Kciukiem po Cejlonie. Jak działa autostop na Sri Lance?

Dawno, dawno temu, za siedmioma blogami, w dalekiej krainie internetów wyczytałam, że autostop na Sri Lance praktycznie nie istnieje. Że kierowcy nie rozumieją idei, że biorą od autostopowiczów pieniądze, że transport publiczny jest bardzo tani, dlatego też podróżowanie z wyciągniętym kciukiem nie ma za bardzo sensu. Czy tak jest naprawdę? Cóż, czas obalić mity (o ile ktoś jeszcze w nie wierzy)!

Autostopem po Sri Lance podróżowaliśmy w kwietniu 2015. Nie była to nasza jedyna metoda przemieszczania się – dłuższe dystanse pokonywaliśmy raczej koleją (np. z Anuradhapury do Jaffny) lub autobusem (przede wszystkim w rejonach górzystych). Transport faktycznie jest niedrogi, my jednak nie mogliśmy powstrzymać się przed przetestowaniem autostopu na krótszych dystansach – zawsze wtedy, kiedy naszła nas ochota, gdy padał deszcz, gdy nie chciało nam się czekać na autobus 😉 Raz jechaliśmy też z Ambalangody do Colombo (a właściwie na lotnisko) – odcinek o długości 132 km, co można uznać w sumie za dłuższy dystans, jeśli weźmie się pod uwagę wielkość wyspy (65 610 km2) i czynniki spowalniające podróż… Ale to tym później.

Oto nasze spostrzeżenia.

Ludzie

  • Kierowcy są nastawieni bardzo, ale to bardzo przyjaźnie! Otwartość to chyba cecha narodowa Lankijczyków. Przodują w tym rodzinki podróżujące busami (rodziny na Sri Lance są tak liczne, że wynajem lub posiadanie własnego busa to jedyna metoda wspólnego przemieszczania się). Nawet jeśli nie znają angielskiego zbyt dobrze – chętnie pogadają, a dzieciaki będą chciały dodać cię do znajomych na Facebooku 🙂 Bus wydaje się przepełniony? E tam, dla autostopowicza i tak znajdzie się miejsce. Najmilej zapamiętaliśmy muzułmańską rodzinę, która nakarmiła nas świeżymi jogurtami i próbowała dowiedzieć się jak najwięcej o Polsce i o nas samych. Dobrze Wam radzę – nie bójcie się łapać przepełnionych na pierwszy rzut oka busików! Najwięcej jest ich oczywiście podczas weekendów i lankijskich wakacji, kiedy to dzieciaki mają wolne.
  • Nie jest prawdą, że Lankijczycy w ogóle nie znają idei autostopu. Duża część z nich wiedziała, o co nam chodzi, co więcej – zdarzało się, że w ogóle nie musieliśmy łapać, aby złapać! Kilka razy kierowcy sami się zatrzymywali i pytali, czy nie potrzebujemy podwózki lub pomocy. Wystarczyło wyglądać na zdezorientowanych, zmęczonych i mieć plecak na plecach 😉 Raz trafiliśmy też na osobówkę, która bardzo nas chciała zawieźć do Colombo – cóż, akurat mieliśmy inne plany.
  • Żaden z kierowców nie żądał od nas zapłaty, jednak na wszelki wypadek zawsze wyjaśnialiśmy, że nie mamy pieniędzy. Hitem była zatrzymana przez przypadek taksówka (nie zauważyliśmy napisu na aucie) – kierowca najpierw zażyczył sobie 3 tysiące rupii lankijskich (80 zł), a po naszych wyjaśnieniach, że łapiemy stopa – machnął ręką i zabrał nas ponad 100 km za darmo, prosto na lotnisko.
  • Kierowcy bywają na drodze szaleńcami (niebezpieczne wyprzedzanie, nagłe hamowanie, przeciskanie się między autobusami), ale jeśli ktoś przyzwyczajony jest do azjatyckich standardów, nie będzie raczej specjalnie zaskoczony. W porównaniu z ruchem indyjskim – Sri Lanka to bajka. No i mniej trąbienia niż w Indiach (aczkolwiek w górach kierowcy trąbią nieziemsko, co akurat jest bardzo przydatne, gdy jedzie się po dzikich zakrętach i w gęstej mgle!).
Na Równinach Hortona - w rodzinnym busie
Na Równinach Hortona – w rodzinnym jeepie
Jaffna. Droga do wyspy Pungudutivu
Jaffna. Droga do wyspy Pungudutivu

Droga

  • Stan dróg bywa na Sri Lance tragiczny – szczególnie daje się to odczuć w rejonach górzystych kraju (a w połączeniu z ledwo jeżdżącymi po ostrych serpentynach, rozpadającymi się autobusami – potrafi być to mieszanka wybuchowa!). W miastach bywa lepiej, a na zachodnim wybrzeżu wybudowano niedawno autostradę (płatną) prowadzącą z Colombo do Galle. W okolicach Jaffny również buduje się nowe drogi (te akurat mieliśmy okazję przetestować wynajętym skuterem – momentami było naprawdę gładziutko i przyjemnie). Obstawiam, że za kilka lat będzie już naprawdę dobrze! Ale póki co…
  • Głównym problemem dróg Sri Lanki są korki. Najgorzej jest przy wjeździe do miast i w samych miastach, ale zatory potrafią się pojawić ni z tego ni z owego nawet na autostradzie. Gdy nadchodzi weekend, początek wakacji, jakiekolwiek święto – dzieje się po prostu jedna, wielka, korkowa tragedia. Z Negombo do Kandy (około 120 km) jechaliśmy z tego powodu 6 godzin! Weźcie to pod uwagę planując podróż – czy to autostopem, czy autobusem.
  • Serpentyny. Nie da się ukryć, że centralna, górzysta część kraju jest bardzo atrakcyjna dla turystów – pola herbaty, przepaść zwana Końcem Świata (Równiny Hortona), słynny pielgrzymkowy Szczyt Adama… Do wszystkich tych miejsc trzeba jednak jakoś dojechać. Przygotujcie się na ostre zakręty, często padające deszcze, mgłę, przyprawiające o palpitacje serca przepaście… Nie jest łatwo – i dlatego jest też wolno. Koniecznie miejcie na uwadze, że to, co na mapie wygląda Wam na 10 km, może zająć pół godziny jazdy!

Magiczne triki

  • Jeśli będziecie chcieli odwiedzić Równiny Hortona i słynny World’s End, będziecie musieli do granicy parku dostać się pierwszym porannym autobusem (o ile startujecie z Nuwara Eliya), a potem najprawdopodobniej motorikszą lub złapanym gdzieś po drodze jeepem. Miejcie na uwadze, że na Równiny Hortona najlepiej przyjechać właśnie o poranku z uwagi na opadające później mgły, a większy ruch na drodze robi się koło 7 rano. My popełniliśmy błąd i zniecierpliwieni od razu po wyskoczeniu z autobusu wzięliśmy rikszę – a wystarczyło poczekać te 15 minut na pierwsze samochody. Co jednak najważniejsze – od granicy parku do kolejnej bramki jest jeszcze trochę kilometrów, więc jeśli nie uśmiecha się Wam iść na piechotę, odejdźcie kawałek i łapcie jakiegokolwiek jeepa na stopa! Zabierają chętnie, a wy oszczędzacie cenny czas (szybko, szybko, bo zaraz przyjdzie mgła) i pieniądze (nie musicie wynajmować kolejnej motorikszy lub jeepa).
  • Jeśli akurat trafiliście na święto, a autobusy jeżdżą rzadko albo wcale, nie wahajcie się wystawiać kciuka! My w ten sposób dojechaliśmy błyskawicznie z Dambulli w okolice Sigiriyi podczas tamilskiego Nowego Roku, a po drodze przekonaliśmy jeszcze dwójkę innych podróżników, by stopowali z nami 😉 Trafiliśmy nawet na policjantów, którzy chcieli nas kawałek podwieźć. Czasem autostop to jedyna metoda przemieszczania się podczas lankijskich świąt, a kierowcy dobrze to rozumieją.
  • Zawsze miejcie przygotowane podarki dla swoich wybawicieli. My wozimy z sobą bardzo skromne prezenty – pocztówki z infografiką o Polsce oraz dziękczynne naklejki. Niby nic, a jednak zawsze miło zobaczyć uśmiech na twarzach kierowców. I to nie tyczy się tylko Sri Lanki!
  • Przed wskoczeniem do auta na każdym razem upewnijcie się, że jedziecie za darmo! Przezorny zawsze ubezpieczony.
  • Staraliśmy się wybierać bezpieczne miejsca do zatrzymywania aut (nie na zakrętach, nie na wzniesieniach), ale wiecie co? Lankijczykom to chyba wszystko jedno jest, gdzie się zatrzymają – jak będą chcieli, to zrobią to na środku drogi i w połowie zakrętu. A sznur aut za nimi, chcąc nie chcąc, też będzie musiał nacisnąć hamulec 😉 Ach, ta Azja. Mimo wszystko, dla Waszego bezpieczeństwa, lepiej stosować się do wspomnianych wyżej przeze mnie autostopowych zasad 😉
  • No i najważniejsze – jeśli będziecie na Sri Lance, nie rezygnujcie całkowicie z przejażdżki pociągiem czy autobusem. Te też dostarczają wrażeń – pociągi mają niepowtarzalny klimat (może nie są tak duże i wygodne jak te indyjskie, ale nie można odmówić uroku pamiętającym czasy kolonialne stacjom, na których używa się jeszcze maszyn do pisania, malutkim kartonikom robiącym za bilety, a nawet krzykom sprzedawców słodyczy i lodów), a autobusy, a właściwie – zwariowane disco-autobusy ze świecącym Buddą… Cóż, to chyba temat na kolejny post 😉

Podsumowując: autostop na Sri Lance żyje i ma się dobrze. A gdy dodać do tego jeszcze te piękne widoki za oknem… Czasem ciężko się zdecydować, czy podtrzymywać konwersację z kierowcą, czy raczej przyklejać nos do szyby w niemym zachwycie 🙂

Polecamy gorąco!

A za oknem takie widoki!
A za oknem plantacje herbaty…
Albo takie.
Albo lazur fal 🙂
Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *