Indusa da się lubić! 14 dowodów

Ja wiem, że marudzenie zawsze w cenie, a najwięcej emocji wywołuje krytyka. Ja wiem, że łatwo pośmieszkować sobie, gdy dobieramy się do czyichś wad, wtedy też można spodziewać się dyskusji lub chociaż żywiołowej reakcji. To wszystko prawda. Jednak nie dajcie wmówić sobie, że czarne jest czarne! Bo w Indiach spotkamy zarówno czerń, jak i biel… Ale najwięcej zobaczymy tych kolorów, których Damian nawet nie potrafiłby nazwać 😉 Czas zatem na odczarowanie wizerunku Indusa, który, przez ostatnie posty Damiana (część 1, część 2), stał się Waszym najgorszym koszmarem, najczarniejszym bohaterem z baśni, zimnym szują. Nie dajmy się zwariować!

Najpierw polemika

Tak, Indusi mają swoje grzechy. I dużo prawdy w tym, o czym napisał mój konkubent. Żeby więc nie zaczynać od samych „ochów i achów”, spójrzmy najpierw na kilku typów spod ciemnej gwiazdy:

Indus Śmieciarz to człowiek, który denerwuje mnie najbardziej z całej tej gromady – nieliczni w Indiach rozumieją, czym grozi usypywanie gór syfu, tworzenie ścieków z rzek, wrzucanie do morza, co popadnie. Najważniejsze to mieć czysto we własnym domu, w samochodzie, w sklepie, we własnej przestrzeni. Tam, gdzie przestrzeń nie jest moja – tam jest śmietnik. Można zatem wyrzucić kubeczek po czaju do morza, można zamieść syf z kramiku pod nogi przechodniów (co z tego, że syf zostanie ułożony w ładną kupkę), można wlać urynę do pobliskiej rzeki. Odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje.

Zanieczyszczenie kraju to poważny, ale niezwykle skomplikowany problem. Poważny, bo zaczyna się w głowach. Skomplikowany, bo trudno zapanować nad myśleniem miliarda ludzi. Dopóki rząd indyjski nie zajmie się porządną edukacją ekologiczną już od pieluchy i nie zaplanuje działań lokalnych, a skupiać się będzie na działaniach doraźnych (na przykład akcjach sprzątania w miejscach turystycznych), niewiele się zmieni. Ale wiecie co? Wydaje mi się, że rewolucja nastąpi. Dlaczego? O tym już niedługo na blogu.

Indus Krętacz to typ, który łatwo wyprowadza białego człowieka z równowagi. Szczególnie, gdy cała gromada takich krętaczy rzuca się na Ciebie tuż po tym, gdy wysiadasz z autobusu w obcym mieście w środku nocy, proponując kosmiczne stawki za podwózkę do hotelu, który znajduje się 2 kilometry stąd. Bo przodują w tym sporcie, tak jak napisał Damian, rikszarze i taksówkarze. Sami Indusi, którzy korzystają z ich usług, dają się czasem nabierać na drobne kłamstewka i nieświadomie płacą zawyżone ceny. Uważam jednak, że to kwestia przyzwyczajenia i wprawy – z rikszarzem po prostu trzeba umieć się targować. I mieć dużo cierpliwości. Damian zapytał mnie kiedyś: Marta, czemu ty się tak na nich nie wkurwiasz jak ja, tylko grasz Matkę Teresę z Kalkuty? Ano dlatego Damianie, że wiem, że oni też mają dzieciaki do wykarmienia i kombinują, jak by tu przeżyć w dżungli dzikiego, indyjskiego miasta.

Powiem więcej – po Sri Lance, Bangkoku i Birmie nie sposób nie spojrzeć łaskawszym okiem na indyjskich rikszarzy. Na Sri Lance zostaliśmy tak bezczelnie oszukani, jak jeszcze nigdy w życiu (więcej we wpisie słoniowym). W Bangkoku taksówkarze bardzo lubią wybierać dłuższe trasy – a taksometr tyka, tyk tyk. A w Birmie? Cóż, tu po prostu często NIE MA CZYM dojechać w środku nocy z dworca na obrzeżach miasta do centrum – chyba że zgodzimy się zapłacić kilkadziesiąt złotych za dzieloną taksówkę lub wskoczyć z plecakiem na motor (też niezbyt tanio). Hej, indyjski rikszarzu, wróć!

Są jeszcze inne grzechy Indusów, o których Damian nie wspomina, a które drażnią mnie tak, że aż nóżka chodzi. To przede wszystkim ich pozbawiony współczucia stosunek do osób kalekich i chorych psychicznie (miałam okazję zobaczyć, jak wygląda praca z takimi osobami w jednym z ośrodków… otóż wcale nie wygląda, zostawia ich się samym sobie), niechęć do psów (co nie zmienia faktu, że bezdomniaki bywają dokarmiane, a nieco zamożniejsi Indusi coraz chętniej trzymają psy w domach jako zwierzęta domowe), bestialskie traktowanie słoni (a to już problem całej Azji). Swoje mają Indusi za uszami i nie uśmiecha mi się wcale tłumaczenie ich zachowania podłożem religijnym czy kulturowym.

Trzeba jednak przyznać, że to, co odrzuca Damiana, mnie często bawi, rozczula albo sprawia przyjemność. Nie potrafię spojrzeć krytycznie na Indusa Kucharza, bo indyjskie jedzenie zwykle mi smakowało; nie denerwuje mnie Indus Trąbiący, bo bez trąbienia wszyscy byśmy w Indiach marnie zginęli, Indus Disco natomiast potrafi doprowadzić mnie do łez… ze śmiechu.

No dobra, czas na zalety!

policjanci

Hampi, samo południe. Kilku wąsatych policjantów właśnie zjeżdża się na przerwę w pobliżu jednej ze starych świątyń. Zsiadają ze swoich motorów, kupują butelkę sody, 7upa lub sok z kokosa, gawędzą z młodą dziewczyną ze straganu. Upał się wzmaga, w końcu już po 12.00, żarcikom nie ma końca. Jeden z policjantów testuje aplikację na smartfonie kolegi – klawiaturę pianina. Wygrywa skoczną melodyjkę, próbuje skomponować własny utwór, jego rzępolenie słychać w całej okolicy. Śmieszki, relaks, zbawienny cień chroniący przed żarem lejącym się z nieba.

Pociąg do Kochi (Kerala). Obnośny sprzedawca prezentuje towar – ceratki 3-D. Daje każdemu swoje podkładki do potrzymania (może wtedy chętniej kupią?), także dwóm wyraźnie zaaferowanym zakonnicom. Na ceratkach jednak hinduistyczne obrazki – Kriszna, bóg Śiwa, Ganesia, ewentualnie żyrafy. Sprzedawca reflektuje się i zza pazuchy wyciąga zestaw podkładek chrześcijańskich. Zakonnice rozpromieniają się – uff, już lepiej, baranki, uśmiechnięte dzieci przy Jezusie, rybki, Jezus na krzyżu. Może coś kupią.

Chennai, późne popołudnie. Dwie muzułmanki w towarzystwie brata wchodzą w pełnym rynsztunku do Oceanu Indyjskiego. Hijab w ogóle im nie przeszkadza – chlapią się i dokazują w najlepsze. Idą nawet na nieco głębszą wodę, pozwalają, by fale oblewały je aż po szyję, czasem wywracają się, nałykają wody, ale śmiechu mają co niemiara. Zachowują się jak dzieci, które właśnie ktoś wpuścił do sklepu z żelkami Haribo.

To tylko trzy z miliona obrazów, które widzieliśmy w Indiach. A z każdym takim obrazem myślę sobie: na Brahmę, jak można do tych obcych przecież ludzi nie poczuć choćby grama sympatii?

Wiem, wiem, sielskie obrazki to nie wszystko. Przedstawiam Wam zatem konkrety, czyli:

14 typów Indusów, których da się lubić

 

 1. Indus Pomysłowy Dobromir

Mieszkańcy Indii lekko nie mają. Wycieńczający klimat w wielu partiach kraju, bieda, brak kanalizacji, przerwy w dostawie prądu, przeludnienie… Trzeba sobie jednak radzić, korzystać z dostępnych narzędzi, by ułatwić codzienną egzystencję, żyć godnie! Kreatywność w ciężkich warunkach jest na wagę złota, dlatego też głowa Indusa kipi pomysłami. Uwierzcie mi, MacGyver Arjunowi z Maharasztry to mógłby co najwyżej sandały czyścić!

Śrubokręt z patyka? Proszę bardzo. Buty do chodzenia po wodzie? Jak najbardziej. Pralka napędzana rowerem, bo w wiosce prądu nie ma, a prać w rękach już się nie chce? Nic prostszego. Sari przeszkadza w pracy? Nic to, przecież może je zawiązać na setkę różnych sposobów. Sklepowe drzwi się zepsuły? Taśmą klejącą je!

A co ma zrobić taksówkarz, który marzy o posiadaniu ogrodu, ale tam, gdzie mu przyszło żyć, warunków brak? Proste – założyć ogród na dachu taksówki!

Choć wiele z tych rozwiązań ma charakter tymczasowy (patrz: Indus Myślący Krótkoterminowo), to i tak chylę czoła! Proste rozwiązania są najlepsze.

2. Indus Pomaluj Mój Świat

Jeszcze nigdy nie widziałam tak barwnego kraju jak Indie i nigdzie te barwy nie były tak intensywne. Indus bez kolorów żyć nie potrafi – świątynie muszą bić po oczach pomarańczami, błękitami, czerwieniami (a w środku tony kolorowych, pachnących kwiatów!), szare ściany budynków są nudne (walnijmy tu nieco różu, a może jakiegoś Ganesię albo swastykę przy wejściu?), nawet święte ghaty w Waranasi można przyozdobić graffiti.

kolory

Gdy wejdziesz w gromadę kobiet ubranych w sari, możesz dostać oczopląsu, na miejskim targu zobaczysz wszystkie kolory tęczy, billboardy reklamowe biją po oczach intensywnością (kiczem również), w pociągu cudowny mix kulturowy nadaje kolorów burym przedziałom, a najwspanialszą kolorową sprawą w Indiach są… ciężarówki. Wymalowane w papugi, słonie, kwiaty, zachody słońca, ozdobione fantazyjnymi szlaczkami… I nawet napis, która każda szanująca się ciężarówka mieć powinna – please sound horn (proszę trąbić) – bywa świadectwem wyobraźni artysty.

ciezarowka

ciezarowka2

Kolory są ważne, kolory nie tylko ubarwiają świat, ale też OZNACZAJĄ. Kolor męskiego turbanu odsyła do kasty, z jakiej pochodzi oturbaniony. Szybkie spojrzenie i wiesz – o, ten o jest gość! Kolor sari można dopasować do uroczystości (czerwony to kolor ślubny) lub stanu ducha/cywilnego (biały to kolor żałoby i wdowieństwa). A kolorowe proszki, którymi obrzucają się wszyscy podczas święta Holi, zdają się mówić: radujmy się, nadchodzi nowe!

Ram w turbanie
Ram w turbanie

Indusi zdecydowanie nie mają kompleksów kolorystycznych, a kobiety raczej nie zastanawiają się: hmmm, czy niebieski kameez będzie pasował do czerwonej torebki? (no chyba że są konserwatywnymi muzułmankami, wtedy sprawa nieco się upraszcza – czarny zawsze w modzie). Po prostu ubierają to, co kolorowe, dorzucą trochę cekinów, masę biżuterii i gra gitara, można iść na miasto! Indie to jedyny kraj, w którym odważyłabym się ubrać w różowo-pomarańczowo-błękitne wdzianko z posrebrzanym haftem, cekinami i kotkiem Hello Kitty, mając świadomość, że wszystko do siebie idealnie pasuje.

3. Indus Kinoman

Nieskrępowana indyjska miłość do kina zawsze budziła we mnie podziw. W swoim życiu spotkałam tylko jednego Indusa, który nie przepada za rozrywkowymi filmami z Indii, ale trzeba przyznać, że kultowe piosenki bollywoodzkie i tak potrafił zanucić! Kino w Indiach to fenomen na skalę światową, a odbiór tegoż kina bywa niezwykły. Chociaż tworzyć bym mogła o tym eseje dłuższe niż Trylogia Sienkiewicza i „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk razem wzięte (w końcu magisterka o masala movies sama się nie napisała), to oszczędzę Wam cierpień i wspomnę tylko dwa nazwiska: Amitabh Bachchan i MGR.

Gdy Bachchan, dziś ikona bollywoodzkiego kina, uległ w 1982 roku wypadkowi na planie filmu „Coolie” i w szpitalu walczył o życie, o jego wyzdrowienie modliły się całe Indie. Pod szpitalem gromadziły się tłumy, kobiety odprawiały puję, mężczyźni obgryzali paznokcie do krwi. Nie jestem pewna, czy większe poruszenie wywołałaby wówczas śmierć Królowej Elżbiety w Wielkiej Brytanii czy Bachchana w Indiach. Całe szczęście – Big B stanął na nogi i, choć siwizna mocno przyprószyła już jego skroń, gra w bollywoodzkich produkcjach do dziś, w międzyczasie uśmiechając się na reklamach cementu.

Gdy M.G. Ramachandrana, ikonę kina tamilskiego oraz sekretarza generalnego stanu Tamil Nadu, śmierć zabrała z tego świata, południe Indii oszalało. Wybuchły zamieszki, najwięksi fani zaczęli popełniać samobójstwa, jakby się „Cierpień Młodego Wertera” naczytali. Dziś w Chennai MGR’a upamiętnia niezwykły park – a w parku popiersie oraz grób, z którym każdy szanujący się Indus powinien zrobić sobie zdjęcie.

DSCF9876

Jak zareagujecie, gdy umrze Jerzy Stuhr? Co zrobicie, gdy Brad Pitt kopnie w kalendarz? Chociaż fakt, te przykłady z zachodniego podwórka nie są zbyt trafione (najbardziej pasowałby tu chyba James Dean, którego śmierć wywołała w Hollywood poruszenie, a sam Dean stał się ikoną popkultury). Indyjskie supergwiazdy filmowe to przecież zupełnie inna kategoria, inna skala, inny rodzaj uwielbienia. Gdy indyjska supergwiazda ma wypadek, pół Azji wstrzymuje oddech. Gdy indyjska supergwiazda pojawia się na bollywoodzkim czy tollywoodzkim ekranie, widzowie nie mogą powstrzymać się od żywiołowych reakcji – okrzyków, klaskania, gwizdów.

kinoman

W ogóle żywiołowe reakcje w kinie to temat-rzeka. Miałam okazję być na kilku seansach – na jednym z nich, w kinie Regal Cinema w Mumbaju, złapałam się na tym, że wraz z innymi widzami dopinguję rytmicznym klaskaniem i gwizdami głównych bohaterów filmu biorących udział w wyścigu. Wyścig był na ekranie. Przed ekranem byliśmy my. Na chwilę świat filmu i prawdziwe życie stopiły się w jedno. To magia oderwania się od codzienności toczącej się na ulicy, za drzwiami Regal Cinema – to magia kina, a Indusi, jak nikt inny, tę magię pielęgnują.

Bywa jeszcze ostrzej. W Siliguri poszłam do kina na „Piku”, najnowszy hit z Bachchanem i Padukone. Kino usytuowane było w dużym centrum handlowym. Jakoś w połowie filmu zaskoczyła nas… trzęsąca się ziemia – echo kolejnych wstrząsów w Nepalu. O nie, ratuj się kto może, trzeba wybiec z budynku! Prawidłowa reakcja, prawda? Cóż, tak zareagowała może… 1/5 sali? W dodatku po 5 minutach panikarze wrócili na seans. Inni twardo obserwowali rozwój akcji na ekranie, a dziewczyna siedząca obok mnie powstrzymała swoją koleżanką chcącą wybiec z kina tymi słowami: „nie wygłupiaj się, siadaj, przegapisz film”. Koleżanka posłusznie usiadła – toż Irrfan Khan właśnie rozmawiał z Deepiką, przegapić nie sposób!

Na planie filmu "Fitoor"
Na planie filmu „Fitoor”

Rozrywkowe kino to w Indiach uniwersalny kulturowy kod. Znasz dialogi, potrafisz zanucić piosenki – jesteś swój! Do końca życia zapamiętam żywiołową reakcję, jaką wywołałam u syna Rama w Kekri, gdy zaczęłam sypać cytatami z kultowego filmu „Sholay”. – Wow, naprawdę to znasz? Ale czad! Może obejrzymy sobie razem „Sholay”, skoczę po płytę do kumpla! – kilka słów w hindi i już byłam „ich”. A gdy mimochodem wspomniałam o przygodzie na planie bollywoodzkiego filmu… O człowieku!

Pisarz Suketu Mehta tak pytał i odpowiadał sam sobie: „Kim jest obywatel Azji Południowej? Człowiekiem, który ogląda filmy hindi. Kimś, kogo na dźwięki Mere Sapnon ki Rani albo Kuch Kuch hota Hai ogarnia radość. Oto nasz język narodowy, oto nasz hymn”. Tak mi się wydaje, że to chyba tylko dzięki kinu Indusi postrzegają siebie jeszcze jako jeden naród.

4. Indus Patriota (Lokalny)

Przed przyjazdem do Indii byłam przekonana, że Indusi to patrioci. Że nie wstydzą się tego, skąd pochodzą, szanują narodowe symbole, a wstają nawet wtedy, gdy zobaczą indyjską flagę na kinowym ekranie. Że są gotowi walczyć o kraj, jeśli będzie trzeba. Wszystko to prawda, jednak z małą poprawką. Indus jest dumny nie tylko dlatego, że jest Indusem, a głównie dlatego, że jest… z Radżastanu, Pendżabu albo Bengalu.

patriotyzm

Patriotyzm lokalny kwitnie, ale nie ma się co dziwić – ciężko jednym małym indyjskim sercem kochać tak wielki, tak bardzo zróżnicowany kraj! Kocha się miejsce, z którego się pochodzi, język, którym się rozmawia, potrawy, które gotowała w domu mama, stroje, które zakładała siostra, święta, które obchodziło się w wiosce, muzykę, której słuchał ojciec, boga, do którego modliła się rodzina…

Tymczasem w Indiach jest 29 stanów i 7 terytoriów, 415 języków, z czego 2 to urzędowe, 22 to dodatkowe, każdy stan znany jest z lokalnych specjałów i muzyki, ba, nawet ludzie ubierają się i wyglądają inaczej – ot choćby Tamilowie mają ciemniejszą skórę, a mieszkańcy Himalajów słyną z nepalskiej urody. O liczbie hinduskich bogów już nie wspominając (a przecież są w tym całym rozgardiaszu jeszcze muzułmanie, sikhhowie, chrześcijanie)!

Przy okazji patriotyzmu lokalnego kwitną też stereotypy. Typ z Pendżabu jest porywczy i lubi tańczyć, ten z Assamu pracuje na plantacjach herbaty, gość z Arunachal Pradeś na śniadanie, lunch i kolację wchłania momosy, a Tamilczyk już biegnie z maczetą, aby ci wpierd**ić. Jest w tych stereotypach coś rozczulającego i swojskiego, a nade wszystko – mocno wpływającego na identyfikację z danym stanem. O ile, oczywiście, potrafi się śmiać z siebie samego.

patrityzm

Bo każdy stan Indii to de facto taki mały (albo i większy – na przykład wielkości Polski) kraj. Parka Indusów, zapytana przez nas, skąd pochodzi, odpowiada dumnie: „Jesteśmy z UP (Uttar Pradeś). Teraz jedziemy na wakacje za granicę – do Kerali”. Cześć, jestem Marta, pochodzę z Dolnego Śląska i za małolata często jeździłam na wakacje za granicę, do Ośna.

Można i tak.

5. Indus Naginacz Praw Fizyki

Przewieźć czterodrzwiową szafę na rowerze? 6-osobową rodzinę na skuterze? Przenieść 100 kilogramów cementu na głowie, górskimi drogami? Zmieścić 18 osób tam, gdzie możne wejść, tak na oko, maksymalnie 6? A może przewieźć stado krów poza centrum? Nic prostszego! W Europie załatwiłbyś ciężarówkę, skombinował drugie auto albo busa. W Indiach wszystko da się ogarnąć siłą rąk, głowy i skutera.

DSCF1801

I nie chodzi o to wcale, że Indus jest takim azjatyckim He-Manem albo Czarodziejką z Księżyca. Trochę sprytu, uruchomienie Pomysłowego Dobromira, podwiązać tu i tam, docisnąć (jak się popieści, to się zmieści), zapomnieć na chwilę o sile grawitacji – i volià!

Niekoniecznie jest to bezpieczne, ale działa.

6. Indus Targujący Się

Targowanie się to trzeci sport narodowy Indii, tuż obok krykieta i chodzenia do kina. Wierzcie lub nie, ale każdy porządny Indus obraziłby się, gdyby kupujący w jego sklepie nie podjął choćby prób negocjacji!

Niektórych może denerwować, że nigdy nie usłyszą jednej, stałej ceny. Że te same spodnie raz mogą kosztować 600 a raz 200 rupii. Że przy zakupach trzeba się trochę namęczyć, nakombinować, przekalkulować. A mi właśnie się to podoba – bo płacę tyle, ile uważam za słuszne! Gdy cena mi nie pasuje, mogę obrócić się na pięcie, odejść i poszukać kogoś, kto sprzeda mi taniej. Przecież to wspaniałe! Przy okazji mały trik – na przykładzie.

Marta (oglądając bransoletkę): Ile to kosztuje?

Indus: 500 rupii. Bardzo dobra bransoletka to jest.

M (podaje połowę ceny): Dam 200.

I: Nie, Madame, to niemożliwe. 400 rupii. Spójrz, Madame, to naprawdę dobra bransoletka, najlepsza.

M (udając, że odchodzi): Za dużo, dziękuję, pan w innym sklepie miał taniej, do widzenia!

Indus: …

M (liczy w myślach do dziesięciu, odchodząc niespiesznie)

I: Okey Madame, 250 rupii!

M: Bierę!

Negocjacje, jak widzicie, przypominają trochę zabawę w kotka i myszkę, taką grę przedziwną, ale, gdy wejdą w krew, potrafią dostarczyć sporo frajdy – do tego stopnia, że zaczniecie targować się nawet o cenę kibla na dworcu i to wtedy, gdy bardzo będzie się Wam chciało siku.

Foszek z uśmiechem
Foszek z uśmiechem

 

Pozorny brak zainteresowania
Pozorny brak zainteresowania. I tak to kupią.

Aha, targowanie powinno przeprowadzać się bez zbytniej spiny, z uśmiechem na twarzy, bez agresji i fochów (foch udawany – dozwolony)!

7. Indus Wirtuoz Kierownicy

Gdyby wypuścić Polaka prowadzącego samochód na miejskie indyjskie skrzyżowanie, po kilku minutach odmówiłby dalszej współpracy. Jeśli byłby to Niemiec – nie sądzę, by przeżył dłużej niż 30 sekund. W Indiach nie obowiązuje prawo ruchu drogowego – w Indiach obowiązuje prawo dżungli. Jedyną zasadą jest ruch lewostronny, reszta to samowolka, szaleństwo, szkoła życia. Z tą lewostronnością to w sumie też różnie bywa. Może dlatego właśnie Indusi to najlepsi kierowcy, jakich spotkałam w życiu?

DSCF4191

Bo tak, trzeba mieć niezwykłego skilla, by prowadzić bezwypadkowo auto w Delhi czy Maduraju. Trzeba być obdarzonym sprytem węża, by prześlizgiwać się między innymi pojazdami, refleksem tygrysa, by reagować, gdy krowa nagle wyjeżdża Ci na czołówkę, charyzmą niedźwiedzia, by przebić się przez mur aut. I jeszcze dobrze, gdyby Twój klakson był głośny jak wkurwiony słoń podczas okresu godowego.

Mimo tego drogowego wariactwa, nie widziałam w Indiach ANI JEDNEGO wypadku. A gdyby spojrzeć na procenty, to w indyjskich wypadkach drogowych ginie co roku taki sam odsetek osób, jak w Polsce. Sami oceńcie, czy bardziej balibyście się wsiąść do superszybkiego auta kumpla pędzącego jak wariat po A4 czy do indyjskiego, pamiętającego jeszcze czasy kolonialne autobusu pędzącego buńczucznie po krętych drogach Ghatów Zachodnich.

8. Indus Akceptujący

Indusi rzadko skarżą się na swój los. Nikt tu na pytanie „co słychać?”, nie odpowie: „a wiesz Radżu, beznadzieja, dziecko przeziębione, kredyt do spłacenia i w dodatku trzeci dzień pada deszcz, jak to w porze deszczowej, i mi portki wyschnąć nie chcą, a przecież mam tylko jedną parę na zmianę”. Duża część hołduje zasadzie “do what you can with what you have where you are”. Jesteś rolnikiem? Super, uprawiaj ziemię jak najlepiej potrafisz. Prowadzisz uliczną garkuchnię? Świetnie, nie musisz być przecież prezydentem. Rodzisz właśnie trzecie dziecko, a przecież marzyłaś o karierze naukowca? Teraz jesteś matką, bądź najlepszą matką na świecie!

DSCF5162

Nie wiem, czy wszyscy Indusi Akceptujący czytali „Bhagawadgitę”, ale o tym właśnie ta najważniejsza dla hindusów księga mówi: wyzwolenie można osiągnąć w bardzo prosty sposób – będąc tym, kim się jest. Nie trzeba praktykować całe życie ascezy, mieszkać na pustyni, latać na golasa i żywić się kamieniami; można po prostu wypełniać swoją rolę społeczną najlepiej, jak się potrafi, bez przywiązania do niej i do owoców swoich działań.

DSCF1416

Ale ale! Akceptacja to nie zawsze dobra postawa – szczególnie, gdy jest usprawiedliwieniem lenistwa i przeświadczenia, że nie można zrobić nic, by zmienić swój marny los. Całe szczęście wciąż słychać o Indusach walczących o lepsze życie swoje i innych – ot choćby głośna historia dziewczyny, która uciekła z domu męża, bo rodzina nie chciała wybudować dla niej toalety w domu, a ona sama czuła się upokorzona koniecznością załatwiania potrzeb na dworze. Toaletę w końcu wybudowano, dziewczyna do męża wróciła, a teraz propaguje higieniczny tryb życia, wywołując przy okazji bardzo ważną dla Indii dyskusję.

9. Indus Otwarty

Damian napisał o niegościnności Indusów. Ja mam zgoła inne odczucia – może nie jest to tak (chorobliwa wręcz!) gościnność i otwartość, jaka nas spotkała w Birmie, ale jednak!

DSCF4820

Wystarczy lekko zejść z utartych szlaków (lub po prostu napisać do kogoś na Couchsurfingu), by spotkać zwyczajnych, niezmęczonych jeszcze „białymi twarzami” ludzi – jak goszczący nas w Kekri Ram czy pomocny Anurag w New Delhi. Czasem zagadać samemu, zainteresować się grą, w którą grają mężczyźni na plaży – możesz być pewien, że wytłumaczą ci jej reguły, mimo że nie znają ani słowa po angielsku. A czasem po prostu wyjść gdzieś bez Damiana i pogawędzić trochę ze spotkanymi osobami 🙂

otwartosc

Za każdym razem, gdy wychodziłam „na miasto” sama, spotykało mnie coś miłego. W Hampi poznałam świetną parkę z Mumbaju (razem uciekaliśmy przed wkurzonymi małpami-złodziejkami :)), a uśmiechów kilkunastu miejscowych dziewczyn schodzących z góry i ich chęci zamienienia ze mną kilku słów (a nie było to zbieranie białych pokemonów na facebooka) nie zapomnę nigdy. W Kalkucie spotkałam niezwykłego organistę Johnny’ego, z którym wciąż mam mailowy kontakt. W Mumbaju chciałam kupić kwiaty, by złożyć je podczas pudży bogini Lakszmi, niestety nie miałam przy sobie pieniędzy – pomogła mi bezinteresownie młoda kobieta, która przy okazji opowiedziała historię świątyni. Na Goa rozmawiałam ze sprzedawcą przypraw, poznając jego marzenia, ambicje, tęsknoty – ta rozmowa dała mi wiele do myślenia. W Kochi przydybały mnie chrześcijańskie zakonnice, dopytując o Polskę. W Waranasi spotkałam przesympatycznego, gadatliwego i bardzo szczerego przewoźnika, dzięki któremu wschodu słońca nad ghatami przenigdy nie zapomnę. Tak się zagadaliśmy, że zamiast pół godziny spędziłam na łódce półtora, z czego kilkadziesiąt minut to ja wiosłowałam – na własne życzenie (może dlatego zapłaciłam tylko połowę ustalonej stawki).

otwartosc

Nie wiem, czy te pozytywne przygody wynikały z tego, że widok samotnie podróżującej kobiety wywołuje u miejscowych poczucie obowiązku, by się taką nieboraczką zaopiekować, dać jeść albo chociaż zagadać, czy raczej z tego, nie miałam przy sobie marudy rzucającego wokół nienawistne spojrzenia peszące wszystkich w promieniu 20 metrów? 🙂

Indusi są bardzo otwarci, chętnie opowiadają o sobie, swoim kraju, pytają o „to państwo między Niemcami i Rosją”. Jedyne, co trzeba zrobić, to pozbyć się uprzedzeń, złego nastawienia, poczucia wyższości i samemu zacząć słuchać.

10. Indus, co Jedzeniem Się Dzieli

Świątynia w Hampi. Trzy dziewczyny zagadują mnie – wjeżdżają standardowe pytania o to, skąd jestem, jak się nazywam. I jeszcze jedno standardowe pytanie: jadłaś już lunch?

– Tak, dzięki, że pytacie, jestem najedzona – kłamię.

– Aha, ale to nie szkodzi, proszę.

I dostaję w swe ręce me ulubione, indyjskie słodkości. Bez gadania.

DSCF0056

Pociąg do Waranasi. Zerkamy lekko łakomym wzrokiem na orzeszki i ciasto, które wcinają młodzieńcy na kuszetce obok. Ci podchwytują nasz wzrok:

– Macie ochotę? Bierzcie!

I dostajemy całą, ogromną garść słodyczy. Szybko odkrywamy, że są, mówiąc eufemistycznie, średnio smaczne. Przez przypadek zerkam raz jeszcze w stronę chłopców i uśmiecham się do nich – na co oni wciskają nam kolejną tonę słodyczy. Co my zrobimy z tym niejadalnym gównem?

– Marta, przestań się do nich uśmiechać, bo nie mam już miejsca w kieszeniach, a okno się nie otwiera!

Cóż, musieliśmy zjeść, odmowa równałaby się z poważnym faux-pas! Ale przeżyliśmy (i nie było potem żurawiego orgiami!).

11. Indus Bez Spiny

Tam, gdzie są zasady, jest Indus-służbista, który ci nie przepuści, no nie ma bata. Tam, gdzie zasad nie ma… Cóż, niech się dzieje wola nieba! Kierowca autobusu ma ochotę uciąć sobie pogawędkę z innym, nadjeżdżającym z przeciwka? Toż wystarczy zatrzymać pojazdy na środku ulicy! Nie ma już biletów kolejowych z puli turystycznej? E tam, na pewno jest jakaś metoda, by je zdobyć – na każdym dworcu w inny sposób! Masz ochotę posłuchać sobie muzyki w miejscu publicznym? Nic prostszego – włączasz ją na full, innych to nie wzruszy (a czasem sami potupią nogą). Marzysz o tym, by klaskać, krzyczeć, śpiewać podczas seansu w kinie? Człowieku – powinieneś był urodzić się w Indiach!

Nieprzewidziane akcje to domena Indii, ale zarazem Indusi sami do siebie mają ogromne pokłady cierpliwości – jeszcze większe niż ja do głodnego, zmęczonego Damiana. Ani razu nie widziałam bijatyki ani poważnej kłótni (no może raz żona jechała po mężu jak po łysej kobyle, bo zbyt tanio sprzedał przekąski, a potem poszedł grać w karty – biedaczek tylko skulił ogon i słuchał bez piśnięcia; zdarzają się też kłócące baby, jak to wszędzie na świecie), ani razu nie widziałam wściekającego się na ruch uliczny kierowcy, ani razu nikt nikogo nie zrugał za wciskanie się do kolejki (bo czasem wystarczy po prostu upomnieć, a jak nie zadziała, delikatnie przesunąć delikwenta), ani razu nikt nie zdenerwował się za głośne słuchanie muzyki.

bez_spiny

Za Indusem Bez Spiny idzie też Indus Akceptujący. Najwyraźniej objawia się to przede wszystkim w jednej sytuacji: spóźnienia pociągu/autobusu. Pociąg spóźnia się 3 godziny? Nie szkodzi, poczekam. Przyjedzie dopiero nad ranem? No trudno, przecież mam przy sobie koc, zawsze mam koc, wystarczy rozłożyć na podłodze, kimnę się słodko na dworcu, przynajmniej się trochę wyśpię. Na dworcach ma się wrażenie, że czwartym sportem narodowym Indusa jest oczekiwanie – ale oczekiwanie bez zniecierpliwienia. Będzie, co ma być, przyjedzie to przyjedzie, nie przyjedzie to nie przyjedzie, na ch*j drążyć!

12. Indus Obnośny Sprzedawca

Najlepszy wynalazek od czasów koła i pomidorowej z ryżem. Znaleźć go można głównie w pociągach i na dworcach autobusowych. Nie musisz wychodzić na zewnątrz – Indus Obnośny Sprzedawca sam Cię namierzy!

Sprzedaje rzeczy praktyczne, niepraktyczne, zwyczajne i przedziwne. Mango z chilli, lody waniliowe, słuchawki do uszu, portfele, gazety, kolorowanki, ceraty, torty urodzinowe, dywany, różowe latarki, wełniane czapki, plastikowe samochodziki…

DSCF3267

I, oczywiście, czaj. Bo najbardziej kocham sprzedawców czaju. Wyobraźcie sobie taką sytuację: podziwiacie zachód słońca w Haji Ali Dargah w Mumbaju. W waszej głowie rodzi się myśl: o ja pierniczę, ale bym się napił czaju! No ale przecież jestem w meczecie, a nie w jakimś pociągu czy na ulicy. I w tym momencie spod ziemi wyrasta nikt inny, jak właśnie on – czaj-master! Zanim wyrazisz swoje pragnienia, on już nalewa Ci napój bogów do kubeczka, za co bierze równowartość 50 groszy, po czym odchodzi ze swoim zardzewiałym czajniczkiem w stronę zachodzącego słońca. Raj panie, raj!

13. Indus Rodzinny

Rodzina to świętość, rodzina to siła! Przywiązanie Indusa do rodziny widać szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wioskach. Polak czułby się z lekka zażenowany, gdy kazano by mu zabrać na wakacje rodziców, dziadków, cztery ciotki, dwóch wujków, brata, zgraję dzieciaków i psa. W Indiach to normalka – wynajmujesz busa, pakujesz rodzinkę i z uśmiechem na ustach jedziesz za granicę. Czyli do Himaćal Pradeś.

rodzina

Normalką jest też, że spędzasz z rodziną małe i większe święta, świetnie bawisz się z nimi na weselach, śpisz przytulony do mamy nawet, jeśli masz już 12 lat, a najbardziej na świecie kochasz swojego brata (tak, możesz trzymać się z nim publicznie za rękę).

Już sam język mówi o tym, jak ważna jest w Indiach rodzina. W hindi katalog nazw oznaczających stopnie pokrewieństwa i powinowactwa jest długi jak lista zakupów przed Wielkanocą. W języku polskim już dawno pozbyliśmy się takich określeń jak świekier (ojciec męża) czy dziewierz (brat męża); nawet stryja i wujenki już się nie używa. W hindi – przeciwnie; jedno słowo bardzo precyzyjnie potrafi określić zależności rodzinne.

Taką mam teorię, że Indus pozbawiony rodziny, albo chociaż życia w kulturze uczestnictwa, we wspólnocie, która rodzinę mogłaby udawać, uschnąłby ze smutku jak stokrotka w baśniach Andersena albo jak Polak bez wódki. Chociaż na takim wspólnotowym życiu zdarzają się skazy (przypadki braku szacunku do osób starszych czy gnojenia synowej – to chyba najbardziej znane problemy tego typu w Indiach), to trzeba przyznać, że Indusi mogliby udzielać nam korepetycji z obsługi rodziny. Wszak to, co najcenniejsze, mamy zawsze tuż obok.

14. Indus w Krainie Różnorodności

Pewnie zdążyliście się już zorientować, że Indie to niesamowity tygiel kulturowy, religijny, etniczny. Wśród tego miliarda ludzi żyje tyle wyjątkowych, tak różnych od siebie osób, że mózg człowieka nie jest w stanie tego ogarnąć – tak samo, jak ciężko zrozumieć mu nieskończoność Wszechświata albo wszystkie odcinki „Mody na sukces”. Indyjska różnorodność to najpiękniejsze, co przyszło mi do tej pory zobaczyć w podróży.

Image00052

Image00043

I nie chodzi mi tylko o to, że co stan, to obyczaj, że obok siebie żyją muzułmanie i hindusi (czasem się sprzeczają), że na południu zjesz masala dosę, a na północy thali, że wypasione wille wyrastają tuż przy slumsach.

Bo tak. Idziesz ulicą, Twoje zmysły atakują setki bodźców. W powietrzu unoszą się słodko-gorzkie zapachy, dzieciaki grają w krykieta, riksza trąbi jak oszalała, kobieta w błękitnym sari i z bindi na czole przemyka z zakupionymi przed chwilą na targu owocami, słońce zachodzi, sprzedawca krzyczy „Sabzi, sabzi! Samosa! Sabzi!”, chłopak wywraca się na rowerze, z meczetu rozlega się wieczorna modlitwa, dwie zakonnice przy restauracji żywo dyskutują, golibroda (a to niespodzianka) goli komuś brodę w swym ciasnym zakładzie, pies się łasi, tato przytula córeczkę ubraną w różową, tiulową sukienkę…. To wszystko dzieje się w jednej sekundzie. To wszystko pożerasz wzrokiem i dziwisz się – jak to możliwe, że ten kraj wciąż istnieje? No jak?

38

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

komentarz

  1. krzysiek
    24 czerwca 2015

    Dwa komentarze:
    – ja tam w Indiach sporo wypadków widziałem (w jednym nawet uczestniczyłem)
    – a rodzina to świętość, to zresztą sprawiło mi nie lada problem moimi chłopakami kiedy próbowali określić kim ja dla nich jestem, po tym jak przestałem być „wolontariuszem” i „obcokrajowcem”, a stałem się „chrostopherem”. Ostatecznie robię za brata (najwyższe, co można osiągnąć jako człowiek z poza rodziny, który się w nią nie wrzenia) lub „ojca” (dla młodszych chłopców) i ilość obowiązków z tym związana jest przytłaczająca.

    A i sytuacja niepełnosprawnych… czasami jak widzę, co się dzieje to mam ochotę mordować…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *