Dlaczego nie przepadam za Indusami – część pierwsza

Indie. Kraj ogromny, kulturowo, obyczajowo i religijnie różnorodny. Dla mnie niemal pod każdym względem kraj oryginalny, niepodobny do żadnego innego. Niesamowicie ciężki do podróżowania. Niezwykły, w dobrym i złym tego słowa znaczeniu. Niestety, pod kilkoma względami – okropny.

Widziałem w Indiach świątynie, po wizycie w których zbierałem szczękę z podłogi. Jadłem tak przepyszne owoce, że ich smak śnił mi się później przez kilka dni. Czułem autentyczne szczęście podczas autostopowej przejażdżki przez magiczne Ghaty Zachodnie czy podczas spontanicznej motorowej przejażdżki po Goa. A jednak mam z tym krajem pewien problem. Tym problemem są Indusi.

Jest ich dziś 1 250 000 000. Nie, nie każdy jest takim męczybułą jak zaraz przeczytacie 😉 Anurag i Ram, których poznaliśmy przez Couchsurfing, poza przygarnięciem pod swój dach, wprowadzili nas w świat zasad, praw i trików, dzięki którym podróżowało nam się po Indiach łatwiej. Właściciel guest house’u w Kochinie był jednym z najserdeczniejszych ludzi, jakich poznałem w swoim życiu. Polubiłem także indyjskie rodziny podróżujące pociągami, zwłaszcza te otwarte na pogaduchy. A, no i cześć dzieciaków grających w krykieta była w porządku. Niech więc będzie, że mam problem tylko z miliardem pozostałych 😉

Czyli z kim? Aby to jasno wyjaśnić, podzieliłem ich na 10 kategorii:

1. Indus Wpychacz

Życie w kolejce do toalety, po bilet czy po wodę w Indiach przypomina te wszystkim znane sceny z Radomia, w których chytre baby rozbijają się na łokcie żeby wyrwać zgrzewkę „3 Cytryny”. W Indiach można byłoby nakręcić maraton filmowy tego typu. Grano by w kółko takie sceny:

W indyjskich Kowarach (taka sama jak w polskich Kowarach powierzchnia miasta, tylko że liczba mieszkańców oscylująca koło dwóch milionów) pan z Polski zajmuje miejsce w ogonie kolejki, bo chce dla siebie i konkubiny kupić bilet na pociąg. Czeka i czeka, choć z prawej i z lewej śmigają mi co raz to nowe czarne twarze a kolejka niespecjalnie się zmniejsza. Gdy już sięga wzrokiem do okna z tiketami, tam widzi jak jeden Indus szarpie drugiego za włosy i wciska swoje 300 rupii biletowemu, żeby załatwić interes. A gdy Polak po trzech kwadransach sam stanie przed okienkiem, to przypadkowo z łokcia w gębę od sąsiada dostanie (bez przepraszam!), albo mu inny Indus w szparę do płacenia całą swoją głowę wsadzi. Braku kultury i chamstwa Polak im nie wyrzuci, bo choć Indusi całkiem dobrze po angielsku śmigają, to ci z kolejek ani słowa nie potrafią. A nawet jeśli potrafią, to przecież się śpieszą, na komunię bratanka.

Tak to wygląda wszędzie, gdzie w Indiach ma prawo powstać kolejka. Jeśli jest się w tym kraju dłużej niż miesiąc (czyli wie się już jak to wszystko funkcjonuje i na co sobie można pozwolić), korzysta się z dwóch patentów. Patent pierwszy: wydzieranie się (skuteczny w 20% przypadków). Patent drugi: chwytanie Wpychacza za fraki i odprowadzenie daleeeeeko od kolejki (skuteczność powyżej 100%. Ten odprowadzony już nie wraca, a potencjalni następy się boją). I nikt nie protestuje, zaś stojący nieopodal Indus Policjant dodatkowo serdecznie się uśmiecha.

Prawie nie ma bata na Induski Wpychaczki. Te w kolejce przemieszczają się jak kobra, co się wije niepostrzeżenie a na koniec zawsze pierwsza ukąsi. Znają takie skuteczne czary jak „wpuść mnie, bo muszę szybko wrócić do domu i gotować obiad” i mają +50 odporności na „Proszę babki, babka tu nie stała!” Da się je pokonać tylko jednym, ryzykownym trikiem. Trzeba do takiej niekulturalnej Wpychaczki podejść na maksymalnie bliską odległość. Wtedy łamie się ich barierę prywatności i odpuszczają. A jeśli jesteś kobietą z Polski? Ja nie wiem, to chyba tylko na kodach można byłoby przejść.

DSCF1998DSCF2108

2. Indus Śmieciarz

Bez żartów, bo tu problem jest potężny.

W nowej stolicy, w starej stolicy, na europejskim GOA, w dużych miastach, tych mniejszych też, i na wiosce. W parku narodowym, w ogrodzie, na drodze, pod domem, obok i nad, w rzece, morzu, oceanie! Śmieci, dużo śmieci, jeszcze więcej śmieci. Śmieci wszędzie, i to taka ilość, której nie można sobie wyobrazić, nie będąc w Indiach. Puszka Pandory.

Widziałem sceny, kiedy w trakcie majestatycznego rejsu statkiem z wyspy Elefantów do Bombaju Indus wyrzucił pustą butelką po Coli i skończoną paczkę po chrupkach poza burtę. W tym samym Bombaju widziałem zatokę, która często występuje w Bollywoodzkich filmach. Szybko jej urok został odczarowany przez znajdujące się w wodzie trzy wielkie dywany otoczone plastikowymi śmieciami. Widziałem psa wymiotującego ścierkę, po chwili próbującego skonsumować ją ponownie. Widziałem plażę na Goa, rekomendowaną w Internecie jako jedną z najspokojniejszych i niemal bezludnych, na której ogromna ilość śmieci spowodowała, że nie miałem ochoty pytać się o cenę bungalowa. Widziałem bydło, które spacerując po wiosce wyżerało okoliczne śmieci, by kilka godzin później być wydojone przez właścicieli. Widziałem rzeki, które mogłbyby być cudem natury, a cuchną jak uliczny rynsztok.

Pytam siebie często, czy ten wszechobecny syf to element indyjskiej kultury, czy problem, z którym Indie sobie nie radzą.

W Indiach można trafić na tablice ostrzegające przed śmieceniem, a nawet wielkie bilbordy uświadamiających kampanii społecznych. Nijak się to jednak ma do wydarzeń dnia codziennego przeciętnego Indusa. Zdaje się, że problemem zanieczyszania środowiska trafi do jego łba dopiero wtedy, gdy w jego kraju wybuchnie jakaś epidemia choroby. I serio, po tym co widziałem, nie jest to wcale taki nierealny scenariusz na najbliższe lata.

DSCF2072 DSCF2067

3. Indus beep beep

Nieustające, kłujące w uszy, drażniące, czasem doprowadzające do szewskiej pasji wszechobecne trąbienie kierowców wszelkich pojazdów motorowych. W miastach dźwięk klaksonu jest pierwszym i głównym dźwiękiem, z którym zasypiasz i się budzisz. Choć twój mózg po pewnym czasie potrafi ten dźwięk po prostu ignorować, godzinny spacer wzdłuż ruchliwej ulicy często kończy się migreną.

Kiedy Indus używa klaksonu? Gdy chce skręcić w prawo, gdy chce skręcić w lewo, gdy chce wyminąć przeszkodę, gdy chce włączyć się do ruchu, gdy chce ci pochwalić „zobacz, prowadzę samochód, fajnie, nie?” I gdy chce sobie trąbnąć, ot tak, po prostu (lecz nie rzadziej, niż raz na pół minuty). Nikt w Azji nie trąbi tak zawzięcie i na taką skalę jak Indusi (no, może Wietnam, ale jeszcze nie byłem).

A co w tym wszystkim najdziwniejsze? Z tym trąbieniem w Indiach jest jak z głosowaniem na tych samych polityków w Polsce. Gdy już utniesz dłuższą pogawędkę z lokalesem i zadasz to trąbiaste pytanie „dlaczego trąbisz jak porażony” usłyszysz w odpowiedzi: „Mnie to też wkur…, ale tak u nas po prostu jest i to się nie zmieni”.

DSCF2425

4. Indus Disko

Indyjską muzykę można kochać (podobno) lub nienawidzić. Mi kojarzy się ona z wyciem małego kotka, więc jej nienawidzę. Nigdy nie słyszałem tam czegoś przypominającego muzykę klasyczną, jazz, blues czy rock. Zawsze te same, jakby w ogóle nie różniące się od siebie bity i jęki, ni to pop, ni to disco. Z resztą posłuchajcie sami – (LINK)

Nie, nie wkurza mnie to, jakiej muzyki słuchają Indusi. Ale wkurza mnie, kiedy Indus włącza swoją wyregulowaną na maksymalną głośność muzykę w miejscach publicznych, w pociągu, autobusie czy parku i ma w nosie cały świat wokół. Wyobraź sobie 16-godzinną podróż koleją lub 5-godziną wycieczkę starym rozklekotanym busem po dziurach wielkości wulkanicznego krateru. To już samo w sobie mocno katuje. A teraz wyobraź sobie, że na siedzeniu obok siedzi ciemnoskóry jegomość, słuchający na całość tego – (LINK), któremu przez myśl nie przejdzie zapytać, czy nie przeszkadza ci taka postać rzeczy. No i jeszcze skala. U nas to się trafia taki meloman od święta. Tutaj to wygląda, jakby całe gimnazjum miało wycieczkę szkolną (a ty jedziesz razem z nimi. Do krainy schizofrenii).

Zjawiskiem już zupełnie kosmicznym są autobusy, które można spotkać na południu Indii. W nich zawsze kierowca ma radio, a wzdłuż siedzeń, nad głowami, przymocowanych jest od 8 do 12 głośników. Jeśli z jakiegoś powodu kierowca zapomni o umileniu podróży przyjemnym Indu-Disko, na pewno ktoś z lokalesów mu o tym przypomni. A, no i ma grać na full! 🙂

5. Indus kucharz

Od osób które w Indiach były przede mną słyszałem często „Oj Damianku, tam jedzenie jest najlepsze na świecie!”. Ehe, nie wiem czym te osoby karmią się na co dzień. Chyba chlebem posmarowanym nożem. Okej, pierwsze kilka dni wędrowałem w Indiach od knajpy do knajpy pełny zafascynowania nowymi smakami, zapachami, potrawami. Po tygodniu każdy posiłek zaczynał smakować tak samo. Po miesiącu pisałem listy do mamy z prośbą o paczkę z jedzeniem na zmianę szukając po aptekach kolejnego opakowania Stoperanu.

Do jakiego lokalu w Indiach nie wejdziesz, karta dań będzie wyglądać tak samo. Czego byś nie wybrał, podane zostanie ci to samo. Czyli co? Czyli (1) placek jeden lub kilka (Chapati, Roti, Dosa), (2) od dwóch do czterech miseczek czegoś, co ja nazywam indyjską potrawką (kompozycje warzyw w sosie, wyglądające jak przeżute przez matkę ziemniaki, które się jadło, gdy miało się dwa lata i nie miało zębów), (3) czasem ryż, (4) czasem bawoli jogurt zwany w Indiach curdem, (5) dodatki takie jak (a) surowa cebula, (b) ostra papryczka (po niej przygody!), (c) szklanka restauracyjnej wody (po niej najlepsze przygody!).

Okej, czasem odnajdziesz w karcie dania nieindyjskie, np. makaron z kurczakiem, burgera z serem lub owsiankę. Tylko teraz pomyśl, że jesteś w typowej indyjskiej knajpce. Jak wielu Europejczyków tu zagląda? A zatem – jak bardzo świeże będą produkty, z którym powstanie twoje żarełko?

Gdyby nad indyjską gastronomią wisiał Sanepid i przepisy BHP – zamknięto by 75% knajp, restauracji i ulicznych budek z żarciem, a połowa obsługi trafiłaby do więzienia. Kelner w Indiach to taki Jacek Kawalec w Randce w ciemno: zdarzało się często, że albo dostaliśmy nie to danie, które zamówiliśmy. Albo o tym daniu nasz kelner zapomniał. I ten sam kelner nigdy nie widział w tym żadnego problemu. Najgorszy był widok samej kuchni i procesu przygotowywania posiłku. W Indiach – tak jak w studiu TVNu – nie przykłada się ŻADNEJ uwagi na to, czy stół lub garnki są czyste. Indus obleje je najwyżej zimną wodą, aby zmyć co większe kawałki syfu. A Ty później zgaduj „o której dostanę wezwanie z Białego Domu*” 😉

DSCF8395 DSCF4796

* Wezwanie z Białego Domu (uprzedzam, będzie ohyda!). W podróży po Indiach trzy tematy mają branie (jak karp na Wigilię). Temat pierwszy: pogoda. – o ja piernicze Damianie, ale dziś gorącodaj spokój Marta, tylko 45C odczuwalne, wczoraj było więcej. Temat drugi: domowe jedzenie. – kur… ale bym dzisiaj wszamał biały chleb z żółtym serem i pomidorem. Temat trzeci: kupa. Rozmawia się o niej z troski, by sprawdzić poziom życia oraz wyczuć nastrój drugiej osoby. W pewnym momencie podróży powstał u nas cały słownik neologizmów, synonimów i dwa poradniki na temat. Wiedzieliśmy, po którym śniadaniu zaparcie, a po którym sraczka. By na ulicy nie zostać zdemaskowanym, że rozmawiamy o kupie (bo Polaków wszędzie pełno!), wymyślaliśmy szyfry i metafory. Np. – 7 minut od śniadania. Muszę wpuścić Obamę do Białego Domu. A jak u Ciebie?Żurawie origami 🙁


CIĄG DALSZY NASTĄPI

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

komentarze

  1. Konrad
    10 czerwca 2015

    Wpuścić Obamę do białego domu? Serio…. Przecież to najzwyczajniej rasistowskie.

    Odpowiedz
  2. Rychard
    10 czerwca 2015

    Rasistowskie?Naprawdę?Idąc tym tropem to żurawie i japończycy również powinni się poczuć dotknięci…. Trochę dystansu…

    Odpowiedz
  3. gombrowitch
    13 czerwca 2015

    Obama jest czerwony, a nie czarny, więc gdzie tu rasizm?!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *