodobnie najmniej smaczną zupę świata. Z każdą kolejną łyżką zupy w ustach wyglądał jak kibic Brazylii podczas meczu z Niemcami na ostatnim mundialu (1:7). Chyba nawet nie dał rady dojechać do siódmej łyżki. Kiedy już zdążyliśmy zwątpić, najpierw czy tę zupę dostaniemy (bo czekaliśmy na nią trzy kwadranse) a potem czy ją zjemy (bo pewnie będzie wyglądać na niejadalną) pojawił się kelner. Z twarzy wyglądał, jakby wrócił po 12-godzinnej zmianie w kopalni Bogdanka. Zmęczony, ale zadowolony z dobrze wykonanego zadania.

Co nam przyniósł kelner? Ogromną, błyszczącą, porcelanową wazę. Wyglądała, jakby ją z Wersalu sprzątnął. A w wazie? Była w niej cała warzywna tablica Mendelejewa. Nie wiemy, skąd on wytrzasnął kabaczki, ale one tam były! Zupa była tak cholernie pyszna, że wyskrobaliśmy reszki pieprzu palcami. Potrafisz sobie wyobrazić taką delikatną granicę, kiedy coś jest przyjemnie pikantne i obrzydliwie ostre. Takie coś było w tej zupie, mieszając się ze słodkimi i kwaśnymi posmakami. Nadaje się to na nowy nurt w sztuce. Wspominamy to teraz i ścieramy ślinkę z brody. Kosztowała nas ona 5 zł. Pięć złotych. PIĘĆ! Magia tej zupy kryła się też w tym, że dosłownie chwilę po jej zjedzeniu przestał padać deszcz 😀 Wydziaraliśmy nożem na stole „M&D tu byli” i poszliśmy łapać stopa w kierunku Gwa.

Buda na krańcu świata, w której zaserwowano nam najlepszą zupę w życiu.
Żeby się dalej przedostać, standardowo, jak to w Birmie, musieliśmy na bramce podać „junciakowi” wszystko z naszych paszportów (włącznie z kolorem oczu i numerem obuwia)

Problem z transportem był taki, że wybiła właśnie 17:00, ale nic po naszej drodze się nie poruszało. Po części dlatego, że za chwilę mieliśmy się przenieść z nizin w góry (choć google maps ani maps.me nie raczyły nas o tym poinformować). Po dwóch (DWÓCH) godzinach zza horyzontu wyłonił się dostawczak. Koła odkształcały się w owal a podwozie szurało po ziemi, tak był zawalony towarem. Nie było szans aby go zatrzymać, więc nawet nie podnieśliśmy tyłków na jego widok. Ale dostawczak zatrzymał się sam. Dwóch chłopaków, znając raptem dwa zwroty po angielsku („yes” i „no”), wybadało nasz problem. Kierowca wcisnął kumpla na pakę (wcisnął, bo ten sam nie dał rady wejść, tak mało tam było miejsca dla niego) a nas zaprosił do kabiny. 70 km pokonaliśmy w 5 godzin.

Dwie, bite dwie godziny bez jednego nawet rowerzysty.
Uratowani. Na drugim planie kierowca. Jego kompan, który przez nas musiał opuścić kabinę, siedział gdzieś na pace. Trwało to około 5h i martwiliśmy się, czy przeżył.

 

JOANNA LISZOWSKA

Są takie miejsca w Birmie, w których na noc zwija się asfalt i zapomina rozłożyć nazajutrz. Albo drogi tak pokręcone, że na jazdę po nich decydują się albo wariaci, albo kryminaliści. Plus ewentualnie kierowcy, którzy zgubili drogę. Bezprecedensowy laur beznadziejności w Birmie zdobywa odcinek pomiędzy Ngatainchao a Ann (400 km, w tym 150 po szutrze i 150 po asfalcie typu Ser Edamski).

Kiedy zaczynaliśmy łapać stopa w Ngapali, w przeciwną stronę minął nas wypasiony czarny hatchback. Ngapali to taka dziura z pojazdami bez silników, tam zatrzymać się tam może co najwyżej koń. Po dwóch godzinach kiszenia ogórków na wylotówce ze wsi stanął przy nas rzeczony wcześniej hatchback, który wracał z zakupów do chaty. Z niego wyszła, no wypisz wymaluj, birmańska Joanna Liszowska (w dodatku przy nadziei). Poniższy dialog odbył się w języku migowym z elementami angielskiego.

JL: May help you I?
D: Jedzie Pani do Mae Ei?
JL: Oj nie. Ja tu za polem mieszkam.
M: A to dziękujemy. Tu dużo samochodów jeździ, na pewno coś złapiemy.
JL: ???
…(stoimy w milczeniu 3 minuty)…
JL: A dokąd właściwie próbujecie się dostać?
D: Do Mrauk-U. Nie samolotem i nie łódką. Na stopa. Nie, nie jesteśmy chorzy umysłowo.
JL: Aaa, to czekajcie!
(w tym momencie JL dzwoni do znajomego z miasta obok, żeby ten zadzwonił do znajomej w Mae Ei, a ten załatwił nam prom stamtąd do Mrauk-U za 80 dolców).

M: Ale pani Joanno, po pierwsze my na stopa jedziemy, bo chcemy sobie z ludźmi pogadać. A po drugie, nie jesteśmy z Niemiec ani z Rosji, nie stać nas na tę łódkę.
JL: Yyy, no dobra, to wsiadajcie, zawiozę Was do Mae Ei!
D: Ale to jest 140 km, czyli jakieś 6-7 godzin jazdy. Dla pani 14 godzin w dwie strony. A że ma pani świeży kalafior w torbie i przy okazji jest w ciąży, to lepiej niech pani z nami nie śmieszkuje.
JL: No racja. To chwila… (JL zagląda do portfela) … trzymajcie, 15 000 kyatów na autobus (50 zł).
M (po polsku): O ja pierdziu, to będzie na oko… 15 porcji ryżu z trawą!
D (po polsku): Nie oblizuj się tak, bo zaraz nam ten kalafior na drogę wciśnie.

Ostatecznie odmówiliśmy tej kasy. Przez następne 1,5 godziny przejechały obok nas 4 pojazdy, w tym dwie ciężarówki z gruzem, rower przebudowany na taksówkę i przepełniony bus (czyli ludzie siedzą w środku, na dachu, a trzech typów zwisa na bocznej barierce). 70 km przejechaliśmy autobusem, kolejne 70 km na stopa, zaś z Mae Ei już się tego dnia nie wydostaliśmy, bo przyszpiliła nas junta.

4. joanna liszowska
Tak wyglądała droga krajowa nr… powiedzmy nr 6, na której spotkaliśmy panią Joannę

 

 PRISON BREAK

Była 21:00, no, może 21:03, kiedy wypchanym od podłogi po dach birmańskimi Red Bullami dostawczakiem dotarliśmy do Mae Ei. Mae Ei to taka wieś, o której Kazimierz Wielki zapomniał, kiedy zmieniał świat z drewnianego w murowany. Standardowo za pomoc kierowca dostał od nas pocztówkę. Tak go to poruszyło, że wcisnął nam chyba z dziesięć puszek energetyków. Birma odwadnia, więc jakoś tak poza kontrolą wypiliśmy wszystkie na raz. I to był błąd. Byliśmy po tym tak nakręceni, jakby nas ktoś podłączył do Elektrowni Opole. Zamiast szukać miejsca do spania, chcieliśmy stopować dalej. Ogarnęliśmy mapę i ruszyliśmy na obrzeża wioski. Dosłownie jak Filip z konopi przy ostatnich zabudowaniach wyskoczył nam szlaban z umundurowanym strażnikiem (SJ – strażnik Jacek. W naszych historiach nie podajemy prawdziwych imion bohaterów. Głównie dlatego, że ich nie pamiętamy).

SJ: Kto wy?
D: Pielgrzymka. Idziemy pieszo z Sumatry do Bangladeszu (za autostopa zostalibyśmy cofnięci. Pielgrzymki i rowerzyści podobno mają jakieś 4% szans na przejście).
SJ: W 30 dni na turystycznej wizie? Szacunek! … (po chwili namysłu) … eee, dobra dzieciaki, żarty na bok. Nie ma bata. Za późno. Nie puszczę was. Do najbliższego miasta 70 km.
M: Paaanie Jacku, dopiero 21:00.
SJ: Idziecie ze mną.
D: Nie no, dobra, spoko. Mamy tu w Mae Ei zabukowany hotel, tak tylko chcieliśmy się przywitać. To my idziemy.
SJ: Stop. W Mae Ei nie ma hoteli dla turystów.
M: No przecież wiemy. Do mnichów idziemy na nocleg, właśnie dzwonili i pytali kiedy wpadamy.

Strażnik nie chciał śmieszkować i temat potraktował mega serio. Zadzwonił jeszcze po trzech innych umundurowanych kolesi i taką karetą byliśmy eskortowani do centrum niczego (czyli Mae Ei). Serduszka nie pukały nam w rytmie cza-cza. Nie wiedzieliśmy, czy junta zabierze do bazy ONZ-etu, czy może za chwilę zamknie w sztumie (ej, nie chcieliśmy zgnić w sztumie!).

M: Damianie, przypał jest. Liczę do trzech i skaczemy tu w lewo. Ześlizgniemy się po górce, jak Tommy Lee Jones w „Ściganych”.
D: Ty myślisz, że oni w tych kaburach przy pasie to banany na drugie śniadanie trzymają?

Doprowadzono nas do lokalnej noclegowni. Weszliśmy do środka. W środku bardziej jak w sztumie niż bazie ONZ. Kraty w oknach, wnętrza bez boazerii, surowo jak w stylu romańskim. Byliśmy my, trzech gości z obsługi aka „no inglisz” i nasz strażnik Jacek. Jacek zażądał naszych dokumentów, spisał do swojego notesu wszystko z naszych paszportów, dowodów osobistych, Damiana legitymacji honorowego krwiodawcy i Marty karty rabatowej do fryzjera.

M: Damian, wydostań nas stąd. Zerwij kajdany, połam bat, niech mury run...
D: Cichaj i daj mi pomyśleć.

W tym momencie włączył się strażnik Jacek.

SJ: Paszporty zostają u nas do rana. Nie ruszacie się stąd do rana.
M: Jacek, „bierz co chcesz, wszystko weź, co tylko mam. Bierz co chcesz, nawet deszcz i włosów wiatr” (słuchało się Shazzy) ale oddawaj paszporty!
D: Polską wódkę mamy! Deal?
SJ: Już to dwa razy kiedyś przerabiałem. Nie oddam, bo spierniczycie jak tamci.

Wódka była naszym asem w rękawie. W normalnym kraju za jedną małpkę z Polski odzyskaliśmy paszporty i jeszcze by nas podrzucono do następnego miasta. Ale to Birma, wszystko na opak, Złoty Graal nic nie zdziałał. Zostaliśmy w tej chałupie, nie było wyjścia.

Damian wyszedł później poszukać jedzenia, piwa i środka na karaluchy (karaluchy wielkości ludzkiej pięści). Od drzwi noclegowni do drzwi spożywczaka śledził go jeden z kolesi. Kiedy Damian go w końcu zapytał, po co to robi, skoro nie ma ani bagażu, ani paszportu, ani kobiety, powtarzał tylko „no inglish”. Kiedy w środku nocy dwa razy podchodziliśmy recepcję, by sprawdzić, czy w szufladzie nie ma schowanych paszportów, jeden z typków wybudzał się spod lady i darł się NO INGLISH, NO INGLISH, pokazując palcem kierunek odwrotu.

O 6:00 rano obudził nas strażnik Jacek. Odwiedzał nas jeszcze o 6:30, 7:00, 7:30. O 8:00 oddał nam paszporty i zażądał kasy za nocleg. Kiedy o 8:30 staliśmy na tej samej bramce, z której wczoraj cofnął nas Jacek, dostaliśmy informację, że „zaraz przyjedzie tu transport”. Chcieliśmy jechać autostopem, więc znowu cofnęliśmy się i schowaliśmy w lokalnej knajpie, mając nadzieję, że nikt nas w niej nie znajdzie. 15 minut później pod knajpę podjechał bus. Nie chciała przyjść góra do Mahometa, więc… W busie siedział już mnich, trzech uwalonych lokalesów, matka z dzieckiem i strażnik Jacek (jak nas tam wywąchał?). Palcem pokazał, w którym miejscu mamy usiąść oraz ile i komu mamy posmarować. Na koniec pomachał nam serdecznie, tak serdecznie, jak serdeczne Jacki machają swoim przyjaciołom na pożegnanie. My mu na „do widzenia” rzekliśmy po polsku: a idź pan w ch…!

5. prison break 2
Szlaban Strażnika Jacka
5. prison break
Łazienka w sztumie! Do dziś żałujemy, że nie zrobiliśmy zdjęć naszej celi

 

OSTATNIA PROSTA DO MRAUK-U

Pokonanie 700 km z Ngwe Saung do Mrauk-U* zajęło nam dokładnie 45 godzin (z czego 33 godziny jechaliśmy, a 12 czekaliśmy na złapanie stopa albo dreptaliśmy z buta; nie wliczamy w te 45 godzin ani noclegów, ani historii z przyszpileniem przez Juntę, ani reszty śmiesznych historii z Birmańczykami w tle).

Zachód Birmy jest jak XVI-wieczna Suwalszczyzna wymieszana z Podlasiem. Nikt tam nie mówi po polsku ani po angielsku (ani w żadnym innym języku, którego alfabet nie wygląda jak ciąg malowanych tyłków). Słowo klucz to droga. Asfalt na zachodzie Birmy, jak Magik w piosence Paktofoniki, pojawia się i znika. Gdyby jakiś etap Tour de France przebiegał przez to miejsce, wszyscy kolarze zawróciliby do domu na piątym kilometrze, zaś do mety dotarłyby ze cztery wozy techniczne.

Ostatnie 170 km pokonaliśmy w 9 godzin. Zabrała nas ciężarówka wypakowana od podłogi po sufit cebulą, więc nie było najgorzej – poczuliśmy się trochę jak w domu. W sumie to zapach naszych plecaków, które z cebulą jechały, wciąż przenosi nas na ojczyzny łono. Nasi towarzysze? Trzech jegomości, którzy ni w ząb nie potrafili mówić po angielsku (przez 9 godzin zdążyliśmy ich nauczyć paru zwrotów. Dokładnie dwóch, „yes” i „no”). Nie potrafili też czytać w ojczystym języku (mieliśmy „list autostopowicza” napisany po birmańsku, który pomagał nam w łapaniu), na widok listu popatrzyli na nas z takim politowaniem, jakbyśmy im pokazali nasze zdjęcia z Pierwszej Komunii.

Docierając do Mrauk-U byliśmy więc z siebie bardzo dumni. Dumni, jakbyśmy właśnie zdobyli Biegun Północny albo dotarli do Nowego Sącza. Dotarliśmy do miejsca, gdzie diabły dupami szczekają, a psy mówią dobranoc. I już dzień później zastanawialiśmy się, czy nie uruchomić akcji społecznościowej „pomóż Marcie i Damianowi wydostać się z Mrauk-U”.

*normalnie „biali turyści” docierają do Mrauk-U najpierw samolotem z Rangonu do Sittwe, a później łodzią do Mrauk-U. Nas nie było stać, więc wybraliśmy to rozwiązanie, które u lokalesów wywoływało śmiech i niedowierzanie. Dało się zatem dotrzeć tam stopem (nawet w porze deszczowej!), choć w życiu już tego nie powtórzymy.

6. ostatnia prosta
List autostopowicza, po birmańsku (czyli ciąg malowanych tyłków). Nikt w cebulowym wehikule nie potrafił rozszyfrować własnego języka
6. ostatnia prosta 2
Standardowy most w Birmie

 

CHAMPIONS LEAGUE

W trakcie pobytu w Mrauk-U wypadł nam mecz pomiędzy Barceloną a Juventusem. Damian, sportów fan, od lutego widział tylko dwa spotkania (Indii i Bangladeszu w krykieta oraz Birmy i Singapuru w nogę. Oba katowały, jakby mu rodzice kazali oglądać retransmisję Pierwszej Komunii brata Damiana). Nic dziwnego zatem, że oznajmił Marcie: wrzucam finał Ligi Mistrzów do top 3 naszych akcji w Mrauk-U!

Mecz wypadał w niedzielę o 1:15. Birma to cywilizowany kraj, nie podnieca się krykietem ani tajskim boksem, a piłką nożną! Damian wiedział, że jest na końcu świata, ale wierzył, że jakaś knajpa musi mieć dostęp do prądu i jakiś telewizor, choćby czarno-biały. Trzy godzinny szukał człowieka mówiącego po angielsku. Fan Chealsea Londyn (z Geremim na koszulce :P) wytłumaczył Damianowi, gdzie znajdzie jedyną knajpę, w której będzie mecz. Miała się tam zejść cała 50-tysięczna wioska! Miał być Marcin, Michał, Zbyszek… Damian był podekscytowany.

W nocy ledwo znalazł knajpę. Noc w Birmie jest czarna jak czarny chleb i czarna kawa (i jak tyłek szatana). Szedł tam niemal wprost z imprezy ślubnej Birmańczyków, każda uliczka rozmywała się w ten sam sposób. I szedł sam, bo Marta, wymęczona ślubną libac… degustacją alkoholową, stanowczo odmówiła uczestnictwa w innych aktywnościach niż spanie. Historia o przed-weselu była opisana tutaj – klik.

Biesada na przed-weselu
Biesada na przed-weselu aka impreza ślubna Birmańczyków (przed meczem)

Knajpa okazała się prywatną chałupą. Nie było tam 50-tysięcznej wioski ani mówiącego po angielsku znajomego. Była za to 10-osobowa rodzinka. Dwie kobiety w stanie śpiączki spoczywały na leżakach, a panowie? Jeden wachlował kobiety, dwóch żuło betel, zaś reszta oglądała birmańskie teledyski. Damian wszedł tam na pewniaka, tak jak się na studiach wchodziło na egzamin ustny bez przygotowania.

R (Radek, głowa rodziny): Skąd jesteś?
D: Poland.
R: Holland?
D: Nie, po klapkach poznasz, że nie Holland. Poland. Pomiędzy Germany i Russia.
R: yyy
D: Lech Wałęsa? Karol Wojtyła? Hanna Banaszak?
R: YYY
D: Adam Małysz (dobrze zapytać o skoczka narciarskiego w Birmie)? Artur Partyka? Robert Lewandowski?
R: AAAA, Lewandowski! Za kim dzisiaj jesteś?
D: Za Chelsea Londyn (bo już wiedziałem, że wszyscy w Birmie są za Chelsea).
R: Braaacie! Usiądź z nami.

I było tak, jakby siedział w tej chacie z chłopakami z podwórka. Mecz się odbył, wszyscy obejrzeli jakieś jego 85% (bo trzy razy odcięto w Mraku-U prąd). Na wysokości gola Rakitica (czyli w piątej minucie meczu) chłopaków złapało gastro:

R: E, Lewandowski! Głodny? Mamy wyśmienity ryż z kurczakiem i sałatką z trawy!
D: Bardzo dziękuję, ale muszę odmówić. Dzisiaj już pięć porcji tego zjadłem.
R: To świetnie. Trzymaj!

(Wygląda to tak, jak na zdjęciu). W tej chacie Damian obiecał sobie, że to już ostatni raz w jego życiu, kiedy włożył do ust fragment trawnika.

7. champions league
Zdjęcie z innej imprezy. Bo zapomniałem zabrać aparat na mecz 🙁

Jeszcze w trakcie pierwszej połowy zaproponowano Damianowi betel do żucia, skręcone z liści jesionu cygaro i jedną ze śpiących panien (żeby wziął ją za żonę). Zareagował dopiero na propozycję szklanki wody, pytaniem, czy mają piwo. Za pierwsze zapłacił pełną cenę, czyli dwa złote. Drugie kosztowało go już tylko złotówkę. Kolejne dwa dostał w prezencie. Zaś w 60 minucie meczu chłopaki odnaleźli zbłąkaną butelkę whisky i mimo Damianowej odmowy rozpoczęli integrację polsko-birmańską. Gola Neymara Damian nie pamięta.  Prawdopodobnie tak jak reszta towarzystwa.

I jak tu nie nazwać Birmańczyków jednym z najsympatyczniejszych i najgościnniejszych narodów świata?


 

WESOŁY AUTOBUS

Pokonanie 700 km autostopem z Ngwe Saung do Mrauk-U zajęło nam zbyt dużo czasu, by tak samo pokonywać kolejne 600 km z Mrauk-U do Mandalaj. Dlatego zdecydowaliśmy się na autobus. W przeddzień wyjazdu szukaliśmy biletów. W biurach turystycznych za głowę chciano od nas 35 000 kyatów (116 zł), więc w pierwszym momencie rozważaliśmy jednak kupno konia. Gdy cena za tego okazała się jeszcze większa niż bilet, myśleliśmy nawet o jego kradzieży (konia, nie autokaru).

Zeszliśmy na ziemię i szukaliśmy tańszych biletów, zaglądając ludziom do szałasów i piwnic. Znaleźliśmy bilet u Pana Leszka (Śmieszka) za 25 000 – miało być wifi, klima, basen i pełne wyżywienie. Zapłakaliśmy, gdy płaciliśmy i poszliśmy się upić. Najpierw do baru, potem na birmańskie przed-wesele (potem byli jeszcze Janusze piłki nożnej, ale nie będziemy się powtarzać).

Pan Leszek-Śmieszek powitał nas i nasze bolące głowy z szerokimi ramionami i szybko – zanim zdążyliśmy wykrzyczeć „Ooo Paaanie, reklamacja!” – wpakował nas do pojazdu, który w czasach swojej świetności woził cegły na budowę Chińskiego Muru. Baliśmy się odsłonić wykładzinę na podłodze, bo pewnie znaleźlibyśmy tam dziurę na nogi, jak u Freda i Barneya.

Podróż trwała jedynie 22 godziny. W cenie biletu: pół litra mineralnej i worek na rzyganie. – WTF? – pomyśleliśmy. – Zamiast kocyka – worek? W worku jednak tkwi sęk tej historii. Teraz, proszę, wyciągnij łyżkę z buzi.

Autokar ruszył, a kierowca wcisnął pedał gazu do dechy, czyli rozpędził gablotę do jakiś 60 km/h. Wariat. Szybko wjechaliśmy w góry i zabawa przerodziła się w dramat. Kołysało tak, że nawet Marco Polo zawróciłby do kei.

Pierwsza zaczęła wymiotować Karyna po naszej lewej stronie (biedaczka już do końca podróżowała w pozycji horyzontalnej, walcząc o świeże powietrze na podłodze). Chwilę później solidarnie dołączyło do Karyny pół tuzina pasażerów. Kierowca, aby zagłuszyć tę sonatę b-moll, włączył na full wideo z birmańskimi teledyskami – i wtedy zrozumieliśmy, co to znaczy dolewać oliwy do ognia! Pierwszy postój odbył się dwie godziny po starcie. Aby dokupić worki.

Mówi się, że jeśli nie możesz pokonać wroga, musisz się do niego przyłączyć. Albo wystawić głowę i pół korpusu przez okno, na trzy godziny. Ponad miesiąc już minął, a Damian wciąż niedosłyszy na prawe ucho.

W największych górach (patrz wideo – klik) za worki łapali już wszyscy prócz kierowcy, Marty na kacu i Damiana z wystawioną na zewnątrz głową. Kiedy części pasażerów znowu skończyły się worki – otwarli swoje okna i kontynuowali swe harce na świeżym powietrzu.

trasa Mrauk-U – Mandalaj
trasa Mrauk-U – Mandalaj
trasa Mrauk-U – Mandalaj i wymijanie na drodze

Teraz finał: w połowie drogi autokar zatrzymał się na dłuższą przerwę. Birmańczycy wykulali się z zagazowanego autokaru jak ocalali z bezludnej wyspy, by chwilę później … obżerać się w zajezdnej knajpie makaronem, ryżem z curry i trawnikiem. Zajadali się, wszyscy, ze smakiem, do-sy-ta. Patrzyliśmy na te sceny z przerażeniem, niedowierzaniem i obawą.

Co zmieniło się po przerwie? Zaszło słońce. A poza tym wszystko po staremu. W nocy wystraszył nas pisk opon naszego autokaru. Padła niezdobyta twierdza. To kierowca nie wytrzymał, zaczął już na schodach, a skończył pod drzewem. Po wszystkim strzepnął tylko pyłek z kamizelki i jak gdyby nigdy nic wrócił na pokład wesołego autobusu. Incredible Burma!


 

SKUTI, WIERZĘ W TEN DUET!

Jedynym miejscem w Birmie, w którym biały człowiek może wypożyczyć motor, jest Mandalaj. W starej stolicy (Rangunie) nie można, od kiedy prezydent wypierniczył się na jednym i następnie zakazał poruszania się nimi (choć wszyscy mówią, że to przez duży ruch). W nowej stolicy (Naypyidaw) zakazane jest wszystko. Zaś na wioskach motor powinien pojawić się około 2040 roku (póki co rządzą tam bawole powozy). Ale w Mandalaj…

M: Ty, Damian, zerknij, 10 dolców za wynajęcie skutera na cały dzień.

D: BIERZCIE WSZYSTKIE MOJE PIENIĄDZE I DAWAJCIE KLUCZYKI (akurat miałem w kieszeni jakieś 11 dolarów i kilka centów).

Mandalaj jest równie ciekawym miastem co Kalisz. Jeśli w promieniu 100 km jest coś ciekawego do zobaczenia, to tylko stare stolice kraju oddalone po 15 i 30 km od miasta. Przejazd z centrum Mandalaj do – dajmy na to – Mingunu publicznym busem zajmuje tyle co przejazd koleją z Wrocławia do Szczecina. Dlatego ten skuter był dla nas zbawieniem.

W Azji nie zdejmuje się skuterom blokady. Blokad się tam w ogóle nie montuje. Przy 125DC taka maszynka potrafi rozpędzić się do ponad 100 km/h. Spojówki nam się wysuszały, muchy grzęzły w nosie, a gruz wpadał między zęby. Ale taka przejażdżka po nienaruszonej przemysłem okolicy dawała nam dużo radochy. W takich chwilach czuje się, że podróżowanie to miłość.

Nie będziemy się tu rozwodzić o atrakcjach turystycznych okolic birmańskiego Kalisza. Ta historia jest o skuterze i wdzięcznych lokalesach.

– Andale! Andale! – Darliśmy się na motorze dociskając manetkę gazu do dechy. Po przejechaniu 50-60 km nasz skuter niespodziewanie zaczął rzęzić. Nie wiedzieliśmy o co cho, ale zaczął skrzypieć jak stary tapczan. Do hostelu mieliśmy stamtąd 30 km, nie chcieliśmy zarżnąć biedaka, więc pośpiesznie rozglądaliśmy się za serwisem. Jak na ironię jeden wyłonił się tuż za rogiem. Stał tam, tak jakby trochę wyczekująco, umorusany od stóp do głów smarem mechanik Wojciech. Żuł coś w ustach, gapił się na nas posępnie. Wyglądał jakby właśnie zbiegł z Guantanamo.

D: Eeee, yyy, uuu. Tu, brum brum, boom, boom, krzykrzykrzy (gimnastykował się Damian migowym, aż do pierwszych zakwasów w ramionach).

MW (majster Wojciech): Chłopie, nie rób ze mnie debila. Coś tam potrafię mówić po angielsku.  

D: O nasz bohaterze. Jechaliśmy właśnie z Mingunu, kiedy…

MW: Dobra, dobra, słyszałem ten ryk już 15 km temu. Dawaj tu szybko tego rzęcha, bo jestem uwalony robotą po uszy.

D: A nie, to nie będziemy ci dokładać roboty.

MW: Młody, masz jakiś problem ze mną?

Wojtek wziął skuter do szopy. Z drugim Wojtkiem sprawdzili amortyzatory, silnik, koła. Smyrnęli smarem wszystko na nowo, wymienili olej, dokręcili śruby, wypoziomowali i dopompowali koła, jakaś uszczelka wyglądała na starą, to wstawili nówkę. A uwijali się przy tym jak Egipcjanie przy budowie Piramid (czyli szybko i z chirurgiczną dokładnością).

D: No to nas Wojtek zaraz podliczy za przegląd 🙁

M: Dobra, to może ja już wykreślę Malezję z naszych planów 🙁

Wojtek chwilę potem szeroko się uśmiechnął (prezentując ostatnie trzy zęby, w tym jeden, wyglądający jak otwieracz do butelek) i rzekł „gotowe”. Damian zaryzykował, wyciągając na początek negocjacji tylko 10 dolarów.

MW: Młody, masz jakiś problem ze mną?

D: No dobra. 15$ będzie okej?

MW: Spadaj mi z tą kasą, bo zaraz sam wsiądę na ten skuter i odjadę z twoją dziewczyną!

Wojtek nie wziął ani grosza. Próbowaliśmy wciskać mu kolejno 15, potem 10 i 5 dolarów, ale nawet brewka mu nie drgnęła. Gdy kupiliśmy chłopakom po butelce wody, soku i coca coli, zaśmieszkowali „co wy, otruć nas chcecie?”. No tak, chłopaki po pracy piją pewnie zużyty płyn z chłodnicy. Mocno zawstydzeni i zaskoczeni takim obrotem spraw podziękowaliśmy serdecznie i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Obraliśmy za cel następną byłą stolicę – Inwę. Oznaczało to następne kilkadziesiąt kilometrów do przejechania. Kolejne postoje na zdjęcie w terenie lub wodopój zwiastowały nowe problemy ze skuterem. Nie odpalał za pierwszym razem. Trzeba było startować go kilka razy, by ruszył. Baliśmy się, bo oddalaliśmy się od hostelu jeszcze bardziej. Damianowi przypomniała się piosenka Łony i zaczął śpiewać:

Rura, Skuti, rura, nie zwalniaj w mieście.

Skuti, o więcej prosić nie śmiem, tylko wieź mnie.

Chociaż dzisiaj rano raz nam się zepsułeś,

na zawsze ty i ja, wierzę w ten duet.

Ale Skuti nie wierzył w ten duet. Kiedy w Inwie zatrzymaliśmy się na obiad i zwiedzanie, skuter definitywnie odmówił dalszej współpracy. Tym razem akumulator odszedł na drugi krąg. I tym razem sytuacja była bardziej skomplikowana. Miejsce, w którym padł nam skuter przypominało centrum Puszczy Kampinoskiej. W promieniu 30 km nie było kantyny z fajkami, a co dopiero warsztatu samochodowego. Tylko my, rzęch, stara birmańska świątynia, knajpa z makaronem oraz kilku turystów. A żeby dojechać tam, skąd przyjechaliśmy, musielibyśmy pokonać leśną ścieżkę, mały strumień, krecie kopce i starą linię kolejkową.

D: Dobra Marta, wykreślaj z planów Malezję, Singapur, Tajlandię i Kambodżę. Dzwonię po lawetę.

M: Czekaj, czekaj. Przez łzy smutku widzę zbliżające się do nas birmańskie dzieciaki.

Do końca życia będziemy się zastanawiać, skąd wzięły się te dzieciaki. Spadły na nas jak grom z jasnego nieba, jak kolejna pożyczka dla Grecji, jak wiedeńska odsiecz. Cała konwersacja rozegrała się na migi. Zadzwonili przy nas po swojego ziomka z wioski obok, ten przyjechał z przyczepką pełną narzędzi, rozebrał skuter prawie do naga, wymienił część przepalonych żarówek i przede wszystkim wsadził nowy akumulator, do bagażnika wrzucając ten, który padł.

chłopaki zwołani przez dzieciaki. Początek rozbiórki skutkiego
chłopaki zwołani przez dzieciaki. Początek rozbiórki Skutiego

Ile nas to kosztowało? Zero dolarów, zero złotych, zero kiatów. Próbowaliśmy zapłacić, nawet groziliśmy, że jak nie przyjmą kasy, to doniesiemy na nich policję. Ale ani prośba, ani groźba nic nie zdziałała. Dzień później wprowadziliśmy do Wikipedii nowe hasło: „pomocny jak Birmańczyk” – „pół człowiek, pół kosmita. Zanim poprosisz go o pomoc, on zaoferuje swoje wsparcie jako pierwszy, bez pytania, bez powodu, za darmo. Zrobi to z dobrego serca.”.

Co się wydarzyło, kiedy wróciliśmy do hostelu i opowiedzieliśmy jego właścicielce o naszych przygodach ze skuterem? Zamiast zgłosić sprawę do prokuratury za nielegalny przegląd albo wyciskać z nas dolary za warsztatową samowolkę, kobieta przybiła nam piątki, podziękowała za odrestaurowanie rzęcha i próbowała wcisnąć nam kasę za straty moralne i naprawy 🙂

Taksówka po birmańsku
Taksówka po birmańsku
Taksówka po birmańsku
Taksówka po birmańsku

 

CHŁOPAKI Z BAGANU

Genialny pomysł Marty, aby do Baganu stopować już z centrum Mandalaj, kosztował ją pięć karnych kolejek prania skarpet i gaci. W Mandalaj nie tankuje się paliwa na stacjach benzynowych. Bo ich tam nie ma. Robi się to w przyulicznych budkach, w których benzynę sprzedaje się w plastikowych butelkach po Coli i Pepsi. Wydostanie się z centrum miasta na autostradę (tzn. utwardzony fragment drogi o szerokości trzech metrów) było wyzwaniem równie trudnym, co spacer niewidomego u Minotaura bez wsparcia Ariadny.

Kiedy zmęczeni, zalani potem, brudni i głodni po trzech godzinach wyjechaliśmy trzecim autostopem 9 kilometrów za miasto, rozważaliśmy kupno biletów lotniczych z Mandalaj do Bagan. Tylko 150 km, ale to ewidentnie nie był nasz dzień.

Między jedną zdrowaśką a drugą Marta niedbale zarzuciła karton z napisem „Bagan” na plecy. „Prędzej z buta do Baganu dojdziemy, niż ktoś nas stąd zabierze” – . I właśnie wtedy nowiusieńka Toyota w wersji limuzynowej zatrzymała się przy plecaku Marty. Miejsca na tylnej kanapie było tyle, że można byłoby tam Trzeci Pułk Polskiej Piechoty wcisnąć. Nienachalna klima zawiewała Damianowi po brodzie i gdy zamykaliśmy oczy, wydawało nam się, że to Krzysztof Krawczyk siedząc za kółkiem Toyoty śpiewa nam „Paaarostatkiem w piękny rejs…”.

Problem był tylko jeden, ale szybko sam się rozwiązał. Kierowca zajmował się montażem monitoringu (w samej Toyocie miał zamontowanych chyba z osiem kamer) i ze względu na fuchę musiał zostawić nas 50 km przed Baganem.

D: Patryk, to wyrzuć nas proszę obok jakiejś stacji benzynowej.

P: Obok czego?

D: A no tak. To niech będzie gdzieś przy wylotówce na Bagan.

P: Co wy tak z tym autostopem?! Czy wasz naród przemieszcza się tylko autostopem? Nie macie w Polsce autobusów albo kolei?

W tamtej chwili wyjaśniliśmy mu, że dla nas autostop to coś więcej niż zatrzymywanie samochodów „na pewniaka” lub „na biedaka”, aby pokonać kolejny dystans. Że za tym kryje się głębsza idea, która pozwala wymieniać się doświadczeniami z lokalesami, poznawać i dzielić się kulturą, wiedzą, historiami.

Wtedy Patryk zadzwonił do kolejnego Patryka. Chłopaki zgrali się ze sobą tak, że gdy pierwszy Patryk dojechał na robotę, drugi już na nas czekał. Z przygotowanym dla nas jedzeniem. Oponowaliśmy, ale jak to w Birmie bywa, nie pozwolono nam zgłosić weta. Drugi Patryk nie tylko zawiózł nas 50 km do Baganu. Zrobił z nami taką trasę, abyśmy ominęli wszystkie bramki, które ściągają od turystów po 20 dolarów za wjazd do najpopularniejszego miejsca w Birmie.

M: Dzięki za pomoc. Co możemy dla Ciebie zrobić?

P: Jeśli nie będzie problemu, to strzelmy sobie wspólne foto i wracam do siebie 🙂

Bagan
Bagan

 

TOYOTA DISCO

Nad samym Jeziorem Inle w cztery dni nastukaliśmy tyle dziwnych przygód, że objętościowo wyszłoby jak w „Lalce” Prusa. Było włamanie do rezydencji, żeby zobaczyć jeden z najlepszych zachodów słońca w życiu. Był (zakazany w Birmie) poker czterech sióstr, które grały za kasę wyszarpaną od turystów na wynajmowaniu pokojów. Był Niemiec, który wyjechał w 2011 roku na 3 m-ce do Australii, lecz do dzisiaj włóczy się po świecie. No i sternik wynajętej na jeziorze łódki, który zgubił nas na targu i którego szukaliśmy przez megafon na klasztornej wieży mnichów. Ale tego nie opisujemy, bo musimy zostawić sobie coś do opowiadania na podróżniczych festiwalach i wiejskich festynach (haha, żart. Nikt nas tam nie zaprosi :P).

Z Jeziora Inle przebijaliśmy się kilkaset kilometrów do Naypyidaw. Najpierw z indyjską parką, która wcisnęła nam 2.5 kilograma wizytówek ich dwóch restauracji. Następnie z matką z dzieckiem (nie wcisnęli nam wizytówek, a wagon batoników. Szczerze, sami nie wiemy, co gorsze). Zanim złapaliśmy Filipa i Roberta, podjechaliśmy bezpłatnie kilka kilometrów taksówką (kierował nią fan piłki nożnej, który co chwila powtarzał, że Milan Baros był najlepszym napastnikiem w historii polskiej piłki). Za Kalaw złapaliśmy Toyotę:

R: Hehe, co to znaczy, że hehe machacie na nasz widok rękami hehe. Przecież się hehe nie znamy.

M: Jeździmy po Birmie autostopem… (tu wyjaśniamy ideę autostopu).

R: Hehe, ale macie farta hehe. Hehe, jedziemy z Tachilek do Naypyidaw, już trzeci dzień hehe. Wskakujcie!

D: Z Tachilek? Przecież to 600 km stąd.

R: Birmańskie drogi hehe.

Robert i Filip, marketingowcy, chłopaki cud malinka. Prowadzili gablotę pewnie i z klasą jak Kimi Raikkonen, choć całą drogę śmieszkowali, jakby najedli się grzybów. Może dlatego, że od trzech dni nie spali? Całkiem pewnie gadali po angielsku, sporo dowiedzieliśmy się o nich o Birmie, choć podejrzane było to, że juntę przedstawiali jako zbawców narodu. Kluczem w tej historii jest jednak odtwarzacz muzyki.

Robert i Filip słuchali birmańskiej muzyki z pogranicza undergrandu. Normalnie głównym nurtem muzycznym jest tam zapętlanie dźwięków obdzieranego ze skóry kota. Trzy godziny spisywaliśmy do kajetów najlepsze kawałki, które w Toyocie serwował nam Roberto. Jeden z lepszych możecie sprawdzić tu – klik. Gdy przesłuchaliśmy wszystko po dwa razy, padło pytanie:

R: Macie jakąś polską hehe muzykę? Jeśli macie bluetootha, załączę z największą hehe przyjemnością!

D: Kurcze Roberto, coś tam mamy, ale muzycznie to bardziej IV Liga Polska niż Ekstraklasa.

R: Dawaj hehe, bo zaraz włączę nasze radio.

Radio to koty, więc podłączyliśmy Szajsunga do birmańskiego odtwarzacza i zapuściliśmy playlistę z wszystkim, co było u nas polskie. Więc ustawiliśmy (co za wstyd): Coma „cebulowe łzy”, Natalia Przybysz „Nazywam się niebo”, dwa kawałki Julii Marcell z nowej płyty, jeden song od Maleńczuka, „Elektryczny” autorstwa Brodki i pana od trójkątów i kwadratów, Sojka feat. Mozil śpiewający Miłosza, dwa strzały od Meli Koteluk i jeden Myslovitz (nie przyznaliśmy się chłopakom, że mamy też Karmelove i coś tam Bukartyka). Wczuliśmy się w to zadanie jak Robert Janowski w „Jaka to melodia”.

Nos, krokodyl i cebulowe łzy
Nos, krokodyl i cebulowe łzy

Na większość kawałków reakcja chłopaków była ambiwalentna, ani ziębi, ani parzy. Jednak kiedy wjechała Przybysz, Filip zaczął tupać nóżką. Przy „Manners” Marcell i przy Comie chłopaki wczuli się mocno. Ale hitem okazała się Koteluk. „Żurawie Origami” próbowali śpiewać w refrenie. A w połowie „Tragikomedii” Filip zadzwonił do jakiegoś ziomka, puścił radio na full, przyłożył głośnik telefonu do głośnika odtwarzacza a na koniec powtarzał do telefonu „kul, amejzing, bjutiful, itd.”. I tak oto zaliczyliśmy piękną wymianę międzykulturową.

Kilka kilometrów przed Naypyidaw w Toyocie skończył się diesel. Robert dzwonił do kogoś, potem ten ktoś oddzwaniał, a chłopaki przy każdym takim połączeniu prosili, abyśmy przez chwilę zamilkli, bo będą rozmawiać „z takim hehe naszym hehe politykiem”. I wtedy zajarzyliśmy, skąd u naszych marketingowców to wychwalanie rządzących.

Tak się wszystko poukładało, że gdy Robert wjechał na stację paliw, tam czekał na niego pan z wężem. Z chłopakami objechaliśmy pół stolicy, żeby znaleźć dla nas jakiś niedrogi nocleg. Koniec końców okazało się, że Naypyidaw ma stworzoną specjalną strefę z hotelami dla zachodnich turystów, z cenami w przedziale 40$ – 150$ za noc. My ostatecznie nocowaliśmy za 25$ (pokój w piwnicy, bez okien. Ale w wysokim standardzie), wkręcając menadżera hotelu, że maszerujemy pieszo z Mandalaj do Rangunu.

Robert (aka "hehe") i Filip. Ten w środku to Robert hehe
Robert (aka „hehe”) i Filip

 

OSTATNI AKORD

Byliśmy w Mulmejn w czwartek. Zaplanowaliśmy sobie moc atrakcji na kolejne 10 dni. 5 minut później zorientowaliśmy się, że wiza kończy się w niedzielę. W dwa dni zrobiliśmy pieszo jakieś 60 km po i wokół miasta, a w sobotę rano (koło 13:00) ruszyliśmy w stronę granicy z Tajlandią.

Biorąc pod uwagę stan birmańskich dróg i naszą niekorzystną do stopowania lokalizację, zdecydowaliśmy się na lokalnego busa. Miał nas zawieźć 60 km z Mulmejn do Baa-An (stamtąd 100 km pokonuje się już w pięć godzin, a nie jak zazwyczaj osiem). W autobusie znajdowały się rury kanalizacyjne, meble w trakcie przeprowadzki, skrzynki z żywym drobiem, kilka worków mąki (jakieś 250 kg). No i dwa tuziny pasażerów, w tym trzy kobiety z rambutanem na głowie. Czyli birmański standard.

Rzęch, z którego uciekliśmy. Tak udany, że nawet "dziękuję" nie potrafił dobrze napisać
Rzęch, z którego uciekliśmy. Tak udany, że nawet „dziękuję” nie potrafił dobrze napisać
Babinka z rambutanem na głowie
Babinka z rambutanem na głowie

Posadzono nas w pierwszym rzędzie. To coś takiego, jakby w Quatar Airlines dostać klasę biznes. To dlatego, że siedzisz przy otwartych przednich drzwiach i nie czujesz zapachu wymiotujących towarzyszów podróży. Już mieliśmy zaklaskać z radości, jak u Piotra R., ale autobusowa ekipa (kierowca i pomocnik kierowcy) zaczęła rozgrywać jakieś dziwne akcje. Co chwilę zatrzymywali maszynę, ktoś coś wyjmował z bagażnika, po czymś ktoś coś do niego pakował. Kiedy po 40 minutach podróży spostrzegliśmy, że zrobiliśmy od startu jakieś 3 kilometry rozpoczęliśmy konwersację z ekipą.

D: Panie Waldku, na którą będziemy w Baa-An?

W: Jak będziemy to będziemy.

M: Do zachodu słońca musimy być na granicy.

D: Będziecie zatrzymywać się tak przy każdym napotkanym typku z mąką na plecach?

W: Spoko. To był ostatni raz. Teraz jedziemy prosto do Ba-Annu.

Chwilę potem Waldek zaparkował autobus z całym zamieszaniem na podwórku jego ziomków. Zarządził 15 minut przerwy, a ludzie wyszli do knajpy na zupę i makaron z trawą. Znowu pojawili się tragarze, ktoś wyjął z busa rury kanalizacyjne, następny ktoś w to miejsce włożył plastikowe fotele i parasol (wiecie, takie jak na rynku we Wrocławiu. Tylko z facjatą prezydenta Birmy zamiast w kolorowe wzorki w kwiatki). Kwadrans po wyruszeniu w dalszą trasę, gdy autobus w końcu wyjechał z miasta i miał do pokonania jeszcze 50 kilometrów, zaplanowaliśmy ewakuację. Nie było przystanku, nic nas nie wymijało, więc zażądaliśmy przerwy na siku, w ramach której spierniczyliśmy z autobusu na dobre.

Odbiliśmy na czuja w prawo w kierunku wioski, która na mapie wypuszczała skrót w kierunku granicy. Co prawda droga miała w maps.me oznaczenie „leśna ścieżka”, ale było późno, nie mieliśmy wyboru. Ruch na wiejskiej drodze był raczej przeciwieństwem Marszałkowskiej, zdążyliśmy przejść pół wioski, zanim minął nas pierwszy samochód.

I wtedy wpadliśmy na patrol junty. 3 minuty po zamienieniu kilku słów siedzieliśmy już na specjalnie dla nas przytachanych krzesełkach. Kazano nam się odprężyć, złapanie stopa zostawiając w rękach sierżanta. Kiedy okazało się, że po wiosce jeżdżą tylko wiejskie taksówki wypchane trzydziestoma pasażerami oraz przepakowane dostawczaki, sierżant zadzwonił po swojego ziomka, a ten zawiózł nas 30 km na główną drogę w kierunku Myawaddy. Jak zwykle byliśmy bez prawa do weta.

Tu jeszcze siedzimy (na krzesełkach) i czekamy na rozwój sytuacji
Tu jeszcze siedzimy (na krzesełkach) i czekamy na rozwój sytuacji

Przy drodze na Myawaddy zaopatrzyliśmy się w butelkę Colki i paczkę chrupek. Siedliśmy poczciwe pod drzewem i zaczęliśmy pałaszować. Potrzebowaliśmy tych 15 minut na ochłonięcie po pokonywaniu wiejskich kolein starym Deewoo rozpędzonym do 120 km/h. Ale nagle zaparkowało przy nas jakieś auto. Z szyby wychylił się Jakub.

J: Siema. Potrzebujecie podwózki?

D: W zasadzie tak, ale tak naprawdę to nie. Obiad mamy. Zaczniemy łapać później.

J: Ej komon. Wy i ja, ja i wy. W szufladce mam chipsy i batony.

M: Paaanie Jakubie…

J: Dobra, to siedźcie, a ja zaparkuje tam, 20 metrów dalej, przy tej drewnianej budzie. Poczekam na was.

Jakub jak powiedział, tak zrobił. Zaparkował niedaleko nas, wyłączył silnik i … czekał. Po tym wszystkim co nas wcześniej w Birmie spotkało, nie było strachu, że nas wywiezie do lasu i utłucze młotkiem. To była Birma, to byli przekozaccy Birmańczycy.

Zawstydzeni wszamaliśmy paczkę chrupek na raz i szybko wpakowaliśmy się do samochodu. W środku okazało się, że prócz Jakuba było w nim jeszcze troje innych dorosłych ludzi i jedno niemowlę. Towarzysze upchnęli się w dwóch pierwszych rzędach, dla nas robiąc miejsce na trzech siedzeniach z tyłu.

Nie wiemy, kim Jakub będzie w kolejnym wcieleniu, ale pewne jest, że w tym poprzednim był społecznym maszynistą, taksówkarzem albo dzierżącym lejce konnym woźnicą. W połowie drogi na pełnej prędkości zrównał się z nami inny samochód. Otworzyły się okna i:

A(Arkadiusz): Elo Jakub. Ciśniesz na Myawaddy?

J: Witaj Areczku. Bystrzak z ciebie.

A: Weź mi Michała podrzuć, na roboty jedzie.

Kilka sekund później oba samochody stanęły na drodze ekspresowej, blokując ruch na obu pasach. Problemu nie było, bo (ileż to razy jeszcze w życiu powtórzymy) w Birmie ruch jak na Suwalszczyźnie. Z samochodu Areczka wyskoczył Michał i wpakował się Jakubowi do samochodu. Jakub, zamiast posadzić Michała u nas na tyłach, gdzie miejsca było tyle, że hulaj dusza, wcisnął go do przodu. Jakub auto miał w automacie, ale gdyby to był manual, Michał mógłby przerzucać biegi prawym pośladkiem.

Historia, tak jak cała przygoda w Birmie, skończyła się bardzo pozytywnie. Jakub podrzucił nas aż pod same rogatki granicy, ostatnie 100 metrów pokonując po pieszym chodniku. Przybiliśmy żółwiki z Jakubem mocno, tak, by cała Birma się zatrzęsła. W podzięce dla tego kraju za wszystkie przygody, które zostaną z nami do końca życia 🙂

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

komentarze

  1. ssaandrass
    28 lipca 2015

    Najbardziej podobała mi się historia o birmańskiej Joannie!
    Birma pod tym względem jest cudowna! Ludzie mają tak mało, a jeszcze chcą się dzielić. I ta ich fascynacja białymi i wszystkim co nietamtejsze 🙂 aż zachciało mi się tam wrócić 🙂

    Odpowiedz
  2. Bartek
    28 lipca 2015

    Przeczytałem! Pocztówkę już mam 🙂

    Odpowiedz
  3. Ula Wierzbicka
    2 sierpnia 2015

    Po raz kolejny: przemegabomba!! Az mi sie smutno zrobiło ze to juz koniec. Czekam na książkę! I ewentualnie pocztówkę 🙂

    Odpowiedz
  4. Agata
    20 marca 2016

    Przy rzygającym autobusie poryczałam się ze śmiechu! No i jakiś puchar za suchar Wam się należy czy odznaka z ziemniaka (pewnie to drugie bardziej w waszym klimacie hehe).
    Piszcie dużo!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *