Co warto zobaczyć na Cejlonie? Sri Lanka BARDZO subiektywnie

Są na Sri Lance miejsca piękne. Są też takie totalnie przereklamowane, do których mimo wszystko zjeżdżają tłumy turystów. Trochę nas denerwują te zachwyty nad każdym lankijskim kamyczkiem, górką i kawałkiem plaży, z której da się wejść do wody, dlatego też, specjalnie dla Was, przygotowaliśmy (prawdopodobnie najgorszy na świecie) przewodnik po atrakcjach Sri Lanki. Niech się schowa Lonely Planet i Tripadvisor – Marta i Damian mówią, jak jest!

*Na Sri Lance byliśmy w kwietniu 2015. Uczulamy szczególnie na ceny, które rosną szybciej niż dług publiczny w Polsce.

Legenda:

1 – omijaj, kijem nie tykaj

2 – jeśli się uprzeć…

3 – można zobaczyć

4 – warto

5 – zachwycające!

 

1. Kandy (Świątynia Zęba)

Marta: Miasto, które przywitało nas tłumem tak wielkim, że jazda koleją miejską w Mumbaju w godzinach szczytu w obliczu przejścia kilkuset metrów z dworca w Kandy do naszego hostelu wydała się nam dziecinną igraszką. Do Kandy przygnały nas dwie rzeczy: po pierwsze, miasto jest dobrym punktem tranzytowym do Dambulli (oraz Anuradhapury i Elli) i wypadowym do Pinnawala, po drugie: w Kandy, w atmosferze kontemplacji, ujrzeć można z bliska niezwykłą relikwię – ząb Buddy. No, może nie z bliska, a przez okienko, nie w atmosferze kontemplacji, a w dzikim tłumie popędzanym przez strażników i nie ujrzeć, a sobie wyobrazić. Ząb Buddy zamknięty jest bowiem w ośmiu złotych pojemnikach i w sumie równie dobrze mógłby się tam znajdować na przykład piszczel świętego Antoniego albo mięsny pulpecik Latającego Potwora Spaghetti. Mimo wszystko samej Świątyni Zęba nie można odmówić uroku – drewno połączone ze złotem, dźwięki bębnów tworzące podniosłą atmosferę, pielgrzymi z całej Azji, malownicze położenie nad jeziorem… Troszkę inaczej patrzy się też na to miejsce, gdy wie się, że w 1998 Tamilskie Tygrysy zabiły tu w zamachu samobójczym 23 osoby.

Jeśli nie jesteś buddystą /dentystą – Świątyni Zęba tak potrzebujesz do szczęścia jak ryba roweru. Tym bardziej, że wstęp kosztuje 2000 rupii lankijskich (ale uwaga: nie sprawdzają biletów! Jeśli zatem pielęgnujesz w sobie polską cebulę – możesz spróbować szczęścia). Warto za to poszwendać się tuż przy świątyni wieczorną porą, zwiedzając dewale poświęcone bóstwom opiekuńczym Sri Lanki (zaskakuje mix buddyzmu i hinduizmu) i obserwując modlących się pielgrzymów.

Ocena Marty: 2/5

Ząb Buddy. Gdzieś. Tam.
Ząb Buddy. Gdzieś. Tam.
Kwiaty od pielgrzymów
Kwiaty od pielgrzymów
Wejście do świątyni
Wejście do świątyni

Damian: 100-tysięczne Kandy to taka nasza Łódź. Hałas, tłok, spaliny, tłumy. Jak Łódź jest zakorkowana i brzydka, ale że jakiś śmieszek wybudował ją akurat w samym centrum Sri Lanki jest więcej niż pewne, że do niej trafisz lub przez nią przejedziesz. Poza Świątynią Zęba (najlepsza buddyjska świątynia Cejlonu, jednak jeśli widziałeś wcześniej te Tajskie, nie warto jej odwiedzać) można też wiedzieć, że w Kandy startuje kolejka górska do Elle. Ceny noclegów są tam jednymi z największych na wyspie (średnio 100 zł za noc. Przy odpowiednim wysiłku po kilku godzinach szukania, można znaleźć pokój w standardzie „bunkier II WŚ” za 45 zł). Krótko mówiąc: miasto, które nie jest przyjazne, jeśli nie masz dużo kasy.

Odsłonięcie zęba Buddy w Świątyni Zęba to jedna wielka farsa (jak mecz Polski z Czechami na ostatnim Euro). Płacisz pół stówki za to, aby stać godzinę w kolejce i nie-zobaczyć „boskiego zęba” stojąc pod okienkiem z Zębem tylko kilka sekund (bo uprzywilejowani turyści z dodatkowymi datkami mają pierwszeństwo). I nie zmieni tego przyjemny klimat ceremonii, bębnów i niezłego oświetlenia.

Ocena Damiana: 1,5/5

 

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: Średnio od 80 zł w górę. My spaliśmy za 40 zł w mieszczącym się tuż przy jeziorze „Pink House” pamiętającym czasy Spartan, a może i smoków.

Cena (wejściówka do świątyni): 2000 rupii (56 zł) + 200 rupii (6zł) za obuwie / osobę.

 

2. Pinnawala

Marta: Dobre miejsce dla sadystów. Ten „sierociniec” to połączenie cyrku, maszynki do zarabiania pieniędzy i obozu pracy. Jeśli los zwierząt nie jest Ci obojętny i masz najmniejszej ochoty dokładać się do tego interesu – trzymaj się od Pinnawala z daleka! Zamiast tego polecam obserwację słoni na wolności oraz wspieranie godnych zaufania organizacji działających na rzecz zwierząt. Dlaczego? Tutaj wyjaśnienie: Słonie na Sri Lance. Cała prawda o Pinnawala i Uda Walawe.

Ocena Marty: 1/5

Opiekun zmusza słonia do położenia się w wodzie. Hak został wbity głęboko, bo widzieliśmy płynącą krew // Pinnawala
Opiekun zmusza słonia do położenia się w wodzie. Hak został wbity głęboko, bo widzieliśmy płynącą krew // Pinnawala
Pinnawala - słoń przy pracy. Łza czy chore oko?
Pinnawala – słoń przy pracy. Łza czy chore oko?
Karmienie
Karmienie

Damian: „Sierociniec” dla słoni! 9:15 karmienie słoniowych bąblów, za 10 zł możesz potrzymać butelkę z mlekiem. O 10:00 spacer słoni z parku nad rzekę, słoni w łańcuchach, poganianych przez „opiekuńczych” przewodników kijami i wykończonymi ostrym hakiem bambusami. Nad rzeką opiekun zaproponuje ci możliwość zrobienia
selfie ze słoniem. Jeśli słoń pozować nie zechce, to mu w tym opiekun pomoże – hakiem. A do zdjęcia hak pożyczy, abyś mógł dumnie pierś swą przy zdobyczy wypiąć. O 12:00 powrót do parku, czyli przywiązanie słoni łańcuchami w hangarze i ich „dobrowolne” karmienie specjalnym drzewem (aby z kupy słonia można było później zrobić zajebisty papier, który przy wyjściu z parku będziesz mógł kupić za kilkadziesiąt złociszy).

Ocena Damiana: 1/5

 

PRAKTYCZNIE:

W Pinnawala znajduje się dziś około setka słoni. Park znajduje się 25 km od Kandy, czyli dwie godziny autobusem (z jedną przesiadką), o ile nie ma korków. Jeśli na przesiadce wynajmiesz rikszę, to więcej niż pewne, że zamiast do Pinnawala trafisz do prywatnej zagrody, gdzie za 50-100 zł będziesz mógł przejechać się na umęczonym słoniu. Wstęp do parku kosztuje 2500 rupii (70 zł). Także chyba już nic nie przemawia za tym, abyś się tam wybierał. I dobrze 🙂

 

3. Dambulla – Rock Temple

Marta: Wyobraźcie sobie, że do kilku jaskiń wykutych w skale wpuszczacie grupę 5-latków z pobliskiego przedszkola, dajecie im trochę gliny, farby i mówicie: ulepcie/namalujcie tu dużo, ale to koniecznie dużo buddów i kilku fajnych królów! Taka właśnie jest Rock Temple – kolorowa, ale jakaś taka nieporadna, śmieszna, naiwna. Niektórzy twierdzą nawet, że to najbrzydsza świątynia świata. Dodatkowo na dole straszy swym kiczem współczesna Złota Świątynia z posągiem złotego Buddy i raczej przerażającym otworem gębowym w funkcji wejścia. A błe.

Przeczytawszy niezbyt pochlebne opinie, mimo sprzeciwu konkubenta, bo wejściówka raczej droga, podjęłam iście kobiecą, logiczną decyzję: wchodzę! Czy żałuję? Otóż nie! Zderzenie z Rock Temple było dla mnie niczym spotkanie ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Przecież nie wszystko, co kiczowate, musi od razu wzbudzać odrazę! Cisza, samotność, dotknięcie historii (rozpoczęcie budowy świątyń datuje się na I w p.n.e.), przemykający między jaskiniami mnisi oraz piękny widok na okolicę o zachodzie słońca zrobił swoje – zostałam zauroczona całokształtem twórczości. Choć samymi jaskiniami – niestety najmniej.

Ocena Marty: 3/5

Urocze
Urocze
Dambulla
Dambulla
Widok z Rock Temple
Widok z Rock Temple
W drodze do Rock Temple
W drodze do Rock Temple
Świątynia Gold Temple
Świątynia Golden Temple – u podnóża

Damian: Byliście kiedyś na wieży rycerskiej w Siedlęcinie (5 złotych za wstęp)? Pewnie nie, bo słyszeliście, że już lepiej kupić sobie dwa piwa pod sklepem i schłodzić się w upalny dzień. Podobne rzeczy mówią w Dambulli miejscowi, kiedy pytasz się o Rock Temple. Tylko że za kasę przeznaczoną na bilet mógłbyś kupić piw dziesięć, bilet miesięczny MPK albo trzy pary sandałów z Tesco. Ja widziałem w Indiach Ajantę (szczęka na podłodze) oraz Ellorę (ani ziębi, ani parzy) i wiedząc już wcześniej, że Rock Temple będzie przy nich jak Korona Kielce przy Arsenalu Londyn i Eintrachtcie Brunszwik, odpuściłem. Szkoda czasu (a przede wszystkim kasy). Propozycja jedynie dla tych, którzy od Sri Lanki zaczynają odkrywanie Azji.

Do Dambulli traficie na pewno, bo to baza wypadowa na Sigiryię. Ale radzę przyjechać do niej w nocy, zaś z samego rana wyruszyć już na skałę (przy okazji mając po wizycie w Sigiryii podstawiony bus na podróż do kolejnego miasta), bo Dambulla to bardzo smutna mieścina. No i jeszcze ta Rock Temple…

PS: Żeby nie było. Na wieży w Siedlęcinie byłem w życiu jakieś 10 razy. I serdecznie polecam!

Ocena Damiana: 1/5

 

PRAKTYCZNIE:

Wstęp do świątyni: 1500 rupii (40 zł)

Nocleg: Nocowaliśmy w rodzinnym guesthousie o nazwie nam już zapomnianej. Ale polecamy, będąc w wysokim sezonie zapłaciliśmy za pokój 40 zł, dodatkowo rodzina prowadząca przybytek jest bardzo sympatyczna (akurat trafiliśmy na tamilski i syngaleski Nowy Rok i dostaliśmy wyżerkę za darmo). Wysiadacie na dworcu autobusowym, kierujecie się w kierunku na Rock Temple (rikszą 3 minuty, choć kierowca powie, że 30 minut; pieszo 10 minut). Idąc lewą krawędzią jezdni w pół drogi mijacie wielki targ, później stację benzynową, a potem dojdziecie do dwóch restauracji, obok której będzie nasz guest house.

Transport do świątyni: na nogach, bo blisko.

 

4. Sigiriya

Marta: Dobra wiadomość jest taka, że z majestatyczną Sigiriyą, czyli Lwią Skałą, związana jest tajemnicza legenda – podobno na jej szczycie znajdował się niegdyś kompleks pałacowo-obronny wzniesiony przez króla Kassapa, który bał się zemsty brata. Im wyżej, tym bezpieczniej, co nie?

Zła wiadomość jest taka, że brat w końcu Kassapa dopadł, przez co dziś z tego wszystkiego pozostały tylko fundamenty i parę słynnych na cały świat fresków, a zobaczenie całego kompleksu kosztuje 35 dolarów, a więc tyle, ile 25 talerzy kottu. Czyli za dużo.

Sposób na Sigiriyę jest prosty jak budowa cepa – nie wchodzić tam! Choć z daleka robi pocztówkowe wrażenie (i promowana jest przez lankijskich ludzi od turystyki jako symbol Sri Lanki), to wystarczy zerknąć na te spocone tłumy wchodzące na górę w pełnym słońcu, by odechciało się do nich dołączyć. Zresztą, skoro tak pięknie wygląda z daleka – dlaczegóż by nie znaleźć punktu widokowego, z którego będzie wyglądać jeszcze lepiej? I tym sposobem trafiliśmy na Pidurangalę – bliźniaczą skałę ukrytą w zielonym, soczystym, pachnącym gąszczu dżungli. Widok z niej zaparł mi dech w piersiach. Tłumów zero, można leniuchować, marzyć i kłócić się do woli, bo nikt nas nie słyszy.

W ramach dodatkowej atrakcji polecam zgubić się w dżungli w drodze powrotnej na dół – temat przez nas wielokrotnie obcykany. Tylko pamiętajcie, by uważać na węże i zabrać z sobą dużo wody, szczególnie, jeśli planujecie zgubić się na dłużej niż pół godziny! Odwodnienie nie jest miłe.

Ocena Marty: 4/5 (o ile oglądacie Sigiriyę z Pidurangali)

Widok na Sigiriyę z Pidurangali
Widok na Sigiriyę z Pidurangali

Damian: 35 dolarów? 35 DOLARÓW?! Trzydzieści pięć?!?! Za wejście na skałę, na której leży sterta cegieł. 35? Haha, 35… Tego by nawet sam Molier nie wymyślił. Gdyby na tej skale żyły smoki albo w nagrodę za wspięcie się po setkach schodów na górze czekały Tajki, które wymasują zmęczone stopy, to może bym się zastanowił (pod warunkiem, że miałbym 35 dolarów; 35 dolarów, za które w Birmie byłbym w stanie przeżyć 12 dni, gdybym nie płacił za nocleg). Żadna pięknie opowiedziana o Sigiriyi historia, nawet prawdziwa, nie jest warta trzy-dzie-stu-pię-ciu-do-la-rów.

„Ale to święte i dumne miejsce Sri Lanki”, „jak już przyjechałem, to wejdę”, „mam 35 dolarów!”… Aha. To słuchaj, zrob tak: Skręć przed bramką na Sigiryę w lewo, przejdź się kilometr, zapłać 4 dolce (albo pójdź 100 metrów dalej i przebij się przez krzaki za darmo) przy budce i wejdź na Pidurangalę. Gdy pokazałem zdjęcia obu skał mojej pani od geografii z liceum (a ona o skałach ma wiedzę taką, jak Jacek Gmoch o taktyce futbolu – czyli ogromną!), to nie potrafiła rozróżnić, która to która. Zaoszczędzisz kasę (jak przejdziesz przez krzaki, to aż 35 dolarów!), będziesz miał przyjemny widok na Sigiryię oraz ubaw ze wspinających się turystów (którzy zapłacili 35 dolarów za coś, za co ty nie zapłaciłeś 35 dolarów), no i na Pidurangali nikt nie będzie chciał ci opchnąć miniaturowej wieży Eiffla ani naszyjnika za 20 złotych, bo będziesz na niej prawdopodobnie – sam.

Ocena Damiana: 1/5 dla Sigiryi (bo trzydzieści pięć…) oraz 3/5 dla Pidurangali.

 

PRAKTYCZNIE:

Koszt wejścia na Sigiriyę: zgadnij ile!

Koszt wejścia na Pidurangalę: 500 rupii (14 zł)

Nocleg: w Dambulli. Wychodzisz z dworca autobu… Ach nie, wait.

Transport: autostop (bajka!)

 

5. Jaffna

Marta: Nie jedźcie tam, mówili. Jest niebezpiecznie, mówili. Tamilowie są brzydcy i źli, mówili. Nic tam nie ma, mówili. A jednak! Udało mi się przekonać Damiana, by pojechać na północ Sri Lanki, o której nie rozpisują się przewodniki, a biały turysta rzadko kiedy stawia tam swoją stopę. To był strzał w dziesiątkę! Pokochałam to miasto, które tak wiele przeszło, a rany w postaci dziur po kulach w ścianach i spalonych budynków wyglądają wciąż na świeże (choć wojna domowa skończyła się 6 lat temu). Pokochałam okolice Jaffny – wyspę Punkudutivu i świątynie na Nainativu, wąskie drogi otoczone z dwóch stron wodą, rybackie wioski nad lagunami…

A nade wszystko pokochałam ludzi, bo właśnie tam spotkaliśmy się z niezwykłą gościnnością lankijskich Tamilów, z zaproszeniem na obiad od rodziny poznanej w hinduistycznej świątyni, z uśmiechami mijających nas dziewczyn i chłopaków, z żywym zainteresowaniem przypadkowo spotkanych osób, które bez ogródek opowiadały swoje wojenne historie lub zagadywały: czemu przyjechaliście do Jaffny? Nawet jedzenie smakowało inaczej. I ta nadzieja w oczach tych, którzy wracają na północ, choć nie mają już do kogo lub odbudowują swoje domy i wierzą, że najgorsze już za nimi… Poruszająca wizyta.

Ocena Marty: 5/5

Ślady wojenne
Ślady wojenne
Make friends not war!
Make friends not war!
W drodze na Pungudutivu
W drodze na Pungudutivu
Droga do wyspy Pungudutivu
Droga do wyspy Pungudutivu
Zmierz w Jaffnie
Zmierz w Jaffnie

Damian: 100-tysięczna Jaffna nie ma zbyt wiele atrakcji turystycznych (jak na Sri Lankę można byłoby rzec „i dzięęęki bogu”). Czuć tam za to magię wyjątkowego miejsca. Miasto niepodobne do żadnego innego na wyspie, ma w sobie oryginalny charakter i przede wszystkim – przegościnnych i serdecznych mieszkańców, którzy bez specjalnego powodu uśmiechają się do ciebie na każdym kroku. Atmosfera w mieście jest gęsta, bo po centrum nadal jeżdżą wojskowe patrole, a na ulicy w jednym szeregu spotyka się nowe kamienice wespół z tymi, których ściany są podziurawione od kul (pamiętając czasy ostatnich walk). Wystarczy wyjść na dłuższy spacer, aby ktoś po kilku minutach zaczepił cię i zaprosił do domu na herbatę albo przynajmniej porozmawiał przy furtce swojego podwórka o sobie i tobie. W trakcie trzydniowego pobytu w tym mieście dowiedziałem się o Sri Lance więcej, niż przez pozostałe trzy tygodnie spędzone na Cejlonie.

Szczególnie polecam wynajęcie skutera, wyjechanie poza miasto i kierowanie się bocznymi drogami na Nainativu/Pungudutivu. Więcej niż pewne, że trafisz na jedno lub kilka opuszczonych w trakcie lub po wojnie wiosek i miasteczek (spalone lub podziurawione od kul budynki, pozostawione pojazdy bojowe, stare zasieki, itd). Klimat tam panujący jest nie-do-opisania! A turystów – Z E R O.

Trochę o Jaffnie napisałem też tu: Sri Lanka, jakiej (zapewne) nie znacie

Ocena Damiana: 7/5

 

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: YMCA, 1000 rupii (28 zł)/noc/pokój dwuosobowy, łazienka wspólna

Cena za prom na Nainativu: groszowe sprawy

Wypożyczenie skutera: 1500 rupii (42 zł) wynajem/dzień + paliwo (3.5 zł za litr)

 

6. Nuwara Eliya

Marta: Witamy w piekle podróżnika-backpakera, co stara się podróżować po kosztach! Nuwara Eliya jest dobrą bazą wypadową na Równinę Hortona, za to ceny noclegów ustalał chyba sam diabeł. Zapomnijcie o znalezieniu taniego guest house’u, ceny oscylują w granicach 140 złotych za noc. Nam udało się za 90 zł (na obiad, by uczcić jakże piękną cenę, zjedliśmy zwietrzałe zupki chińskie). Potem dowiedzieliśmy się, że tani nocleg można znaleźć chodząc po prywatnych domach i błagając ze łzami w oczach o kawałek podłogi – tak na przyszłość.

Nuwara Eliya otoczona jest malowniczymi plantacjami herbaty, ale w samym miasteczku niewiele jest do zwiedzania. My trafiliśmy akurat na letni festiwal, na który zjechało się chyba pół Sri Lanki. Owe pół Sri Lanki chodziło w wełnianych czapkach (mimo że było tak z 15 stopni na plusie), piło piwo, jeździło na kucykach i wchodziło do symulatora 12D, cokolwiek to znaczy. Ciekawe doświadczenie – zważając na to, że po powrocie z Równiny Hortona nie mogliśmy dostać się do hotelu, bo policja zabarykadowała ulice z okazji wyścigu formuły jakiejśtam. Damian próbował się przedrzeć – na próżno. Chcąc nie chcąc – trzeba było dołączyć do festynu. Tym sposobem poczułam się trochę jak na Openerze.

Noo, może jednak bardziej jak na legnickim Święcie Ogórka.

Ocena Marty: 2/5

NuwaraEliya

DSCF6918

Damian: Z Nuwara Eliyą jest taki problem, że to miasto samo w sobie nie ma nic do zaoferowania, ale ze względu na lokalizację i tranzytowy charakter przyciąga do siebie turystów. To baza wypadowa na Równiny Hortona, pola herbaty, Adam’s Peak i kolejkę górską (Kandy-Elle). To miasto jeszcze bardziej niż Negombo i Kandy nie lubi ludzi, którzy nie mają zbyt dużo kasy.

Ocena Damiana: 1/5

 

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: Akurat nie ma to większego znaczenia, bo wszystkie noclegi są w tej samej, absurdalnej cenie. Te zaczynają się od 100 zł i idą w górę (to tam dostaliśmy odpowiedź, że za dwuosobowy pokój w guest housie wyglądającym na zbrojownię podczas Wojny Secesyjnej mamy zapłacić 307 zł).

 

7. Równiny Hortona – World’s End

Marta: Horton Plains, czyli płaskowyż położony 2300 m. n.p.m., słynie przede wszystkim z możliwości przypadkowego poślizgnięcia się na Końcu Świata i zlecenia głową w dół z wysokości około kilometra*. Największą atrakcją jest właśnie World’s End – niemal pionowa przepaść przez większą część doby spowita mgłą.

O świecie przepaść wygląda tak:

Foto: Internet
Foto: Internet

Jednak my, choć wstaliśmy o 5 rano, trochę się na ten widok spóźniliśmy i zobaczyliśmy to:

WorldsEnd

Już grubo przed południem zaczynają bowiem podnosić się mgły i nie ma na to rady. Jednak na mnie nawet ten mglisty taniec zrobił niemałe wrażenie. Już wyjaśniam dlaczego.

Chmury podnoszące się z niższych ogrzanych już przez słońce partii witają się z rosnącymi ponad 2 km n.p.m. drzewami, by stworzyć tu wilgotny, chłodny ekosystem lasów mglistych. Nie chodzi tylko o popołudniowy deszcz! W lasach mglistych wciąż zachodzi kondensacja pary wodnej (dlatego właśnie mgła jest gęsta jak mleko). Rośliny zbierają wodę z chmur, magazynują ją i oddają glebie oraz rzekom… A rzeka, która przecina równiny, płynie w dół, do parku Udawalawe, zapewniając warunki do życia całej gromadzie stworzeń. Wszystko pięknie się zazębia i współpracuje. Cud natury! Dzięki temu, tak przy okazji, Równiny Hortona sprawiają wrażenie mroczne i tajemnicze – mogłabym godzinami patrzeć na spektakl unoszących się mgieł i wdychać świeże, pachnące roślinami powietrze.

Oprócz tego na trasie zobaczymy jeszcze Mały Koniec Świata (300 metrów wysokości), wodospady Bakera (przyjemne, ale w żadnym razie majestatyczne – zaledwie 20 metrów wysokości) oraz hordy lankijskich turystów w nausznikach i rękawiczkach, wywracające się w błoto lub robiące inne śmieszne rzeczy.

Szlak jest bardzo dobrze oznaczony, nie sposób się zgubić, a trekking po pętli przypomina raczej niegroźny spacerek po ścieżce krajoznawczej niż niebezpieczną przeprawę przez mroczne lasy mgliste– zresztą na każdym kroku natykamy się na edukacyjne tablice wyjaśniające tajemnice hortońskiego ekosystemu.

Niestety, za przyjemność oglądania tych cudów płaci się jak za zboże, i to zboże ze złota… Sri Lanko, opanuj się!

*Nie żartuję. Dosłownie 3 miesiące przed naszą wizytą w parku na World’s End poślizgnął się jeden Holender. Całe szczęście jego upadek zatrzymało… drzewo i zamiast zginąć na miejscu niemal kilometr niżej, stał się pierwszą osobą, która przeżyła upadek z Końca Świata. Chwała i sława!

Ocena Marty: 4/5 (minus za cenę)

Little World's End
Little World’s End
Wodospady Bakera
Wodospady Bakera
Równiny Hortona
Równiny Hortona
Bum! Hehe,
Bum! Hehe,

Damian: Za gówniaka interesowałem się rajdami WRC. Kiedyś ojciec obiecał mi, że zabierze mnie na taki prawdziwy wyścig, z Colinem McRae i Tommim Makinenem. Jarałem się na ten pomysł jak choinka w Boże Narodzenie. Pewnego dnia wsiedliśmy w końcu do naszego poczciwego Opla Kadeta i przez 6 godzin jechaliśmy z Kowar… na 25. Cieszyńską Barbórkę! Żeby tam chociaż jakiś Hołowczyc, Kulig albo Bublewicz startowali, ale nie, tam była śmietanka amatorów z Gliwic, Zabrza i Wodzisława Śląskiego. Płakałem po tym 3 dni, w międzyczasie przebijając ojcu (za to śmieszkowanie) wszystkie cztery opony w Kadecie i dolecowając czarnych akwareli do spryskiwcza.

Opowiadam tę historię, bo ma wiele wspólnego ze zdobywaniem World’s End na Sri Lance. W liceum dostałem kiedyś piątkę za to, że jako jedyny nie szukałem „Końca Świata” na Antarktydzie czy pod Bełchatowem, a poprawnie wskazałem na mapie Sri Lankę. Kiedy już postanowiliśmy z Martą że lecimy na Cejlon, z podniecenia na mapie wydziargałem dziurę przy Równinach Hortona. Serducho noc przed zdobywaniem biło mi tak szybko, że Marta latała po zioła do apteki. Krzyczałem podobno w nocy „bierz moje zaoszczędzone na Sigiryi 35 dolarów i zabierz mnie tam!”.

Cała zabawa w zdobywanie World’s End kosztowała naszą dwójkę kolejno: 12 zł za autobus z Nuwara Eliyi do wioski pod parkiem narodowym, 22 zł za dojazd z tej wioski rikszą pod bramę parku i … 168 zł za dwa bilety wstępu. Koszty byłyby jeszcze większe, ale spod bramy parku do wyjścia na trekking (8 km) jechaliśmy autostopem. No i wracaliśmy do miasta po wszystkim także autostopem.

I…(nabieram powietrza, trochę chce mi się płakać)… gówno to wszystko było warte. Ściema tak wielka, jak kiedyś z WRC. Może gdybym pochodził z Mazowsza i w życiu płaskowyżu nie widział, drgnęłaby mi powieka. Może jakbym nie widział Karkonoszy i kilka razy nie stał w Śnieżnych Kotłach z widokiem na Kotlinę Jeleniogórską (kto był, ten wie, że urywa…) machnąłbym ręką na to, ile wydaliśmy kasy. Nigdy mi w życiu tak czar miejsca nie prysł, jak wtedy, gdy po latach oczekiwania stanąłem na końcu świata. Na Barbórce to chociaż jakieś samochody jeździły. Na Końcu Świata i Koniec był beznadziejny, i sam Świat jakiś taki…bez sensu.

Ocena Damiana: 1/5

PRAKTYCZNIE:

Wstęp do parku: 2500 rupii (70 zł) za bilet wstępu oraz niezależnie od ilości osób jednorazowe 1000 rupii (28 zł) za serwis. Cokolwiek „serwis” tam oznaczał.

Transport: Najlepiej z Nuwara Eliya porannym autobusem, potem z Pattipoli rikszą/jeepem lub stopem. Opcja dla leniwców: można wynająć jeepa w Nuwara Eliya, jednak to już droższa impreza.

 

8. Adam’s Peak – Szczyt Adama

Marta: Taki z ciebie kozak? To spróbuj po 2 godzinach snu wstać przed 3 nad ranem i wejść po ciągnących się przez 5 kilometrów schodach na święty dla buddystów, hindusów i muzułmanów Szczyt Adama, tak, by zdążyć na wschód słońca! Aha, żeby było zabawniej, zrób to koniecznie w sezonie pielgrzymkowym, gdy zjeżdżają się wszyscy buddyści z całego kraju. A potem, oczywiście, zejdź.

Szczyt Adama, słynący z odcisku stopy Buddy/Śiwy/Adama/św. Tomasza (niepotrzebne skreślić), okazał się dla mnie sprawdzianem wytrzymałości (problemy z kolanem dały o sobie znać), ale też doświadczeniem niemal duchowym. Było coś mistycznego w podążaniu na szczyt w ciemnościach i ciszy, w tym zaparciu się we własnym uporze, w dołączeniu do grupy pielgrzymów (im wyżej, tym ich więcej), w podglądaniu obrzędów (rytualne kąpiele w strumieniu, przyśpiewki, zawiązywanie nitek), a w końcu – w obserwowaniu, jak wita nas wszystkich poranne słońce. Choć na górze dzikie tłumy i pizgało złem – ja czułam się wyjątkowo i dumna byłam z siebie co najmniej tak, jakbym właśnie przepłynęła Pacyfik na obierku kartofla. Piękny świt był najlepszą nagrodą.

(Potem trochę „Świt Żywych Trupów” przy schodzeniu, ale było warto!)

Ocena Marty: 5/5

Jest i on!
Jest i on!

48

Poranna ceremonia
Poranna ceremonia
No Damianie, fajnie było, a teraz na dół.
No Damianie, fajnie było, pośmialiśmy się, to teraz na dół.
A przy schodzeniu takie widoki!
A przy schodzeniu takie widoki!

Damian: Adams Peak to piąty co do wysokości szczyt Cejlonu, położony w południowej części wyspy (wznosi się 2243 m n.p.m.). Na szczycie znajduje się podłużne zagłębienie o długości 1,5 m, uznawane za odcisk stopy: Śiwy (przez hinduistów), Buddy (przez buddystów), Adama (przez muzułmanów) i św. Tomasza (przez chrześcijan indyjskich). Taka nasza Częstochowa/Jasna Góra, miejsce kultu religijnego i cel licznych pielgrzymek.

Aby Adam’s Peak zdobyć „like a boss” należy wstać w nocy lub w ogóle się nie kłaść, wyruszyć spod góry o 2:30, następnie wspiąć się po 5200 (pięciu tysiącach dwustu) stopniach, przeciskając się przez dużą ilość osób, miejscami odpoczywając w kolejkach, mijając po drodze budki z herbatą za 10 zł i porozrzucane po krzakach śmieci. Na górze czeka nas tłum ludzi przypominający tłum ludzi na Placu Św. Pawła w Rzymie w trakcie wybierania nowego Papieża. Ale warto, bo wschód słońca tam to jeden z najpiękniejszych wschodów słońca jaki zobaczysz w życiu, a satysfakcja z wejścia na tę górę jest tak wielka jak satysfakcja z wyjścia z trzęsienia ziemi bez szwanku albo przepłynięcia Gangesu wszerz.

Ocena Damiana: 4,5/5

PRAKTYCZNIE:

Wstęp: (o dziwo) darmowy

Transport: Z Haputale autobusem do bazy, czyli do Dalhousie. Autobus jedzie 2 godziny przez góry po mrożących krew w żyłach zakrętach (za barierką kilkadziesiąt metrów przepaści. Czesto brak barierki). W Dalhousie można się przespać i z samego rana ruszać na szczyt. Dojście na górę zajmuje około 3 godziny.

Nocleg: Dalhousie, jeden z obskurnych hoteli, których tam pełno (szkoda pieniędzy na kilka godzin snu)

Kiedy wchodzić: Najlepiej o świcie, bo chłodniej i można zobaczyć wschód słońca. Jeśli nie lubicie tłumów – unikajcie pełni księżyca (poya) oraz sezonu pielgrzymkowego. Można też wejść za zachód słońca, przespać się na górze wśród innych pielgrzymów i o świcie zejść na dół.

 

9. Udawalawe

Marta: To jest to miejsce, w którym możesz popatrzeć słoniowi w oczy bez konieczności sprawiania mu bólu.

Udawalawe to jeden z największych parków narodowych Sri Lanki; na powierzchni 306 km2 żyje około 600 słoni. Ale nie tylko słoni! Pod kołami naszego jeepa non stop przebiegały warany i pawie, zbiorniki wodne obstawione były przez dławigady indyjskie (ptaki z rodziny bocianów), co i rusz pojawiały się jelenie aksis, orły, zimorodki i pelikany, nad głowami skakały nam makaki i hulmany, w co większych kałużach kąpały się wiecznie przeżuwające bawoły indyjskie, udało nam się wypatrzeć krokodyle, widzieliśmy też kury cejlońskie, narodowe ptaki Sri Lanki oraz… przemykającego szybko jeżozwierza (rzecz raczej niespotykana za dnia)! Krótko mówiąc – Uda Walawe to niesamowity misz-masz przyrodniczy, rewelacyjna okazja do kontaktu z dziką naturą i poznania kilku gatunków zwierzaków, o których istnieniu wcześniej się nie wiedziało. A, podobno żyją tu też lamparty – my nie mieliśmy szczęścia ich ujrzeć.

Więcej o Udawalawe (również informacje praktyczne) tu: Słonie na Sri Lance. Cała prawda o Pinnawala i Uda Walawe

Ocena Marty: 5/5

Słoniątko pod troskliwą opieką // Uda Walawe
Słoniątko pod troskliwą opieką // Uda Walawe
Uda Walawe
Uda Walawe

DSCF7755

Damian: Udawalawe to wystarczający powód, aby przylecieć na Sri Lankę. To jedno z tych nie-do-opowiedzenia miejsc, które pamięta się do końca życia. Może i zmienię zdanie, jeśli przyjdzie mi w życiu zobaczyć inny, jeszcze bardziej autentyczny i naturalny park narodowy pełny słoni i tropikalnej zwierzyny, ale póki co Udawalawe – jeśli jest się w tym parku pod opieką przewodnika, który zna innym przewodnikom nieznane nieutarte ścieżki – jest w moim top 10 miejsc podróży (a mamy już 5. jej miesiąc).

Ocena Damiana: 5/5

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: Walawa Park View. Tam też załatwiliśmy safari – naszym kierowcą i zarazem przewodnikiem był właściciel guest house’u, Mohan Rathnaka. Polecamy go z uwagi na świetne umiejętności tropienia zwierzaków oraz przejażdżkę po bocznych drogach, którymi nikt inny się nie przemieszcza

Koszt: Cena za wejście do parku dla obcokrajowca 2950 rupii lankijskich (80 zł). Koszt wynajęcia jeepa z przewodnikiem to dodatkowe 3500 rupii (95 zł)

Transport: Do parku jeepem, a z przystanku do guesthouse’u na nogach. Uważajcie na rikszarzy – w Udawalawe wszyscy mają zmowę z jednym hotelem, gdzie zawożą zbłąkanych, zmęczonych turystów (nawet jeśli ci podają inną nazwę miejsca docelowego). Prawdopodobnie, gdy podacie nazwę naszego guest house’u, będą udawać, że nie wiedzą o co chodzi, wyciągną telefon i spróbują nagonić was na wyżej wspomniany hotel. Nie przejmujcie się i łapcie autobus lub idźcie tam na piechotę – max 10 minut od miasteczka i zobaczycie szyld po prawej stronie.

 

10. Tangalle

Podobno tu zawsze jest po sezonie. Turystów nieco się kręci, ale guesthouse’y i hotele stoją puste – dlatego też ceny często przyjazne. Czy ludzie boją się przyjeżdżać do Tangalle, mając w pamięci tsunami, które zrównało wybrzeże z ziemią? A może jeszcze przed tsunami było tu raczej cicho? Okazuje się, że prawidłowa jest odpowiedź b!

W okolicach Tangalle znajduje się plaża słynąca z olbrzymich żółwi – Rekawa Beach. Żółwice upodobały sobie właśnie to wybrzeże, by składać jaja. Dzięki działaniom organizacji Turtle Conservation Project można oglądać te zwierzaki w akcji.

Dla mnie Tangalle jest wyjątkowe. To tutaj pierwszy raz wstrząsnęło mną, gdy uświadomiłam sobie rozmiar tragedii z 2004 roku, której efekty widoczne są do dziś. Jednocześnie to tutaj magiczna siła kazała mi się zbudzić nad ranem i wyjść w samej tylko sukience na plażę, by w obecności kilku psów podziwiać w ciszy piękny wschód słońca.

Ocena Marty: 4/5

Świt w Tangalle
Świt w Tangalle

Na plaży w Tangalle nie ma turystów wcalle. Chciałbym tak napisać, ale nie byłaby to prawda. Chyba nigdzie indziej na Sri Lance nie ma takiego boomu na powstawanie nowych hotelików i wielkich resortów jak wokół tego niewielkiego miasteczka. Nie czepiałbym się tak bardzo, gdyby nie to, że właśnie w Tangalle niektóre fragmenty plaż są wykupione i zagrodzone przez prywatnych właścicieli. Z Martą nazywaliśmy tę plażę Monika, bo oferuje bardzo dużo, ale daje każdemu. Z jednej strony rozpycha się tam powoli komercha i drożyzna (czyt: dużo tam Niemców i Angoli), z drugiej strony niektóre fragmenty plaży idealnie nadają się do zabawy i podziwiania zachodów słońca. Poza tym obok plaży są rozlewiska, na których można wynająć łódkę i pośmigać wokół lankijskiej roślinności. I ogromny plus dla Rekawa Beach, oglądanie narodzin żółwich szkrabów, składania jaj albo wędrówki żółwia wielkości Ryszarda Kalisza spod palmy do morza – przeekstra!

Ocena Damiana: 4/5

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: w pobliżu miasteczka jest tanio, ceny zaczynają się od 28 zł za pokój dwuosobowy. Wzdłuż plaży ceny rosną, na jej krańcu – od 100 zł za pokój/bungalow. My polecamy Sarath Gouest House. Prowadzi go przesympatyczny starszy mężczyzna razem z rodziną. W tsunami stracili większość bliskich, a z dwóch ich budynków hotelowego biznesu ocalała wtedy tylko jedna ściana. Kiedy byliśmy u nich, jeden z budynków był już w pełni odremontowany, a ten w którym był nasz pokój ciągle miał niewykończoną część pokoi. Nasz pokój był jednym z najlepszych w dotychczasowej 5-miesięcznej podróży, a kosztował 28 zł! Czyli jak na Sri Lankę tyle, co nic.

Wstęp na plażę Rekawa (żółwie) 1000 rupii (28 zl). Zwrot pieniędzy w przypadku gdy na plaży nie zobaczy się żółwia.

 

11. Tangalle – świątynia Mulkirigala Rock

Marta: Miejsce ciekawe, ale bez szału. Atutem jest cisza i spokój, bez tłumu ludzi oraz otaczająca świątynie przyroda – zieleń, palmy kokosowe, skały, ryżowe pola uprawne. Malunki w jaskiniach, datowane na XVIII wiek, przypominają nieco te z Dambulli. Poziomów (tarasów) jest pięć, jaskiń jest siedem i trzeba się przez chwilę do nich wspinać (po schodach oczywiście, Lankijczycy lubią schody); na samym szczycie znajduje się jeszcze urokliwa, ale mocno zaniedbana biała dagoba. Oraz widok na okolicę.

Taka ciekawostka: świątynia jest buddyjska, ale wnikliwi obserwatorzy zauważą dodane elementy hinduistyczne. Można nawet dać pieniążka Wisznu albo kilku innym, hinduistycznym lokalnym bóstwom.

Warto zajrzeć, żeby się wyciszyć.

Ocena Marty: 3/5

DSCF8035

Tangalle_swiatynia

Okolice świątyni
Okolice świątyni

Damian: Tym razem podpisuję się pod każdym słowem konkubiny. Sama świątynia nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, ale warto wynająć na pół dnia skuter i wybrać się na wycieczkę w jej rejony. Bardzo autentyczne miejsce, w którym spotkanie zagranicznego turysty raczej się nie zdarzy.

Ocena Damiana: 3/5

PRAKTYCZNIE:

Transport: Świątynie znajdują się 16 km na północny-zachód od Tangalle – najłatwiej dojechać do nich wynajętym skuterem, podobno też jeżdżą autobusy z Tangalle.

 

12. Fort Galle

Marta: Niesamowite zaślubiny portugalsko-holendersko-lankijskie. Fort Galle zbudowany był przez Portugalczyków w XVI wieku, przejęli go potem Holendrzy, a potem Brytyjczycy. Dziś Fort Galle to cudowna mieszanka kultur i wytchnienie dla tych, którzy potrzebują na chwilę uciec od azjatyckiego szaleństwa i gwaru miasta. Przekraczając bramę czujesz się, jakbyś nagle znalazł się w śródziemnomorskiej Europie. Pomalowane na biało domy, kościoły, kawiarenki z bagietkami, pizzą, świeżą kawą, błękitne niebo i morskie fale… Ale też muzułmańskie akcenty, meczety. Na murach fortu spotykają się Lankijczycy, jedzą hoppersy z jajkiem, ukrywają przed światem swoją zakazaną miłość, karmią wrony, podziwiają zachody słońca, grają w krykieta i w ogóle jest bardzo sympatycznie. Zabójcze są tylko ceny w Forcie – cóż, w końcu Europa.

Sama fortyfikacja również robi wrażenie – wszak potężne mury uchroniły miasteczko przed tsunami! Warto, po stokroć warto tam zajrzeć. Jak dorosnę i będę bogata, to wrócę do Fortu Galle i wykupię sobie noc w hotelu, z widokiem na Morze Lakkadiwskie.

Ocena Marty: 5/5

DSCF8606

Galle1

Galle3

Galle2

DSCF8837

79

Damian: Byliśmy tam w kwietniu i gdyby z jednej z uliczek Fortu nagle wyskoczyła biała kobieta z kiełbasą i żurkem, pomyślałbym, że właśnie wpadłem do Kowar na święta! Dobra, żartuję, choć Kowary też mają sporo kolorowych mieszkańców (jedna taka wszystkim dobrze znana mniejszość narodowa), to bardziej niż portugalskie miasteczko przypominają ukraińską prowincję. Ale będąc w Galle naprawdę poczuliśmy się trochę jak w domu (w sensie na Zachodzie) i było to bardzo przyjemne doznanie po kilku tygodniach spędzonych w dzikim świecie Indii (i miejscami Cejlonu).

Ocena Damiana: 3/5

 

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: Naszą bazą wypadową do Galle była Unawatuna – a konkretniej guesthouse Ammas (a jeszcze dokładniej to guesthouse po prawej stronie od Ammas, na tym samym podwórku). Koszt 1300 rupii po negocjacjach (36 zl).

Transport: Z Unawatuna jeżdżą lokalne autobusy, kosztują grosze.

 

13 Ambalangoda

Marta: Piękna, długa, pusta plaża z ogromnymi i niebezpiecznymi falami – no nie popływasz, ale przynajmniej można się zachwycić ognistymi zachodami słońca. Jednak Ambalangoda to dla mnie nie tylko piasek i woda. To przede wszystkim ciekawe miejsce, nieskażone jeszcze budowanymi na wariata resortami – miejsce, do którego dociera mało turystów. Można podejrzeć codzienne życie Lankijczyków, przespacerować się po miasteczku (w którym ciężko nawet pocztówki kupić), obejrzeć lokalne maski w galerii i poznać fantastycznych ludzi. Ambalangoda to też dobra baza wypadowa do poszukiwania rajskiej plaży idealnej – nam udało się znaleźć ją całkiem blisko, bo w Kosgodzie. Można zatem zajrzeć.

Ocena Marty: 3/5

Ambalangoda_Sri_Lanka

Ambalangoda

Kosgoda
Kosgoda

Damian: Niewiele plaż stawia się jeszcze przed napaścią zachodnich turystów. Jednym z ostatnich takich nieskażonych miejsc jest Ambalangoda. Ostro doświadczona przez tsunami z 2004 roku oferuje pięć kilometrów szerokiej, całkiem czystej i klimatycznej plaży. Plaży, trzeba dodać, miejscami zupełnie pustej. Generalnie wszystko jest tam w wersji MAX. Max palmy kokosowe, kiedy patrzy się na nie z oddali wydają się, jakby miały po kilkadziesiąt metrów wysokości. I max fale, sięgające po kilka! metrów. Największą zaletą Ambalangody jest jednak to, że kilka kilometrów dalej znajduje się kolejna plaża – Kosgoda Beach.

Kosgoda Beach to (wg mnie) najpiękniejsza plaża Sri Lanki. Położona przy małej wiosce o tej samej nazwie jest dobrze skryta. Aby ją odnaleźć trzeba z ruchliwej drogi przejść 300 metrów przez mały, pełny palm kokosowych lasek. Plaża jest taka, że można z nią konie kraść. Wchodząc na Kosgodę zdawało mi się, że to Adam Mickiewicz szepcze mi do uszka „wpłynąłem na mokrego przestwór oceanu” (taka parafraza z Sonetów). Bez żywej duszy, bez ruin i śmieci, z zatoczką jak z obrazka, z wyciągniętymi na brzeg rybackimi łódkami, pagodą na niewielkim wzgórzu. Choć szczerze trzeba powiedzieć, że magia Kosgoda Beach kryje się tylko w tej jednej, początkowej jej części (a plaża długa jak kolejka pod Peweksem).

Ocena Damiana: 4.5/5

 

PRAKTYCZNIE:

Nocleg: Sumudu Guesthouse. Płaciliśmy 80 zł/ pokój dwuosobowy z wyżywieniem. Miła rodzina, przepyszne, na wypasie, niemilitowane, lokalne – domowe jedzenie! Do dzisiaj śni się po nocach.

Transport na Kosgodę: Jeżdżą lokalne autobusy. Generalnie z autobusami na Sri Lance jest tak, że myślisz sobie: kurcze, potrzebuję autobusu! A on przyjeżdża, ty wskakujesz, wszyscy są szczęśliwi.

 

14. Kolej Kandy-Ella

Marta: Podobno nie przejechać się pociągiem z Kandy do Ella to jakby nie zobaczyć Wieży Eiffla w Paryżu albo posągu Jezusa w Świebodzinie. Zadziałało nam to na wyobraźnię i wsiedliśmy w ten przeklęty pociąg do piekła.

Tłumy takie jak na promocji leżaków w Tesco. Wszak przejazd kolejką traktowany jest jako atrakcja turystyczna, więc ludzie walą drzwiami i oknami. Widoki podobno piękne, ale stałam wciśnięta w klamkę do kibla, więc nie za wiele widziałam. No dobra, raz mi się udało dopchać do otwartych drzwi – pola herbaty bardzo malownicze, ale po indyjskim Munnarze nie robiły już na mnie tak piorunującego wrażenia. Smuteczek, że jednak nie pojechaliśmy stopem, nie było warto.

Ocena Marty: 2/5 (zawyżona, bo w sumie to nasza wina, żeśmy nie skołowali sobie lepszych miejsc)

Na zewnątrz tak
Na zewnątrz tak
A w środku tak
A w środku tak

Damian: Trasa momentami rzeczywiście biegnie po malowniczych widoczkach, ale problemem jest przeogromne zainteresowanie kolejką przez turystów. Dziwi mnie, że Cejlon puszcza dziennie tylko trzy kursy na tej trasie, zwłaszcza że w pociągu jadą też lokalesi, którzy chcą dostać się do pracy lub domu. My w trakcie przejażdżki staliśmy w ścisku, pierwszą część trasy walcząc o życie, zaś w drugiej już tylko kłócąc się z młodymi Lankijczykami o kawałek podłogi do stania.

Ocena Damiana: 1/5

PRAKTYCZNIE:

Cena biletu z Kandy do Nanu Oya: 160 rupii (5 zł)

 

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

13 Comments

  1. mama
    28 czerwca 2015

    Dobra robota. Gratulacje! I proszę o jeszcze

    Odpowiedz
  2. Nowina2020
    8 lipca 2015

    super przygoda fotki i opisy .do odważnych świat należy-kuzynki taty z sosnowca

    Odpowiedz
  3. Bardzo ciekawie ujęty temat. Myślę, że Lonely Planet sie chowa przy Was. Super, że można zapoznać się z Waszą subiektywną opinią o Sri Lance – i, że nie jest to kolejny nudny blog „kopiuj-wklej z Wikipedii”.
    Pozdrawiam!!!

    Odpowiedz
  4. Zbulwersowana
    7 lipca 2016

    Lece na Sri Lanke, widzialam zdjecia od znajomych, poczytalam, mam doswiadczenie w egzotyce, wiem co mi sie podoba a co nie, szukam praktycznych informacji, weszlam na wasza strone i calkowicie zniecheciliscie mnie do wyjazdu. Co fajne a co nie to rzecz gustu i piszac zapominacie o tym. Damian pisze w tak nadety i krytyczny sposob, Marta juz nieco lepiej. Nie chcialabym was spotkac gdzies na trasie. Nie mialam ochoty doczytac strony do konca, ciagle dajecie niskie oceny atrakcjom. Jezeli chcecie przez to dac do zrozumienia, ze dla was tak doswiadczonych podroznikow kraj jest po prostu nudny, czemu podejmujecie sie tematu? olejcie go i zostawcie ludziom troche optymizmu albo po prostu przed pisaniem wrzuccie na luz. Rozumiem, ze niektore swiatynie to kicz, niektore atrakcje sa przetloczone, sama przed decyzja kalkuluje wysilek, kase, ogladam filmiki na youtube, ale to nie powod, zeby je tak chamsko je porownywac, moze one kogos urzekna? moze ktos sie jednak lepiej zna na temacie i dla kogos wasza opinia to plucie jadem? Dlaczego zatem podrozujecie/piszecie? to dla was prestiz, duma? Mam teraz szczere obawy o dalsze szukanie informacji przed podroza, chyba zaczne szukac na anglojezycznych stronach. Zegnam

    Odpowiedz
    1. fifijadka
      25 sierpnia 2016

      Witam!
      Mam takie same odczucia! Byłam na Sri Lance i większość rzeczy, które tu opisujecie jako nudne były dla nas ciekawe. Czy będąc w Polsce / Europie/ Stanach nie mamy masakrycznych cen za wejścia do wielkich atrakcji? wszędzie ludzie chcą zarobić. Z tego co wiem, ceny dla Lankijczyków są inne, a dla białych inne. Trzeba zarobić na nas. Ci ludzie zarabiają grosze. Jeśli nie lubicie gór/płaskowyży – to po co pchaliście się na nie! Dla mnie piękne widoki, zwierzęta. Niestety jak to w naturze bywa trzeba czasem mieć szczęście. My widzieliśmy Duży Koniec Świata w pełniej krasie, Mały stety-niestety był we mgle, ale ta mgła była taka niesamowita, że nie wiem czy nawet to nie było bardziej urocze. I polecamy skorzystać, albo się chociaż przejść do toalet jakoś w połowie drogi do wejścia do parku- toaleta z oknem na naturę:)

      Kandy może i jest bardzo zatłoczone, ale byłam też i w Nowym Yorku- myślę, że taki urok takich miast. Byliśmy na pokazie tańców lankijskich w Kandy i też było bardzo ciekawie. Ogród Botaniczny też był niesamowity- ze śmiesznymi choinkami i ogromnymi drzewami w kształcie nogi słonia. Świątynia Zęba warta zwiedzenia, choćby dla tego żeby poczuć, jak ważne jest to miejsce dla Lankijczyków.
      Sigiriya
      bardzo ciekawe przeżycie- co prawda wchodziliśmy w wielkiej kolejce, co było trochę męczące-ale i w Polsce obecnie w jakieś wolne dni wchodzi się na różne atrakcje w takich kolejkach.. Trochę byłam przerażona, gdy mieliśmy wchodzić po okrągłych schodach,żeby zobaczyć malunki naścienne i potem, gdy wchodząc już na sam szczyt przesuwaliśmy się po metalowych schodach, które chybotały się na wszystkie strony:) ale widok na samej górze był cudny. Po 1500 latach nie liczyłabym na nie wiadomo jakie zachowanie się budynków,ale można było sobie wyobrazić monumentalność tego pałacu.

      Jednym słowem Wasza recenzja trochę odstrasza potencjalnych podróżników.
      Mimo wszystko ja zachęcam! Warto !

      Odpowiedz
      1. marta
        25 sierpnia 2016

        Zbulwersowana, fifijadka – dzięki za komentarze. Chcielibyśmy się jednak trochę obronić, bo mam wrażenie, że nie do końca się zrozumieliśmy 😉

        Po pierwsze – już w tytule ostrzegamy, że nasz przewodnik jest BARDZO subiektywny. Opisujemy świat takim, jakim go widzimy i faktycznie kilka z lankijskich atrakcji oceniliśmy nisko, bo po prostu uznaliśmy je za przereklamowane lub nam się nie podobały – takie nasze prawo. Jednak stwierdzenie „ciągle dajecie niskie oceny atrakcjom” sprawia, że wydaje mi się, że w ogóle nie przeczytałaś/nie przeczytałyście naszego tekstu, a już na pewno nie ze zrozumieniem. Jedynym miejscem, które odradzamy z pełnym przekonaniem, z całego serca i wyjątkowo oboje zgadzając się w swoich sądach, jest Pinnawala, bo turystyka zwierzęca napawa nas obrzydzeniem i od czasu naszej wizyty na Sri Lance wszędzie, gdzie tylko się da, bojkotujemy tego typu atrakcje. Co do reszty – jak można wywnioskować z tekstu, sporo nas jednak zachwyciło i to, co nas zachwyciło, gorąco polecamy (vide Udawalawe, Góra Adama, Galle, Pidurangala, Tangalle – mówiąc tu tylko za siebie). A już na pewno nie uważamy Sri Lanki za nudną, wręcz przeciwnie!

        „Jeśli nie lubicie gór/płaskowyży – to po co pchaliście się na nie!” – ależ uwielbiamy góry i zawsze chętnie się na nie pchamy – tak jak na Równiny Hortona, które akurat mnie zauroczyły (mimo mgły właśnie) albo niesamowitą, mistyczną Górę Adama. Odsyłam do tekstu.

        Jeśli szukacie tylko i wyłącznie podróżniczych zachęt, optymizmu i jednorożców, polecam poczytać blogi pisane przez ludzi mniej ironicznych albo po prostu przewodniki, które starają się opisywać świat obiektywnie 🙂 Doskonale wiemy, że każdemu może podobać się coś innego i dlatego właśnie nasz blog jest i będzie szczery, subiektywny i autorski – wychodzimy z założenia, że ludzie są jednak inteligentni i nie będą planować swojej podróży tylko i wyłącznie w oparciu o opinię jednej czy dwóch osób. My wrzucamy nasze wrażenia, wskazówki i rekomendacje – Wy wykorzystacie je lub olejecie. Po to też opisujemy podróże z dwóch perspektyw, Martowej i Damianowej – a perspektywy są to często rozbieżne – żeby każdy mógł wyłuskać coś dla siebie.

        Zatem mały apel: nie zniechęcajcie się, przyjmujcie różne punkty widzenia, odważnie odkrywajcie świat i wyrabiajcie sobie własną opinię! 😉

        Odpowiedz
      2. Wojciech
        21 stycznia 2017

        No coz, chyba nie mamy szczęściea do cen i uprzejmosci albo w rok Sri Lanka bardzo sie zmienila. Generalnie ciezko znalesc spanie za mniej niz 3000 i na kazdym kroku oszukuja na cenach. Przyznam ze plaze sa ladne ale jesli ktos więcej podróżował to przyzna ze szalu nie ma ani z jedzeniem z alkoholem- (znajdziesz tylko w osobnych sklepach a na plazy piwo 15 zl) i standardem -raczej brudno nawet w wietnamie czysciej. Uprzejmosc ludzi moze poprawic nastroje ale poki co Sri Lanka dla nas jest przereklamowanya dobra dla hipisow szukajacych wiecej niz jest w rzeczywistosci.

        Odpowiedz
    2. Jola
      3 października 2017

      Ja mam takie same odczucia! Weszlam tu przez przypadek z polecenia Gadulec.me ktora pisala o Sri lanca i swietej gorze. Pisala ze dobrym pomyslem jest wejscie na inny szczyt zeby zobaczyc lwia gore. niestety zawiodlam sie. Moze po prostu nie odwiedzajcie turystycznych miejscowosci?

      Odpowiedz
  5. Bazarek
    25 lipca 2016

    Niesamowita wyprawa i sporo ciekawych informacji 🙂

    Odpowiedz
  6. Magda S.
    5 października 2016

    heja ja nie placilam tyle za sigiriye ,bylismy z miejsowym (z kosgody)10osob w busiku widocznie mial jakis uklad z kasowymi,bo nawet w kolejce nie stalismy wiec dla mnie warto

    udawalawe-coz park narodowy ale upal dal sie we znaki i zwierzeta wychodzily dopiero po zmroku,duzo bardziej niz na tym azjatyckim safari podobalo mi sie w sinharaya forest tam bylam 2 dni -ksiega dzungli normalnie a wioski jak z konca swiata ,po drodze mijalismy tarasy i plantacje herbaty

    sierociniec dla sloni -coz kontrowersja karmienie sloni ,wiazanie za nogi zeby dzieciarnia mogla sie nacieszyc niesmak duzy ,tyle ze chlopak z jaffny opowiadal ze lepiej tu niz na polnocy gdzie slonie sa scigane po lesie i czesto stykaja sie z minami a tu daja ludziom prace wiec jakis szacunek maja ,z drugiej strony spotkalismy slonice ,ktora myl pan w rzece i spedzilismy z nimi troche czasu i odczulismy roznice ctz szczesliwy slon jednak podejrzewam ze kazdy slon w mlodosci jest odbierany matcei odpowiednio ukladany wiec nie ma szczesliwych sloni poza parkami

    najbardziej zaluje zenie udalo sie adam peak zobaczyc ,ale samej to trudno sie dostac jak pociagi strajkuja
    podobaly mi sie galle ,colombo oraz ogrody peradeniya

    Odpowiedz
  7. Agnieszka
    21 listopada 2016

    czesc! wybieram się w lutym. czytam co nieco, porównuję 🙂 Jako ze jestem miłośniczką podróży koleją, bardzo chciałabym z Kendy do Ella wybrać właśnie ten środek transportu. Jednak nie za wszelką cenę rzecz jasna, a warunki, w jakich przyszło Wam podróżować na tym odcinku, raczej nie zachęcają. I tu znalazłam filmik (https://www.youtube.com/watch?v=ZtsIONu8TyE – od 4 minuty), który pokazuje coś zupełnie innego i teraz jestem skołowana, bo wygląda na to, jakby to był zupełnie inny pociąg! Będę wdzięczna za komentarz. Pozdr.! P.S. Autostop jest świetną alternatywą, z tym, że sądząc po rzeźbie terenu, droga znacznie by się wydłużyła i to nie tylko ze względu na jej przebieg, ale może też na to, że mało kto tamtędy jeździ autem? 🙂

    Odpowiedz
  8. gaueczka
    1 stycznia 2017

    Ruszamy w lutym 2017 wiec czytamy, szukamy, planujemy… I nagle Wasze relacje-rewelacja!!! Super się czyta,-zabawnie,lekko i z dozą ironii. I macie takie samo podejście do podróży jak my-już wcześniej skreśliłam kilka „obowiązkowych” punktów, które Wy także słabo oceniacie. Dzięki za power do szukania alternatywnych atrakcji (nie myślałam wcześniej o północy kraju) i za kilka bezcennych porad!

    Odpowiedz
  9. Jan
    13 kwietnia 2017

    Ciekawy wpis, ale wrzuty na Łódź sobie Pan daruj.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *