Dlaczego nie przepadam za Indusami – część druga

Część druga wpisu o tym, jak to Indusi nie przypadli mi zbytnio do gustu. Po Indusach: Wpychaczu, Śmieciarzu, Beep Beep, Disko i kucharzu (dlaczego nie przepadam za Indusami – część pierwsza) przyszła pora na pozostałą piątkę. Będą: anegdota z potwornym miastem Pune w tle, kilka dialogów, a przede wszystkim wyjaśnienia, co z tymi Indusami jest nie tak. Wszystko według mojej subiektywnej opinii.

6. Indus Krętacz

Biały człowiek w Indiach to dla Indusa trudniącego się usługami i handlem chodzący portfel nabity dolarami. Okej, po części wina samego ‚białego’, ale po części właśnie postawa gospodarza. Sport narodowy – orżnąć na jak największą sumę. Często, gdy chcieliśmy coś kupić, przedmiot albo usługę, Indus zerkał najpierw na moje buty lub na moją konkubinę. Domyślałem się, że ocenia, na ile może przekręcić cenę. To był całkiem zabawny widok, kiedy na czole handlarza pojawiał się pot, niezdecydowanie, stres. „Hmm, bo jak by tu, 300 rupii to będzie zbyt dużo, bo on chodzi w klapkach z Tesco, ale z drugiej strony 100 rupii to za mało, bo przekręcę go jedynie na 50”. Zjawisko to jest tak powszechne i popularne, że w trzy dni nauczyliśmy się: kupujemy, gdy widzimy cenę lub słyszymy, ile jakiś Indus zapłacił przed nami.

Kierowca rikszy jest królem przekrętów tak jak lew jest królem dżungli. Bardzo popularnym środkiem transportu w Indiach jest riksza – trzykołowy, trzyosobowy, zabudowany motorek. W nim ZAWSZE trzeba targować cenę, aby nie przepłacić. Trzeba wiedzieć, jaki dystans jest do przejechania, bo nie ma szans, że rikszarz poda ci go poprawnie. My zawsze sprawdzaliśmy to na mapach w telefonie. Nasz rekord próby przekrętu był taki, że mieliśmy do przejechania 1.5 kilometra. Najpierw zapytaliśmy o dystans kierowcę. Upierał się, że z A do B jest co najmniej 12 kilometrów.

Po Bombaju najlepiej jeździć taksówkami. To jedyne miejsce w Indiach, w którym te obligatoryjnie są wyposażone w taksometr. Ale jeśli stanowczo nie zażądasz jego włączenia przed rozpoczęciem jazdy, często łącząc tych żądań z próbą wyjścia z taksówki, taksometr się nie aktywuje, a jegomość policzy ci cztery, może pięć razy więcej. Z taxi w Bombaju skorzystaliśmy 6 razy. 5 razy musieliśmy się kłócić o włączenie taksometru. Taki przykładowy dialog (D to Damian. I to Indus, zwany również Marcinem):

D: Dzień Dobry, na dworzec proszę (równo 5km)

I: Oj, dzień bardzo dobry! Dla Was mam upust! 300 Rupii (20zł)

D: Yyy, Marcinku, włącz proszę taksometr

I: 250

D: Dobra Marcin, słuchaj, my tu już pięć dni jesteśmy. Daj spokój, włącz taksometr

I: 200

D: WŁĄCZ, MARCIN, PROSZĘ, TA KSO METR

I: 150

D: T jak Tadeusz, A jak Andrzej, K jak Krystyna…

I: 100. Taksometr nie działać

D: Wiesz co Marcin? „Miłego” dnia (żegnamy, wstajemy, otwieramy drzwi)

I: Ej, stop! Dobra, dobra, już naprawiłem. Jedziemy 🙂

I dojechaliśmy. Wyskoczyło 55 rupii do zapłaty. Mieliśmy 70 rupii w banknotach. Kierowca, jak zwykle, nie miał wydać.

DSCF4252 DSCF0397

 7. Indus Dobra Rada

Idziemy znowu w dialogi. Występują: D jak Damian. I jak Indus.

D: Przepraszam Pana, Panie ładnie umundurowany funkcjonariuszu, prawdopodobnie policji. Gdzie znajdę najbliższy bankomat?

I: Hmm, hmm, Mister… Oczywiście, że wiem. Prosto i w prawo

Byłem prosto i w prawo. Byłem prosto i w lewo. Byłem w tył i lewo, i w prawo też. Żadnego bankomatu.

D: Dzień dobry Pani farmaceutko. Szukam chusteczek higienicznych. Czy wie Pani, gdzie dostanę?

I: Ależ oczywiście, Mister. Tu za rogiem jest mały ryneczek, tam na każdym straganie dostaniesz chusteczki

Pytałem na ośmiu straganach. Nikt chusteczek nie miał. Dwóch jegomościów podobno wiedziało gdzie są. Ale ja wiedziałem, że ich tam nie będzie, więc podziękowałem za pomoc.

D: O, panie kontrolerze biletów. Który z tych ośmiu busów jedzie do Ajanty?

I: Hmm, Ajanty? Ajanty…

D: Panie kontrolerze biletów, wie pan co, pójdę zapytać w innym miejscu

I: Nie, nie, stój mister. Ja jestem kontroler biletów. Przecież wiem który bus jedzie do Ajanty. O tamten!

D: Nie, tamten nie, bo przed chwilą pytałem kierowcy

I: No oczywiście że nie tamten. Bo ten obok, czerwony

D: Ten pytałem jako pierwszy, gdy pojawiłem się na dworcu

I: No wiadomo Mister, że nie ten czerwony. Bo to ten po prawej jedzie do…

D: Tak, do Bangladeszu. Dzięki i miłego 🙂

Ale tych Indusów rozumiem. Za brak kultury uważa się w Indiach pozostawienie pytającego bez odpowiedzi. Można też zaryzykować stwierdzeniem, że Indus NIE MA PRAWA nie udzielić ci odpowiedzi. Jednak ja po trzech miesiącach spędzonych w Indiach wiem, że Indus nie ma prawa wiedzieć wszystkiego, a często to mi się nawet wydaje, że Indus nie ma prawa wiedzieć niczego.

DSCF0092

8. Indus Zdezaktualizowany. I do tego biurokrata

Ceny wstępu do atrakcji turystycznych w Indiach nie różnią się zbytnio od tych polskich. Zdarza się, że za bilet do fortu lub na rejs łódką płaciliśmy kilkadziesiąt złotych, po czym wszystko okazało się stratą czasu i kasy. Ale niech będzie, prawo Indusa takie ceny narzucać. Ciekawostką są dwie różne pule biletów: inna dla obcokrajowców i inna dla obywateli Indii (choć to akurat norma azjatycka). Bilet dla zagranicznego turysty kosztuje od 10 razy do nawet 100 razy drożej.

Ze względów bezpieczeństwa nie nosimy przy sobie zbyt wiele gotówki. Planujemy nasze wydatki na dwa, trzy dni w przód. Aby poznać koszty wstępów do atrakcji turystycznych, zaglądamy do poradników, pytamy lokalesów (jak już wyżej wspomniałem, ci to się znają na wszystkim najlepiej) i zaglądamy na oficjalne strony danych zabytków, wchodzimy na regionalne portale, gdzie można znaleźć praktyczne informacje. No i co? No i w Indiach rzadko bywa, że cena podana w Internecie zgadza się z rzeczywistością. Dlatego nauczyliśmy się jednego. Najpierw zaglądamy na najbardziej aktualną stronę www dotyczącą naszej atrakcji. Potem znalezioną tam cenę mnożymy razy dwa i wpisujemy tę prognozę do budżetu. Tak to tam działa.

Gra w kotka i myszkę, czyli kupno biletów kolejowych w Indiach. Jeśli biletu nie kupiłeś online dwa miesiące przed podróżą, pozostają ci próby kupna bezpośrednio na dworcu. I zaczyna się zabawa.

  • Zaglądasz do okienka „A” z biletami klasy sleeper (bo trasa na 15 godzin, więc chcesz się wyspać), jednak tam już pula się wyczerpała (w styczniu; a akcja dzieje się w kwietniu). Możesz kupić miejsce na liście rezerwowej, ale pani w okienku powie: „łatwiej będzie wam dotrzeć do Koczinu pieszo niż wskoczyć z listy rezerwowej”
  • Idziesz do okienka „B”, tylko dla obcokrajowców, tam ci mówią, że są, ale na pojutrze
  • Idziesz do „C” biura dla obcokrajowców, tam ci proponują autobus. Wyśmiewasz bilet za 60 zł na trasę przypominającą kartoflisko, na której 100 km pokonałbyś w 4 godziny i…
  • …decydujesz się w oknie „D” kupić bilet typu GENERAL, czyli taki, że do pociągu wejdziesz na 100%, ale konduktor upchnie cię do ostatniego wagonu, w którym prócz ciebie będzie 348 Indusów (czyli przejażdżka w ścisku na stojąco; coś jak tany tany w Bezsenności, tylko ludzie pocą się nie od tańczenia, a od 32C za oknem). Z tym GENERALEM idziesz na peron i wchodzisz do każdego biura po kolei
  • W biurze „E” jest kierownik stacji, on ci zaproponuje herbatę i pogada o tym, skąd jesteś i dokąd zmierzasz
  • W biurze „F” będzie kierownik pociągu, on cię odeśle do okienka „A”
  • Potem będą biura „G”, „H” i „I”, ale tam też załatwisz wszystko prócz kupna biletu
  • W biurze „J” będzie kierownik zarządzania elektrycznością stacji i on Ci podpowie: idźcie do biura „K”, tam jest kierownik biletów. Wypowiedz mu na głos hasło „Tourist emergency quota”
  • W biurze „K” pani dyrektor wie, o co chodzi, każe ci sprzedać (zwrócić) bilet GENERAL i kupić w oknie „A” bilet klasy sleeper (pomimo tego, że będziesz na 345 miejscu oczekującym), a potem iść z nim do drugiego budynku, oddalonego od dworca o 500 metrów do biura „L”
  • W biurze „L” pan od ‚tourist emergency quota’ tłumaczy ci co i jak, że na dwie godziny przed odjazdem pociągu będzie lista na dworcu, lista w internecie i najpewniej jeszcze sms na komórkę z numerem wagonu i numerami miejsc.

Ty nie wiesz jak to się wszystko wydarzyło, ale rzeczywiście dostajesz później sms z informacją o miejscu w wagonie typu sleeper. Więc BRAWO, właśnie kupiłeś bilet na dworcu głównym w Bangalore 🙂

Aby na północy Indii wynająć pokój w hotelu, hostelu lub pensjonacie, przygotuj ksero paszportu, ksero wizy oraz podaj (1) imię, (2) nazwisko, (3) polski adres zameldowania, (4) nr kontaktowy (najlepiej indyjski, jeśli kupiłeś tutejszą kartę sim), (5) lotnisko, na którym lądowałeś w Indiach, (6) miasto, które odwiedziłeś poprzednio, (7) miasto, do którego wybierasz się w następnej kolejności, (8) ilość czasu, jaką chcesz spędzisz w Indiach. Czasem zapytają też o miasto, w którym się urodziłeś albo to, w którym wydano ci wizę. Dlatego od czasu do czasu dzwonię do rodziców i pytam, czy jakiś Ghandar albo inny Kumar nie wzięli na mnie jakiejś pożyczki.

9. Krótkowzroczny Indus

Indusi nie potrafią patrzeć i myśleć długofalowo. Nie dotyczy to wyłącznie handlarzy i urzędników. Problem z myśleniem strategicznym mają władze miejskie, menedżmenty firm, domów dziecka, klubów sportowych, itd.

Skupię się tylko na tym aspekcie turystycznym, żeby nie katować. Indie nie rozumieją, że ich uczciwe podejście do zagranicznego turysty może zaowocować korzyściami płynącymi z kolejnych spotkań.

Pojawiamy się na dworcu kolejowym w atrakcyjnym turystycznie mieście, które ciężko odkryć obcokrajowcowi w jeden dzień. Za chwilę doskoczy do nas pierwszy z naganiaczy. Nie ma mowy, aby zaproponował uczciwą cenę za przejazd bez ostrych negocjacji. A przecież gdyby odpuścił sobie swoje kombinowanie, na którym jest w stanie wykiwać nas na całe 3 polskie złote i postarał się podejść do tematu uczciwie i z szacunkiem, pewnie moglibyśmy się umówić na współpracę. Na przykład taką, że podczas naszego pobytu w tym mieście wspólnie ustalimy, kiedy i co chcemy zobaczyć, i za każdym razem skorzystamy z usług tego samego jegomościa. On dzięki temu wygeneruje sobie duży zysk (to się opyla, bo konkurencja wśród rikszarzy jest w Indiach gigantyczna), a my zaoszczędzimy na czasie (raz, RAZ to nam się udało w Indiach, w Munnarze). Niestety, dla Indusa liczy się tylko to, co ma przed sobą teraz, czyli polskich pięć złotych. A przecież przy odpowiednim nastawieniu zarobiłby co najmniej pięćdziesiąt.

Pierwszym ruchem Indusa po otwarciu handlowego kramiku jest zamiatanie śmieci. Nie, nie zamiecie ich do stojącego obok kosza. Zamiecie je na środek drogi. Byle tylko dwumetrowy obszar przed wejściem do jego sklepu był wolny od kurzu i brudu.

DSCF4191DSCF0261

10. Indus baaaardzo (nie)pomocny

Wszystkich tych poprzednich Indusów potrafiłem podczas swojej podróży po Indiach jakoś znieść. Szanowałem i tolerowałem w nich te wszystkie cechy i zachowania, no bo przecież to jest zupełnie inny kulturowo świat od tego, co mam na co dzień w Europie. Poza tym byłem im wdzięczny za wielką szkołę życia, jaką od nich otrzymałem. No i najważniejsze: Indusi to walczaki, mają w życiu ciężko, ale się nie poddają. Bywają kreatywni, podejmują decyzje kierując się emocjami i intuicją, a więc są szybcy i skuteczni w działaniu (skuteczniejsi od naszych europejskich analitycznych mózgów, co to pół dnia potrzebują na rozkminienie jednego problemu).

Jednak ten jeden (nie)pomocny Indus przelał czarę goryczy. Sprawił, że mój szacunek i tolerancja dla Indusów spadły do bardzo niskiego poziomu. Sprawił, że pierwszą cechą jaką wymieniam opowiadając ludziom o Indusach jest: zobojętnienie. A wszystko po historii z Pune.

Zatrułem się w indyjskiej restauracji w Aurangabadzie. Trzy godziny po posiłku, nie znając smutnej i bolesnej przyszłości, kolejne pięć przyszło nam z Martą spędzić w przepełnionym, lokalnym autobusie na nocnej trasie (uruchom wyobraźnię: ustawiasz starą, ale taką naprawdę starą pralkę na tryb wirowania. Ona wiruje przez pięć godzin, a ty w tym czasie siedzisz na tej pralce w nocy, obżarty zatrutym jedzeniem i bawisz się dobrze). Dwururka dopadła mnie w połowie drogi. Na pierwszym postoju wjechałem do toalety jak dzik w żołędzie. Ale nie to było najgorsze.

Do Pune dotarliśmy około piątej rano. Pierwszym celem po wytoczeniu się z autokaru był dla mnie publiczny klozet. 2.5 milionowe Pune ma jeden główny dworzec autobusowy, więc do każdej kabiny WC ustawionych było po czterech Indusów. Zająłem swoje miejsce w jednej z kolejek. Nie musiałem specjalnie udawać, że jeśli za chwilę nie wejdę do toalety, to może dojść do tragicznego wydarzenia. Nikt, NIKT nie zareagował, jak na środku publicznej toalety, wśród może trzydziestu facetów, kucam, zwijam się z bólu i pojękuję. Zdesperowany, zacząłem prosić, wpierw publicznie, potem każdego Indusa indywidualnie o możliwość wejścia bez kolejki. Bez kitu, wpuścił mnie dopiero Indus przy ostatniej kabinie. Z wielką łaską i grymasem na twarzy.

W Pune ostatecznie dostaliśmy się w okolice dworca kolejowego, ze względu na popołudniowy pociąg do Goa. Nie opuszczały mnie problemy, ba, czułem się co raz gorzej. Pojawił się ostry ból brzucha i wysoka gorączka. Nie było możliwości, abyśmy przesiedzieli dziesięć godzin w poczekalni. Szybko znaleźliśmy pobliski hotel, który jako pierwszy przyjmował gości po 6:00 rano. Razem z nami na otwarcie drzwi czekało kilkunastu lokalesów. Ja, zielony na twarzy, z gorączką, praktycznie nie mogąc wydusić słowa, siedziałem i kuliłem się na ławce. Marta wskazywała na mnie recepcjoniście i prosiła o łóżko, choćby miało być na otwartej przestrzeni. Nic z tego, hotel nie przyjmuje obcokrajowców. I usłyszałem to bezpośrednio od recepcjonisty, patrzącego na mnie bez grama współczucia. Głupi pomyśleliśmy, że może drugi recepcjonista, który był świadkiem tej dyskusji i właśnie woła nas do siebie, ostatecznie znajdzie nam jakąś klitkę lub budę dla psa przy hotelu. Nie, ten po naszych prośbach postąpił identycznie jak pierwszy. Zatem po co nas do siebie wołał? Na tego Indusa wkurzyłem się podwójnie.

Następnie chodziliśmy od hotelu do hotelu, od guest house’u do guest house’u, ja, zasmarkany, zrezygnowany, po drodze wymiotujący to pod jednym płotem, to pod drugim. W każdym hotelu po naszych prośbach słyszeliśmy magiczne „brak miejsc”. Najdziwniejszy był hotel, w którym pierwszy z recepcjonistów potwierdził, że ma jeden „double room” dla nas i gdy już sięgał po klucze (pamiętam, klucz od „room 240”) drugi, jakby wyższy rangą recepcjonista odrzekł „nie, jednak niestety was nie przyjmiemy”.

Dworce kolejowe też mają swoje noclegownie. I była to nasza ostatnia nadzieja. Oczywiście nie udało nam się do niej trafić na podstawie mojego stanu zdrowia, bowiem zgodnie z informacją i zasadami trzeba nam było czekać do otwarcia okienka po godzinie 8:00. Ponad godzinę zdecydowaliśmy się poczekać w „waiting roomie”, czyli poczekalni. Indyjskie dzielą się na poczekalnie męską i żeńską. W tej pierwszej nie było miejsc, w drugiej miejsc było jeszcze kilka. W trakcie naszej podróży czasem widywaliśmy mężczyzn w żeńskim waiting roomie, nieraz sami wspólnie w niej przesiadaliśmy. I co? Nie, nie wpuścili nas. Kobieta, która nadzorowała wejścia i wyjścia z pokoju była kolejnym Indusem, który prosto w twarz, widząc i wiedząc, że jest ze mną kiepsko, odmówiła pomocy. Dopiero ostentacyjne rozbicie się na zimnej podłodze peronu kilka metrów przed damską poczekalnią sprawiło, że kobieta podeszła do nas i rzekła: „może pójdziecie poszukać lekarza?”

Historia skończyła się tym, że po 9 rano trafiliśmy do biura odpowiedzialnego za noclegownie na dworcu, w którym urzędnik kazał wypełnić Marcie kilkanaście formularzy celem naszego zakwaterowania. Czy muszę wspomnieć, że pana urzędnika nie ruszyła moja zwijająca się z bólu pod ścianą osoba? Mimo próśb rozdzielono nas na osobne pokoje.

To była najostrzejsza historia, choć podobnych w Indiach mieliśmy jeszcze kilka. Nikt nie próbował (a jeśli próbował, to o tym nie wiedzieliśmy) nas w Indiach okraść, za to kilka razy zostaliśmy obmacani (z podtekstem), potraktowani arogancko przez hotelową recepcję albo ktoś, kto na ulicy zaproponował nam pomoc w znalezieniu miejsca do spania, nie pomagał nam z dobrego serca, a miał w tym swój prywatny interes (hotelowa prowizja). Zdarzały się dzieci i młodzież, która zatrzymywała nas z prośbą o prostą rozmowę (by rozwijać swój angielski), na koniec prosząc o pieniądze lub prowadząc – pod pozorem oprowadzenia po okolicy – do sklepu swojego lub znajomego. Choć brzmi to przykro, Indusi są według mnie najmniej gościnnym i zarazem najbardziej interesownym narodem wśród narodów Azji.

DSCF9541

 

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *