Drugie oblicze Birmy, czyli co kryje się za turystyczną kurtyną

Birma czyli Mjanma. Górzysto-równinny kraj południowo-wschodniej Azji, na wschodzie graniczący z Tajlandią i Laosem, na północy z Chinami i Indiami, na zachodzie z Bangladeszem i Zatoką Bengalską zaś na południu z Morzem Andamańskim. Oferuje wiele, nietknięte ludzką ręką góry na północy i zachodzie, bogatą, intensywnie zieloną roślinność, dziewicze plaże, miliony buddyjskich pagód.

Ale nie o tym jest ten wpis. Innym razem opowiem o niesamowitej przyrodzie tego kraju. Nie napiszę teraz o kontraście pomiędzy modernizującymi się miastami, a zatrzymanymi w czasie wioskami. Nie poświęcę zbyt wiele uwagi Birmańczykom, najserdeczniejszym ludziom na świecie, dla których uśmiech nadal ważniejszy jest od kasy, których gościnność potrafi zawstydzić. O tym wszystkim będzie później. Dzisiaj będzie o tragicznych czasach, jakie Birmie funduje jej władza – wojskowa junta. Będzie o polityce, w Birmie temacie tabu, za poruszanie którego turystom grozi deportacja, a obywatelom represje. Będzie o tej drugiej, ciemniejszej stronie Birmy, o której wielu przyjeżdżających do niej turystów nie zdaje sobie sprawy.

Spotkanie w Mrauk-U

Nieco o aktualniej sytuacji polityczno-społecznej kraju dowiedzieliśmy się jeszcze przed przyjazdem, choć w Internecie nie ma zbyt wiele publikacji na ten temat. W trakcie pobytu brakowało nam relacji z pierwszej ręki. Nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi, czy to prawda, że junta wojskowa trzyma swoich obywateli krótko za mordę, czy może procesy demokratyzacji kraju postępują dynamicznie, a ludziom po prostu żyje się lepiej. Kiedy zbliżyliśmy się w rozmowie z Birmańczykiem do hasła „polityka”, temat był przez niego ucinany. Przełom nastąpił w Mrauk-U.

Wracaliśmy do hotelu po całym dniu szlajania się po pagodach, kiedy drogę zaszedł nam płynie mówiący po angielsku miejscowy:

– Cześć! Skąd jesteście? Chcielibyście dołączyć do naszej przedślubnej imprezy? Siedzimy o tam, przy muzyce, jesteście mile widziani! O, spójrzcie, ten zataczający się chłopak to pan młody. Patrzcie jaki szczęśliwy! 🙂

– Kurcze, czemu nie. Chociaż jest już grubo po zachodzie słońca, jesteśmy nieco zmęczeni, to zaproszenie brzmi ciekawie.

– Mamy dużo jedzenia, piwo, tańce, chulańce…

– Dobra, na nas licz! Zrzucimy plecaki w pokoju i zaraz się do was wpakujemy.

Okazało się, że większość gości była już dobrze porobiona. Dosiedliśmy się do jednego z ostatnich stolików, gdzie towarzystwo wyglądało jeszcze całkiem stabilnie. Była to gromadka krewnych pana młodego, w tym lokalni: przewodnik turystyczny, agent ubezpieczeniowy, nauczyciel i urzędnik z banku. Nie byli to Bamarowie (grupa dominująca, 65%), a Arkanowie (mniejszość narodowa, ok. 4%). Wszyscy, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, swobodnie porozumiewali się po angielsku. Zasiedliśmy wspólnie i wypiliśmy kilka piw. My opowiadaliśmy o naszej podróży, oni zaślubinach i symbolice birmańskich wesel. Pierwsze lody zostały przełamane i było całkiem sympatycznie. Kiedy facet trudniący się turystyką zagadał „bo wiecie, my nie możemy tu wszystkiego tak swobodnie organizować” rzuciłem luźno w odpowiedzi „spoko, doskonale rozumiemy, mamy za sobą trzy rozbiory i 50 lat komuny”. Dopytani o naszą komunę wyjaśniliśmy to i owo. Trochę się też wysypałem, że z Martą mamy jakąś tam wiedzę o ich kraju i że świadomie zboczyliśmy z turystycznego kwadratu Birmy (Rangun, Bagan, Mandalaj, Jezioro Inle). Wtedy gospodarze wymienili między sobą kilka zdań w swoim języku. Od stołu oddaliło się kilka osób, a do stołu przybliżyła się butelka whisky, po czym padły następujące słowa:

– Dobra, chcecie pogadać o polityce?

Trochę się pytania przestraszyliśmy. Zakaz dotyczy zarówno białych jak i lokalesów, więc może być przypał. Słyszeliśmy już o przypadkach z wojskowymi, którzy prowokowali turystów do podobnej rozmowy, a później robili im problemy. Jednak Azja nauczyła nas podejmowania decyzji z uwzględnieniem emocji i intuicji. Tym ludziom dobrze z oczu patrzyło. A poza tym byliśmy już z Martą trochę wypici.

– Okej. Tylko wiecie, jeśli tu zaraz wejdzie junta, to możecie mieć przez nas problemy. Pal licho z nami, nas to mogą co najwyżej deportować.

– Spokooojnie, żaden z nas nie jest rządowy. Oni się tu dzisiaj nie pojawią. A nam też zależy, aby opowiedzieć wam, jaka jest prawda. Więc pytajcie.

Jedna taka szansa na sto, pomyśleliśmy, więc poszliśmy w dyskusje jak dzik w żołędzie. Pytaliśmy o bramki na drogach i uzbrojonych tam żołnierzy, o zakaz poruszania się skuterem po Rangunie, o niedostępną turystom północ Birmy, o nową stolicę, o Aung San Suu Kyi, o cyklon Nargis z 2008 roku, o bunt mnichów z 2007 roku, o podatki, o gospodarkę, o nadchodzące wybory. W pewnym momencie atmosfera stała się bardzo gęsta. Zdawało się, że nasze pytania zrobiły na gospodarzach jakieś tam wrażenie. W pewnym momencie przestaliśmy zadawać kolejne, tylko słuchaliśmy monologów gospodarzy:

„Wiecie, Birma to biedny kraj, przeciętny obywatel zarabia 2 000 kiatów dziennie (6,5 zł), mamy 50% bezrobocie. Rząd jest ten sam przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Wojskowi zrzucili mundury i założyli garnitury, ale to nadal nieudolne pacany, dbają o własny interes. Ostatnie wybory prezydenckie to była farsa. Te kolejne ponownie wygra Thein Sein, bo „Lady” nie dopuszczą do startu. Płacimy wiele różnych podatków, ale niewiele dostajemy w zamian. Nie mamy w Birmie pomocy socjalnej. To znaczy mamy coś podobnego, ale ona trafia tylko do „ludzi władzy”. My, zwykli obywatele, chcemy pełnej i zdrowej demokracji, ale nasz rząd tego nie chce. Dlatego długo zamykał nasz kraj przed zachodem, odmówił pomocy humanitarnej po cyklonie Nargis, nie reagował na sankcje USA i UE, zbudował nową, przerażającą stolicę na pustkowiu…

…Jak zauważyliście, na ulicach mamy sporo policji i wojskowych, na szczęście większość to prości, niewyedukowani, po prostu – posłuszni „górze” służbiści. Radzimy sobie z nimi, układamy się, płacimy łapówki, żeby prowadzić prywatne interesy. Nie zawsze się udaje. W Mrauk-U jest 20 przewodników turystycznych, z czego 15 to rządowi. Każdy z rządowych otrzymał licencję od ręki. Ja o swoją starałem się 5 lat. Mogło być gorzej, mój kumpel stara się od 15 lat i nadal jej nie otrzymał.”

Byliśmy tymi opowieściami poruszeni. Czytaliśmy o podobnych historiach przed wyjazdem, jednak już w samej Birmie wydawało nam się, że akcje o ciemiężeniu normalnych ludzi przez autorytarnych idiotów minęły lub są przesadzone. Jak się okazało, daliśmy się uwieść pozorom. A może to hardość Birmańczyków, walczaków, którzy mimo ciężkiej sytuacji utrzymują na co dzień pogodę ducha? W pewnym momencie jeden z gospodarzy poprosił nas, abyśmy opowiedzieli, co zrobili Polacy, aby pozbyć się komunizmu i budować demokrację.

Jąkaliśmy się, bo staraliśmy się to odpowiedzieć w taki sposób, aby słuchacze mogli z naszych opowieści wyciągnąć coś dla siebie. Dlatego tylko wspomnieliśmy, że mieliśmy kiedyś takiego jednego wąsatego Leszka, zaś najwięcej anegdot sypaliśmy o oddolnych, lokalnych inicjatywach. Łapaliśmy się ciągle na tym, że my nasz problem mieliśmy poza granicami Polski z ZSSR, który dodatkowo w 1989 nie był już w najlepszej formie, zaś tu nasi znajomi mają problem birmańsko-birmański, gdzie junta wojskowa ma się całkiem dobrze. Wczuliśmy się w to ich poczucie beznadziejności. Bo to było kilku naprawdę ambitnych, wyedukowanych i kreatywnych gości, społecznie zaangażowanych, próbujących po prostu normalnie żyć, którzy zamiast tego dostają kopa w dupę i to od własnych ziomków.

Potem było jeszcze kilka świeżych historii od gospodarzy na temat junty, jak gasi lokalne protesty, podjudza konflikty na podłożu etnicznym, stosuje manipulację i propagandę, pakuje do więzienia dziennikarzy politycznych za byle drobnostki. Na koniec, kiedy alkohol zdawał już się kończyć, dostaliśmy od nich dwie konkretne prośby. Pierwsza, by namawiać znajomych, którzy trafią kiedyś do Birmy, by starali się wybierać usługi tych osób, którzy nie są związani z juntą. Druga, by gospodarzom i ogólnie Birmańczykom pomóc, powtarzając wśród innych podróżników i ludzi to, co od nich usłyszeliśmy. Bo oni, słusznie czy niesłusznie, bardzo wierzą w to, że Zachód może odegrać znaczącą rolę w demokratyzacji Birmy, choćby wspierając lokalne ruchy na rzecz tego procesu.

Najdziwniejsze wydarzyło się na koniec. Nie wiem czy to przez alkohol, czy to przez specyfikę tematu, czy może powstała między nami a gospodarzami jakaś emocjonalna więź. Tuż przed wyjściem nastała chwila ciszy. U trójki chłopaków, którzy zostali do końca, pojawiły się łzy w oczach. Łzy zrezygnowania, a może radości, zniknęły szybko otarte przez dłonie, ustępując miejsca serdecznym uśmiechom na pożegnanie. My swoich łez ledwo uniknęliśmy w ich towarzystwie. Doszliśmy do hostelowego pokoju i w kompletnej ciszy posiedzieliśmy chwilę. Przetrawialiśmy w głowie jak wielką gościnnością, pomimo trudów dnia codziennego, uraczyli nas Arkanowie w Mrauk-U. Ale przede wszystkim przetrawialiśmy, jak wielkimi skurwielami są ludzie rządzący ich krajem.

Mocno mną tąpnęło po tym wieczorze. Postanowiłem, że w wolnej chwili będę buszował po Internecie i szukał kolejnych publikacji na temat sytuacji społeczno-politycznej Birmy. Chciałem też odważniej wyjść do samych Birmańczyków i kiedy byłem pewny, że rozmawiam z normalnym recepcjonistą w prywatnym, a nie rządowym hotelu, zagadywałem o opinie na temat kraju. Tak samo z właścicielem wypożyczalni rowerów czy ulicznym sklepikarzem. Zawsze coś udawało mi się dowiedzieć. Chciałem dotrzymać danego Arkanom słowa, by prócz wielu zdjęć birmańskich atrakcji turystycznych i krajobrazów wywieźć z Birmy prawdę o sytuacji ludzi w niej mieszkających. I podzielić się nią ze znajomymi.

DSCF5005

Kilka tygodni po spotkaniu zbierałem materiał i próbowałem skleić z niego odpowiedni tekst. To, czego nie usłyszałem od Birmańczyków i nie zobaczyłem na ulicy, uzupełniłem informacjami znalezionymi w Internecie (czyli: wiedzą podróżników i badaczy, którzy Birmą interesują się na co dzień).

Wyszło jak wyszło, składnia i styl 3/10, ale starałem się. Dedykuję go Birmańczykom poznanym pewnego deszczowego wieczoru w Mrauk-U.

Złe złego początki

Na początku na ziemiach birmańskich było standardowo, jak wszędzie wówczas, czyli każdy sobie rzepkę skrobie. Pojawiały się, mieszały i znikały ludy pierwotne, plemiona, miasta-państwa, księstwa, itd. Jak już w IX wieku pojawił się wódz z jajami (Anawratha) i to wszystko połączył w jedno królestwo Paganu, to dwieście lat później wjechali Mongołowie i znów zapanował chaos. Jak potem do kupy w XVI wieku pozbierał to kolejny twardziel (Bayinnaung, który to z Birmy stworzył imperium), po jego śmierci już sami Birmańczycy uznali, że lepiej prać się nawzajem po głowach, niż rozwijać mocarstwo. Gdy w XVIII wieku Birmańczycy już się ogarnęli i pozwolili królowi Alaungpaya raz jeszcze Birmę zjednoczyć (przy okazji podbijając dzisiejszą Tajlandię; w ogóle, to w historii Birmańczycy sprali Tajów aż 13 razy), to wytrwali lat sto, do odwiedzin „przyjaźnie nastawionych” kupców brytyjskich, którzy najpierw Birmę stłukli, a następnie, w 1886 roku, wcielili ją do Indii Brytyjskich. I było tak, jak u nas z Prusakami podczas rozbiorów.

Birmańczycy Angolom opór stawiali (choć w większości przypadków kończyli jak Polacy z Turkami pod Cecorą). Były strajki studenckie, ruchy nacjonalistyczne, powstania partyzanckie przeciwko rządom brytyjskim. I jak już Brytyjczycy w 1937 roku poluzowali bata (wydzielenie z Indii Brytyjskich, konstytucja, własne zgromadzenie i rząd), to pięć lat później na Birmę najechała Japonia. I ponownie, marionetkowy rząd, fikcyjna niepodległość, wszystko pod kontrolą przyjaciół z Tokio. W 1945 roku Birmańczycy, wespół z Brytyjczykami (taaak, historia krótką ma pamięć) pogonili Japończyków. Wtedy Birmie objawił się lider, bohater narodowy, propagator przyszłej struktury federalnej państwa, ojciec Aung San Suu Kyi – Aung San. To on miał udział w działaniach antyjapońskich, to on skutecznie negocjował z Clementem Attlee niepodległość Birmy, to jego partia wygrała wybory. Został jednak zamordowany w roku 1947, podczas posiedzenia Rady Wykonawczej. Birma stała się niepodległym państwem rok później.

Demokratyczna, niezależna, niepodległa Birma nie wszystkim pasowała. Problemy okresu po 1948 roku to z jednej strony intensyfikowanie ruchów separatystycznych mniejszości narodowych (40% obywateli Birmy), z drugiej strony aktywność zbrojna komunistycznej opozycji (wspieranej przez Chiny i ZSRR), domagającej się transformacji w republikę ludową. Choć Birmę uważano za jeden z najbogatszych krajów Azji, to problemy wewnętrzne destabilizowały gospodarkę i pogarszały nastroje społeczne.

Początek rządów Januszów Birmy

Destabilizację kraju wykorzystał w 1962 roku generał Ne Win (taki Franco, Pinochet i Jaruzelski w jednej osobie) dokonując zamachu stanu. To wydarzenie dało początek wieloletniej izolacji od świata zewnętrznego, prześladowań przeciwników politycznych i mniejszości narodowych. Zapanował klimat reżimu komunistycznego (nacjonalizm przemysłu, zakaz działania innych partii politycznych niż ta jedna najświętsza), który wpędził w nędzę miliony Birmańczyków i zatrzymał rozwój kraju na kilkadziesiąt lat.

Co szczególnie zaszkodziło Birmie? Po pierwsze to, że rządy Januszów w mundurach były niezwykle nieudolne i zacofane. To nie była dyktatura wzorem Chin czy Wietnamu, które może i nie przestrzegają demokracji, ale potrafią rządzić sprawnie. Junta nie miała kompetencji do rządzenia, nie potrafiła swoim krajem administrować, nie potrafiła zapobiec gospodarczej destabilizacji.

Po drugie, junta bała się Zachodu, tego, że ktoś stamtąd mógłby odebrać im kontrolę i władzę. Dlatego zabetonowała się i odcięła kontakt ze światem. „Gówno nas obchodzi Birma” – tak Zachód pomyślał i bez większego zastanowienia nałożył na nią sankcje. Te junta przetrwała, swoim obywatelom i światu tłumacząc, że dobrze im ze swoją suwerennością, bo dzięki temu chronią swoją kulturę. Prędzej czy później ułomna gospodarczo Birma musiała znaleźć kompana poza granicami. I znalazła – Chińczyków. I tak narodziło się najbardziej frajerskie partnerstwo ostatniego tysiąclecia. Bo układ był taki, że Chiny nie mieszały się w politykę wewnętrzną wojskowych, ograniczając się do zaopatrywania junty w kasę, w zamian otrzymując dostęp do surowców naturalnych (czyli miliardów dolarów ulokowanych w złożach ropy naftowej, gazu i masy najróżniejszych drogocennych metali). Rachunek izolacji oraz partnerstwa z Chińczykami? Samowystarczalny rząd, wszechobecna korupcja, upadek gospodarczy kraju, wyeksploatowanie z surowców, biedne społeczeństwo, itd.

W 1988 junta zdewaluowała swoją walutę, drugi raz na przestrzeni trzech lat. Birmańczycy stracili wszystko. Przegięcie totalne, które zmotywowało ich do masowych strajków w całym kraju. Junta bunt społeczny – jak przystało na rządy armii – stłumiła krwawo. Ne Wina odsunięto jednak od władzy. Do niej doszła prodemokratyczna opozycja, na kilka miesięcy. Jeszcze w tym samym roku wojsko przeprowadziło kolejny zamach stanu. Nowa junta zmieniła nazwę kraju z Birma (właściwie to Burma; narzucona przez przyjaznych kupców z Anglii) na Myanma (czyli: kraj silnych jeźdźców), dla zmyłki światowej opinii publicznej zmieniono też nazwę stolicy z Rangoon na Yangon, poza tym rozstrzelano na ulicach przeciwników władzy, zaś Aung San Suu Kyi (liderkę opozycji, córkę Aung Sana) wtrącono do aresztu domowego. Na czele nowego bajzlu stanął w 1992 roku kolejny wojskowy -Than Shwe. W ciągu 19 lat swojej dyktatury zdążył zasłynąć łamaniem praw człowieka, krwawym prześladowaniem mniejszości narodowych i utrzymaniem statusu Birmy jako kraju zacofanego i skorumpowanego.

8

Festiwal Januszady nowej junty

W 1987 roku ONZ odznaczył Birmę tytułem jednego z najmniej rozwiniętych państw świata (obok Burkina Faso i Czadu). W 2007 roku do puli wpadł kolejny złoty medal, tym razem za najbardziej skorumpowane państwo (obok Somali). W 2011 roku w tej kategorii był już „tylko” brąz.

W 1990 roku w „wolnych” wyborach opozycyjna Narodowa Liga na rzecz Demokracji zdobyła 80% głosów. Wojskowi nie zezwolili na zabranie nowego parlamentu, deputowanych uwięziono, a stanowiska obsadzone zostały przez juntę.

W latach 2005-06 junta przeniosła stolicę z Rangunu. Dokąd? Do nowej, wybudowanej od zera, na pustkowiu, w środku Birmy, nowej stolicy – Naypyidaw.

W 2007 roku zbuntowali się buddyjscy mnisi, wyszli z pałkami na ulice, domagając się obiecywanej demokracji (taka kiełba wyborcza junty przed każdymi wyborami. Coś jak podniesienie kwoty wolnej od podatku w Polsce). Nazwano ten protest Szafranową Rewolucją. Jaki los spotkał duchownych, reprezentujących 80% społeczeństwa? 3 000 aresztowań oraz kilkaset ofiar śmiertelnych. Ile dokładnie? Tego nie wie nikt, ponieważ zagraniczni dziennikarze nie zostali wpuszczeni do kraju.

10

Rok później, w 2008, Birmę nawiedził cyklon Nargis, pochłaniając życie 130 000 obywateli, 1 500 000 pozbawiając dachu nad głową. Równo 7 dni (niektórzy mówią o pełnym miesiącu) junta odmawiała zagranicznej pomocy. „Niestety, w obliczu katastrofy nie możemy wpuścić do kraju lekarzy, pielęgniarek i pomocy humanitarnej organizacji międzynarodowych, ponieważ mogą oni wykorzystać tą trudną dla nas sytuację i pozbawić nas władzy”. Junta ugięła się dopiero pod presją Chin, zastrzegając jednak, że podziałem środków z pomocy zajmie się wojsko. Łatwo domyślić się, czym to się skończyło.

W 2010 roku odbyły się kolejne wybory parlamentarne. Rządowa USDP zdobyła 78% głosów w Zgromadzeniu Narodowym i 76% w Izbie Narodowości. Opozycji przypadło po kilka procent głosów, które nic nie znaczyły. Ciężko jednak brać te wyniki za poważne. Frekwencja w niektórych okręgach wyborczych wynosiła 105%, a USDP zwyciężyła także w tych okręgach, w których wyborów w ogóle nie przeprowadzono.

7

Rok 2011 rozpoczął okres „birmańskiej odwilży”. Rząd cywilny zastąpił wojskową juntę, jednak ludzie pozostali ci sami. Kolejny lifting reżimu, przeprowadzony tym razem po mistrzowsku, gdyż kupił to cały świat. Wielkim rewolucjonistą ogłoszono Thein Seina, nowego prezydenta, wojskowego, który zamiast munduru nosi garnitur. Uwolnił więźniów politycznych, zniósł cenzurę, otworzył granicę dla turystów i zagranicznego biznesu. Już nie tak wielu wie, że Thein Sein jest tym samym człowiekiem, który w 2008 roku był odpowiedzialny za akcję ratunkową po cyklonie Nargis. I to on obsadził gabinet rządowy wyłącznie wojskowymi.

“Birmańska Odwilż”. Co warto o niej wiedzieć?

Birma znacznie zmieniła się społecznie i gospodarczo. W końcu odważono się na liberalizację gospodarki, a w wyborach uzupełniających do parlamentu większość miejsc zdobyła opozycja (a junta wyjątkowo tym razem nikogo nie zamordowała). Pojawiły się bankomaty, telefony komórkowe, odblokowano Internet. W 2014 roku Birmę uznano za najbardziej atrakcyjny kierunek turystyczny na świecie, co pozwoliło niektórym stawiać prognozę: 5 mln turystów w 2015 roku. Choć większość Birmy nadal nie ma dostępu do elektryczności, to zagraniczne pożyczki i darowizny zmieniają najważniejsze miasta w nowoczesne metropolie (wystarczy porównać Rangun z 2010 roku do tego z 2015 roku).

Birma politycznie nie zmieniła się wcale. Dziennikarze nadal trafiają do więzień, a nawet giną (Aung Kyaw Naing, za próbę śledztwa w sprawie walk armii w stanie Karen). W czerwcu tego roku media opublikowały zdjęcia śpiących parlamentarzystów. W Polsce taki news wisi na stronie dwa dni, by zostać potem zapomniany. W Birmie odebrał on mediom możliwość relacjonowania posiedzeń parlamentu z sali obrad. Tak naprawdę ciężko sobie wyobrazić, aby rządząca ostatnie 60 lat junta nagle oddała pełną władzę w ręce ludu. To, jak głęboko postępować będzie odwilż, zależy tylko i wyłącznie od wojskowych.

epa04622944 Armed military troops march as they clear the area at Chin Shwe Haw town of Kokang self-administered area, northern Shan State, Myanmar, 16 February 2015. Myanmar state media reported on 13 February 2015, that some 47 soldiers were killed, 73 wounded, and five vehicles were destroyed during clashes with Kokang rebels,who attacked military stations with the intent to capture the Laukkai, in a border area with China in northern Myanmar. Thousands of people living around Laukkai are fleeing as clashes outbreak continue in the area. EPA/LYNN BO BO

Naypyidaw. Oczko w głowie wojskowych

Ciężko o lepszy przykład paranoi i zacofania wojskowej junty. W trakcie swoich rządów Than Shwe wymyślił, aby zmienić stolicę swojego kraju. Niby nic nowego, w historii Birma miała w tym doświadczenie, zmieniając ją w sumie 14 razy. Tym razem nie miała ona przenieść się do kolejnej metropolii, a zostać … od podstaw wybudowana. Than Shwe, poczuwając się do roli kontynuatora dzieła wielkich królów birmańskich, ustalił z astrologami dokładne miejsce i czas przeniesienia stolicy (a ci mu to dokładnie z gwiazd i numerów wyliczyli, że na pustyni, w środku kraju, pomiędzy Rangunem i Mandalajem. 6 listopada, dokładnie o 6.37 rano)*.

Powodów do budowy nowej stolicy i zamknięcia się w niej rządzących można znaleźć więcej. Rangun źle kojarzył się armii, bo przypominał im o nie tak wcale dawnej inwazji brytyjskiej. Agresja, tfu, przepraszam, pokojowa misja USA w Iraku również miała wpływ na juntę (ci bali się, że podobny los może spotkać właśnie ich. Wszak prezydent Bush również miał do nich wiele obiekcji). Tak więc z powodów bezpieczeństwa, poniekąd też z ekonomicznych pobudek i woli scentralizowania interesów junty w centrum kraju, despoci oddzielili się od społeczeństwa i zamknęli się w nowoczesnym (jak na kraj trzeciego świata) mieście widmo.

*Junta mocno wierzyła w astrologię i numerologię. Nie tylko uszanowała decyzję astrologów z wyznaczeniem dokładnego miejsca i czasu inauguracji Naypyidaw. Również termin pierwszego posiedzenia rządu został ustalony zgodnie z ich przepowiednią – 11 listopada, 11 ministerstw, o 11 rano.

DSCF6632 DSCF6614

Ważny głos mniejszości narodowych

Choć Bamarowie stanowią 2/3 populacji Birmy, istotną rolę w tym birmańskim rozgardiaszu odgrywa 135 mniejszości narodowych. Najliczniejsi Szanowie, Karenowie, Kaczinowie, Arakańczycy, Czinowie, Monowie i – będący ostatnio na tapecie politycznej – lud Rohingya, nieprzerwanie, od momentu pozbycia się Brytyjczyków, myślą o autonomii. Jedni o niej tylko marzą, drudzy (większość, na czele z Karenami) o nią zbrojnie walczą. Jedni dlatego, że nie prosili się o to, aby ich w XVI wieku podbijał król Bayinnaung. Drudzy dlatego, że gdy junta w XX wieku wprowadziła w Birmie trzystopniowe obywatelstwo, nie dostali nawet trzeciego stopnia. Więc obraz ostatnich kilkudziesięciu lat to cykliczne tarcia i bunty mniejszości, które następnie pacyfikowane były i nadal są przez wojskowych („bo trzeba zachować jednolitość terytorialną”).

Wspomniany lud Rohingya (Rohindża), nazywany Cyganami Azji, stanowi ponad jeden procent populacji Birmy (szacuje się ich na 800 tysięcy) i od kilku pokoleń zamieszkuje północno-zachodnią część kraju. W większości muzułmańscy rolnicy i rybacy, nie posiadają obywatelstwa, więc nie mogą korzystać z opieki medycznej czy zabiegać o pracę. Przez ONZ uznani są za najbardziej prześladowany lud na świecie. Od lat ich obecność w Birmie nie leżała buddyjskim radykałom (mającym za sobą większość obywateli), zaś w ostatnim czasie można mówić o konflikcie. Pozbawieni praw i atakowani przez ortodoksyjnych buddyjskich mnichów (a buddyzm to w Birmie religia państwowa) decydują się na ucieczki z kraju. Proces ten z każdym miesiącem się nasila, zaś dramatyzmu dodają informacje, że żaden kraj – mimo apelu Zachodu – nie kwapi/ł się przyjąć do siebie uchodźców z Birmy. To sprawia, że jedyną możliwością na pokojowe rozwiązanie może być już tylko wojskowa interwencja wojsk ONZ.

Prezydent Thein Sein, szykując się do listopadowych wyborów, wykorzystuje beznadziejne położenie Rohingów do swoich celów. Już w 2012 roku zażądał od ONZ deportowania wszystkich Rohingya z Birmy, zaś dzisiaj obywatelom swojego kraju obiecuje, że po wygranych wyborach „wyplewi tych nielegalnych imigrantów z Bangladeszu”. Scenariusz całkiem prawdopodobny w kraju, w którym w ostatnich miesiącach pracuje się nad ustawą ograniczającą wolność religijną Birmy (wprowadzającą karę 10 lat więzienia dla „innowiercy” chcącego poślubić buddystę/tkę).

3

USA, Chiny, reszta świata

Jest teoria, że junta zdecydowała się na „birmańską odwilż” bo uświadomiła sobie, że jej relacje z Chinami przypominają bardziej batożenie niż partnerstwo (lepiej późno, niż wcale. Choć nieco zbyt późno). Birma sama się odblokowała i puściła oko do USA. Wtedy Stanom wpadła do głowy myśl, że Birmę można wykorzystać politycznie – do kontrolowania Chin. O tym, że USA potraktowała sprawę na serio niech świadczy fakt, że w pierwszą zagraniczną podróż po reelekcji Barack Obama udał się w listopadzie 2012 do Rangunu.

Za przykładem USA poszła reszta Zachodu, wyczuwając okazję do zamiany miejsc z Chinami i kontynuowania eksploatacji złóż naturalnych. Ponadto Birma zdawała się być dobrą alternatywą dla drożejących Chin. W 2012 Naypyidaw odwiedził także … ówczesny minister spraw zagranicznych Polski (ten pan od murzyńskości i „laski”, to znaczy – „łaski”). Dziś ekonomiczny romans Zachodu z Birmą staje się coraz słabszy, po tym, gdy okazało się, że niekorzystny klimat Birmy (pół roku leje deszcz, pół roku żarzy słońce) nie sprzyja rozkręcaniu biznesów, a największe państwowe firmy nie zamierzają się prywatyzować (mentalność generalicji – najlepszy menadżer to wojskowy menadżer).

Junta zaś dostała to, co chciała. Niewielkim kosztem (zrzucenie mundurów, wypuszczenie opozycji z więzień i ich dopuszczenie w niewielkim procencie do parlamentu) wydostała się spod wyzysku Chin, przy okazji otrzymując kolejny zastrzyk gotówki w postaci zagranicznych inwestycji. Chiny w pół wieku dały im też taką lekcję, że junta nie pozwoli się już zdominować, ani Stanom, ani Zachodowi (ciężko spodziewać się, by junta spełniła oczekiwania Zachodu, czyli zaprzestała represji wobec ludu Rohindża oraz dopuściła ASSK do startu w wyborach prezydenckich).

President Barack Obama greets Burmese Opposition Leader Aung San Suu Kyi during a visit to her private residence in Rangoon, Burma, Nov. 19, 2012. (Official White House Photo by Pete Souza) This official White House photograph is being made available only for publication by news organizations and/or for personal use printing by the subject(s) of the photograph. The photograph may not be manipulated in any way and may not be used in commercial or political materials, advertisements, emails, products, promotions that in any way suggests approval or endorsement of the President, the First Family, or the White House.Ê

Aung San Suu Kyi

Aby stanąć okoniem wobec junty Thein Seina, trzeba być niepokornym i odważnym. Kimś takim jest „Lady”, córka Aung Sana, liderka opozycji, symbol narodowy, nadzieja na zmianę sytuacji w kraju. Za jej walkę na rzecz praw człowieka została nagrodzona Pokojową Nagrodą Nobla. Założycielka opozycyjnej Ligi na rzecz Demokracji, która jak dotąd najwięcej ugrała z rządami generałów. W wyborach uzupełniających w 2012 roku wyrwała 43 z 44 wolnych foteli. W 1990 powszechne wybory nawet wygrała, jednak tuż po ich przeprowadzeniu wyniki zostały unieważnione, a sama ASSK jeszcze przed wyborami trafiła do aresztu domowego w Rangunie (trwającego do 1995 roku. Sytuacja powtórzyła się jeszcze raz w 2000 roku, a areszt trwał kolejne 10 lat). W filmowej biografii mogłaby się w nią wcielić chyba tylko Charlize Theron.

W 2011 roku ASSK zdecydowała się ułożyć z władzą. Brzmi to rozczarowująco, tymczasem to było mistrzowskie posunięcie (a na pewno jedyne, by nadal móc się liczyć). Kosztem przymykania oka na zbrojne uciszanie mniejszości narodowych czy kokietowania z Chińczykami zagwarantowała sobie swoje poważanie w parlamencie i cień szansy startu w wyborach prezydenckich.

Aby stać się kandydatem potrzebuje zmiany konstytucji. Ta zabrania kandydatom posiadania zagranicznego małżonka i dzieci, a ASSK ma dwóch synów, którzy są obywatelami Wielkiej Brytanii. Czy tak się stanie? Tego póki co nie wie nikt. Jednak nawet jeśli do startu o fotel prezydencki nie zostanie dopuszczona, ma szansę zdobyć parlamentarną większość, a zatem realnie współrządzić (z Thein Seinem) Birmą. O ile wybory nie zostaną sfałszowane.

1

4

Wybory 2015

W listopadzie tego roku Birma wybierze nowy parlament i prezydenta. To pierwsza od 60 lat szansa na wolne wybory w kraju, zarazem prawdopodobnie ostatnia szansa dla 69-letniej ASSK na zostanie prezydentem. To, jak bardzo demokratyczne będą te wybory, będzie zależeć tylko i wyłącznie od junty. Pewne jest, że co najmniej 1/4 miejsc w parlamencie przypadnie dla wojskowych – to gwarantuje im konstytucja.

Drogi powyborcze są dwie. Zwycięstwo Thein Seina oznaczać będzie status quo na kolejne cztery lata, czyli rządy bezwzględnego betonu, fasadowa demokracja, uciszanie mniejszości narodowych. Start i zwycięstwo birmańskiej Joanny D’Arc przekształci kraj w państwo demokratyczne, któremu grozić będzie znany z historii scenariusz bałkański. Pokojowo usposobionej ASSK ciężko będzie zapanować nad mniejszościami narodowymi (i ich powstańczymi mini-armiami) oraz fanatyzmem religijnym mnichów.

W obu przypadkach przydałaby się pomoc Zachodu, pod warunkiem, że Zachód przestanie patrzeć na Birmę wyłącznie jak na hamulec ręczny relacji Chiny-USA oraz miliardy dolarów ulokowane w złożach drogocennych surowców. W sumie pomoc przydałaby się już teraz. Choćby w negocjacjach między rządem a mniejszościami narodowymi o zawieszenie broni oraz obserwacji wyborów i wsparcia w ich demokratycznym i transparentnym przeprowadzeniu.

W tym miejscu kończę ten wpis, którym chciałem pokazać, że Birma to nie tylko atrakcyjny turystycznie kraj. Spełniając zarazem obietnicę daną Birmańczykom z Mrauk-U. Niewielu ludzi interesuje się tym, co dzieje się za turystyczną kurtyną tego kraju, a dzieje się wiele. Wiele, niestety – złego. Dobrze o tym wiedzieć przed lądowaniem w Rangunie lub przekroczeniem granicy lądowej w Mae Sot. Birma to kraj niezwykle gościnny i naprawdę piękny, choć to tylko jedna z jej prawdziwych twarzy. Warto wcześniej wiedzieć, komu w Birmie na ulicy warto podać rękę, a kogo szerokim łukiem ominąć. Warto wiedzieć, że wynajmując pokój w prywatnym hotelu lub robiąc zakupy o prywatnego handlarza nie wspiera się wojskowych, a ludzi, którzy tego rzeczywiście potrzebują. A nawet jeśli ktoś nie zamierza nigdy Birmy odwiedzić – warto wiedzieć, że ten położony pomiędzy Tajlandią, Chinami i Indiami kraj ma historię równie dramatyczną, co Polska.

Na koniec: wysmażyłem osiem stron A4, choć to tylko skrót ze współczesnej historii Birmy. Chcesz wiedzieć więcej? Jest w Polsce facet, który ten kraj odwiedził kilka razy, któremu udało się spotkać i rozmawiać z ASSK, który Birmą zajmuje się naukowo. Nazywa się Michał Lubina. Ma o Birmie wiedzę przeogromną, prawdopodobnie największą w naszym kraju. Na jej temat napisał już dwie książki. Wśród niewielu publikacji w naszym języku, w Internecie najszybciej trafisz właśnie na prace, reportaże i bieżące komentarze pana Michała. Wiele faktów podanych w moim wpisie zaczerpnąłem właśnie z wywiadów z Michałem Lubiną oraz z jego autorskich tekstów.

Poniżej załączam linki do najciekawszych artykułów, z których czerpałem inspiracje oraz informacje, pisząc wpis na dwa razy ziemia:

link 1, link 2, link 3, link 4, link 5, link 6, link 7

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

7 Comments

  1. Asia:)
    25 czerwca 2015

    Przeczytałam od deski do deski…i faktycznie nic wcześniej o Birmie nie wiedziałam, teraz jestem mądrzejsza 🙂 dzięki Fajnie się czyta i daje do myślenia….pozdrowienia dla Marty i czekam na kolejne donosy z waszej niesamowitej podroży… pozdrowienia z Haardt 🙂

    Odpowiedz
  2. Pawlaczek
    25 czerwca 2015

    Meeeeaga fajna relacja!!! Tęskno za wami 🙁

    Odpowiedz
  3. sly
    30 czerwca 2015

    bardzo ciekawy post. Brakuje w nim tylko informacji jak odroznic np takiego prywatnego przewodnika od tego zwiazanego z junta?

    Odpowiedz
    1. damian
      4 lipca 2015

      Dzięki, nie było łatwo wyszukać te informacje a potem je weryfikować, ale miałem motywację. Odróżnić prywatnego przewodnika od rządowego niestety nie jest łatwo, sami wielokrotnie mieliśmy z tym problem. Czasem wybieraliśmy na wyczucie, czasem wprost pytaliśmy (recepcja w hotelu), czasem takie informacje można wyszukać w Internecie (np. na forach Tripadvisora). Takie mieliśmy założenie, aby płacić prywatnym ludziom, a nie tym związanym z juntą, ale to też nie jest taka prosta sprawa: (1) raz jechaliśmy autostopem z dwójką przesympatycznych facetów, wymienialiśmy się w trasie muzyką, w międzyczasie uprzedzili nas, że jadą w innym kierunku, ale podrzucą nas do naszego celu. Pod koniec drogi kierowcy zadzwoniła komórka, przed jej odebraniem uprzedził nas słowami „słuchajcie, postarajcie się teraz nic nie mówić, bo dzwoni do nas nasz polityk”. (2) W stolicy złapaliśmy moto-taxi z równie sympatycznym chłopakiem, noszącego na nodze protezę, który za objechania miasta wziął tyle, co nic. Kierowca był niesamowity, wprowadzał nas bocznymi wejściami do atrakcji, a na koniec zabrał do siebie do domu – do domu, w którym na ścianach wisiały jego i generalicji portrety w mundurach. Birma była dla nas podziałem na juntę (+ ludzie junty) i obywateli, jednak nie jest to czarno-białe.

      Odpowiedz
      1. fakir
        27 sierpnia 2017

        Rohingya to islamska,wroga ludność napływowa z Bangladeszu.Ponieważ buddyści znają dobrze historię zagłady buddyzmu w wielu krajach splugawionych islamską ideologią to robią dokładnie to co trzeba.Tyle,że zbyt jeszcze łagodnie w porównaniu do muzułmanów.

        Odpowiedz
  4. Daniel
    25 kwietnia 2016

    Jestem w Birmie od prawie dwóch tygodni. Jadę rowerem z Rangun do Indii, przez Bagan i Mandalay. Jest mi cholernie głupio bo nie miałem pojęcia o tym. Moje informacje zatrzymały się na książce Tiziano Terzani w Azji, czyli artykuły sprzed dwudziestu lat. Teraz rozumiem dlaczego policja jest tak analna w pilnowaniu aby obcokrajowiec nie spał w prywatnych domach czy monastyrach – historii z policją mam pełne sakwy.
    Czy od czasu publikacji tego artykułu coś się według Ciebie zmieniło na lepsze?
    Jak według Ciebie turysta może pomóc tym ludziom?

    Odpowiedz
  5. Daniel
    1 lipca 2016

    Wybory w 2015 wygrała partia opozycyjna Aung San Suu Kyi 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *