Keep calm and work away! Czyli o tym, jak Marta i Damian na farmie pracowali

Czym jest podróż? Czy to po prostu przemieszczanie się z punktu A do punktu B? A potem z punktu B do C? A może podróżowanie to odwiedzanie turystycznych miejsc, podziwianie zachodów słońca nad świątyniami? A może przebijanie się przez dżunglę, latanie na paralotni, spanie w namiocie w zakazanych miejscach, nieustannie trwająca przygoda? Albo jeszcze inaczej: podróżowanie to poznawanie ludzi, długie wieczorne rozmowy z lokalsami nad kuflem piwa, pogaduchy z kierowcami złapanymi na stopa?

Czegokolwiek byście nie wybrali, w litanii tej na pewno brakuje jednej rzeczy. Jakiej? O tym właśnie ten post!

Czas na zmiany!

Wypróbowaliśmy już spanie w guesthouse’ach, stołowanie w tanich restauracjach i na ulicznych straganach. Było ostre tempo zwiedzania na Sri Lance, powolniejsze w Indiach. Był szalony autostop w Birmie, spanie w tajskich domach, rozbijanie namiotu na nielegalu w Singapurze. Było poznawanie miejscowych, ich problemów, radości i zmartwień. Dużo emocji, tysiące myśli w głowie, błyskawicznie zmieniające się krajobrazy i rysy twarzy… Wszystko pięknie, tylko jak w tej całej podróżniczej gmatwaninie odnaleźć spokój ducha, jak się wyciszyć, jak zajrzeć do swojej głowy? Nawet, gdy daliśmy sobie chwilę na plażowanie w Tajlandii, gdzieś w środku czaiła się myśl: nie przyzwyczajaj się, zaraz założysz plecak i pognasz dalej. Ale spiesz się, spiesz, bo wiza wygasa, bo zima w Kirgistanie niedługo nadejdzie, bo pieniądze się kończą, bo coś tam. Może właśnie dlatego w pewnym momencie, po pięciu miesiącach podróży, powiedziałam: STOP, czas się zatrzymać! A do Damiana rzekłam: słuchaj, zróbmy coś dla innych. I przy okazji dla siebie.

Autostop_Birma
Jestem już zmęczona!

Damian przyjął tę myśl opornie, ale nie miał czasu na rozterki, bo od razu zaczęłam działać. Założyłam nam konto w pewnym magicznym serwisie, napisałam do kogo trzeba i jeszcze tego samego dnia dostałam odpowiedź: jasne, wpadajcie! No więc wpadliśmy. I to po uszy.

Tym oto sposobem podróżowanie zyskało dla nas nowy wymiar, a klucz do tego wymiaru nazywa się WORKAWAY.

Co to jest ten Workaway?

W skrócie: www.workaway.info to platforma łącząca podróżników-wolontariuszy z tymi, którzy wolontariuszy potrzebują (i to zarówno tych długo jak i krótkoterminowych). Najwspanialszy w tej jakże prostej idei jest fakt, że Workaway obejmuje swoim zasięgiem cały świat. Zatem jeśli marzy Ci się wolontariat w Portugalii, Nowej Zelandii czy w Indiach – wystarczy założyć konto, napisać kilka słów o sobie, poszukać pracy w wymarzonym kraju, kupić bilet – i jechać! Możliwości jest mnóstwo. Możesz zakotwiczyć się w rodzinnym hostelu, pracować na organicznej farmie, zajmować się dziećmi, zwierzętami, uczyć angielskiego (bardzo popularny wolontariat!), organizować festiwale, a nawet… pomagać przy budowie łodzi! Za swoją pracę nie otrzymujesz oczywiście wynagrodzenia, możesz jednak liczyć na nocleg oraz wyżywienie (czasem za posiłki pobierana jest drobna składka). Wartość dodana? Wymiana międzykulturowa i poznawanie kraju z innej strony – coś, czego nie zapewni ani jeżdżenie od zabytku do zabytku, ani byczenie się na plaży.

Jak Marta i Damian na farmie wylądowali

Naszą kilkumiesięczną podróż można podzielić na kilka etapów. Pierwszym było rozeznanie terenu – podróżowanie pociągami/autobusami od guesthouse’u do guesthouse’u, zwiedzanie, delikatne poznawanie ludzi i ich zwyczajów (na przykład dzięki couchsurfingowi). Drugi etap: wprowadzenie większego spontanu, spanie pod namiotem, uczynienie z autostopu nie tylko głównego środka lokomocji, ale też sposobu na życie w podróży. Trzecim etapem stał się właśnie Workaway.

I choć już na początku wiedziałam, że pewnego dnia będę chciała przekonać się, jak działa taka forma podróżowania, to wcielenie idei w życie było dla mnie przełomem.

18 lipca, z (prawie) samego rana wystawiliśmy kciuka i pojechaliśmy stopem do pobliskiego Kuala Selangor. Trafiliśmy do oazy oddalonej nieco od miasta, położonej w sercu bajecznej zieleni, otoczonej palmami, pełnej spokoju, śpiewu ptaków i małpich figli. I to była zdecydowanie najlepsza decyzja, jaką podjęliśmy w ciągu ostatniego pół roku.

Jak wygląda dzień na farmie?

7 rano, ściągam kota z twarzy i ruszam pod prysznic (gustowna kabina pod chmurką zrobiona z plandeki i bambusa, a jakże!). Słońce jeszcze nisko na horyzoncie i nie jest gorąco, woda lodowata, ale widok budzącej się farmy i słoneczne promienie przebijające się przez krople wody wynagradzają ten lekki dyskomfort.

Witaj, słoneczko!
Witaj, słoneczko!
Tymczasem niektórzy wolą sobie jeszcze pochrampolić
Tymczasem niektórzy wolą sobie jeszcze pochrampolić

Najwcześniej wstają ci, którzy mają ochotę odbyć sesję porannej jogi z Francuzką, Claire. Inni (czyli Damian) śpią nawet do 8. W międzyczasie ktoś idzie wypuścić kurczaki, sprawdzić, czy wszystko gra. Po jodze czas na śniadanie – przygotowujemy je sami w klimatycznej, polowej kuchni. Na stół wjeżdżają świeże (bo niedawno zerwane) owoce, naleśniki, grzanki, ciasto marchewkowe (upieczone dzień wcześniej w glinianym, zrobionym przez wolontariuszy piecu), pachnąca kawa. Potem czas na relaks, jedzonko musi się ułożyć przecież! Papieros, książka, drzemka, drapanie kot a za uszkiem…

Poranna joga i medytacja
Poranna joga i medytacja
Kaya czyli kokosowy dżem. Szczęście zamknięte w słoiku
Kaya czyli kokosowy dżem. Szczęście zamknięte w słoiku. Hit każdego śniadania!

Wreszcie ktoś (najczęściej Polka, Kasia, która pracuje na farmie najdłużej) zarządza: no dobra, może trochę popracujemy? Przebieramy się zatem w robocze ciuchy i lecimy budować mud house – czyli dom z błota, słomy i krowiego łajna. Wyciągamy budulec z bajora, wozimy piasek, stopami ubijamy masę, czyli burito. Jesteśmy brudni, spoceni, ale śmieszkujemy, a czasem i odprawiamy dzikie harce, brodząc po kolana w ciapie. Gdy burito wyschnie, trzeba podzielić je na części i lepić (teraz już dość wysoką) ścianę – wszystko jedynie siłą rąk, bez żadnych narzędzi. Ciężka to praca, ale jakże satysfakcjonująca! Po babraniu się w błocie możemy zająć się czymś w ogrodzie –pielimy, sprzątamy zgniłe soursoup (owoce podobne do duriana, polska nazwa to flaszowiec miękkociernisty – wybaczcie, że nie będę jej używać ;)), sadzimy ananasy, robimy jedzenie dla kurczaków, zbieramy bazylię lub kalamansi.

DSCF0514
Klepanie

DSCF0423  DSCF0476

DSCF0425
Błotko!
Więcej błotka, a hihi
Więcej błotka, a hihi
Burita cięcie gięcie
Burita cięcie gięcie
Świeża bazylia
Świeża bazylia
Soursop
Soursop

Ale bez spiny! Nie chcesz pracować – nie musisz. Ktoś przygotowuje naturalny detergent, Francuz zwołuje wszystkich, by pokazać, jak robi się enzymy, Estończyk pokazuje, jak działa motor, Indusi idą na drzemkę, Francuzka robi warsztaty ajurwedy, aaa, i przecież trzeba ugotować lunch! Zawsze znajdzie się kilka osób, które stwierdzają: ok, to dzisiaj nasza kolej! Po czym na stół wjeżdżają smakołyki, których nie śniło się Gordonowi Ramsey’owi. Nigdzie nie jadłam tak smacznie, tak różnorodnie i tak zdrowo, jak na farmie!

Szybka lekcja: jak zrobić chlebek chapati? Naucza Pakistańczyk
Szybka lekcja: jak zrobić chlebek chapati? Naucza Pakistańczyk
A dziś na lunch... Warzywa z kotem w sobie własnym.
A dziś na lunch… Warzywa z kotem w sobie własnym.
Strudel z owocami w wydaniu niemieckim, om nom nom!
Strudel z owocami w wydaniu niemieckim, om nom nom!

Po lunchu drzemiemy na hamaku, czytamy książki, uczymy się nawzajem nowych rzeczy, gramy w siatkę, robimy bańki, ktoś idzie do sklepu (a wyprawa to niezwykła – do centrum dojeżdżamy bowiem na stopa, który to zatrzymuje się zawsze w mgnieniu oka, a wrażenie bycia rzuconym w miasto po kilku dniach spędzonych wśród śpiewu ptaków i miauczenia kotów jest tak dziwaczne, jak gdybyś po roku mieszkania w bieszczadzkich lasach przyjechał do centrum New Delhi).

Chwila przerwy na mizianie
Chwila przerwy na mizianie
Jackfruit - największy owoc świata ;)
Jackfruit – największy owoc świata 😉
Chill hamakowy!
Chill hamakowy!

Generalnie wolna amerykanka, wszystkie chwyty dozwolone. Odświeżam sobie indologiczną wiedzę i robię wszystkim zajęcia z sanskrytu. Claire uczy mnie masażu twarzy. Można wziąć farby, pędzle i przyozdobić kuchnię lub nasze, zbudowane z kontenerów domki. Można zmontować bambusowe krzesło. Można mieć wyjebane, iść spać, zasadzić nowe zioła, wynaleźć coś nowego, zafarbować swoje włosy za pomocą niebieskich kwiatów znalezionych w ogrodzie…

Związałeś mnie? Aha.
Związałeś mnie? Aha.
Sanskrytu nauczanie
Sanskrytu nauczanie

DSCF0608

DSCF0397

Po farmie przez kilka godzin kręci się David, opiekun tego skrawka raju i menadżer całego zamieszania. Czasem zrobi wykład, czasem pokaże, jak zrobić organiczny nawóz, czasem dopisze nowe zadania na listę „to do”. Nie jest to zarządzający twardą ręką lider – raczej dobry wujek.

David, ale zarosłeś. Chodź, nie bój się, zrobimy ci irokeza.
David, ale zarosłeś. Chodź, nie bój się, zrobimy ci irokeza.

Wieczorem podlewanie farmy, przygotowanie kolacji, rozpływanie się w zachwycie nad kuchennymi dziwami, które każdego dnia wjeżdżają na stół, zmywanie, gry, zabawy, wspólne oglądanie filmów, pogaduchy, robienie henny, dredów, co kto lubi. Przed położeniem się spać (a właściwie przed, w trakcie i po położeniu się spać) walka z kotami, które koniecznie chcą znaleźć się z Tobą w jednym łóżku, przy czym walczą z moskitierą jak Don Kichot z wiatrakami, a potem wymiaukują przeraźliwą symfonię pod drzwiami… Gdy już jesteśmy zmęczeni kocią muzyką i po raz dziesiąty wyrzucimy Lemona albo Gibo za okno, odpływamy w objęcia Morfeusza.

DSCF0501

Zupa krem dyniowo-marchewkowa. Om nom nom!
Zupa krem dyniowo-marchewkowa. Om nom nom!
Henna!
Henna!

Czasem na farmę wpadają dzieci z rodzicami – płacą, by zobaczyć, że można spędzać czas na świeżym powietrzu, że owoce rosną na drzewach, a nie w supermarkecie, że z odpadków można zrobić bogaty, odżywczy kompost, a z błota naprawdę da się zbudować dom. Raz na takie spotkanie, na życzenie Davida, przygotowaliśmy z Damianem nasze ogromne bańki – dzieciaki (i nie tylko one) były zachwycone. Ale głównym punktem programu jest oczywiście taplanie się w błocie 🙂

DSCF0155

Anna robi banię
Annaliisa ma niezłą banię

Kto z kim i dlaczego?

Na farmie spotkamy mieszankę wolontariuszy z całego świata.

Jest Francuz, Nicolas. Człowiek to spokojny, cichy, nieco mrukliwy, ale ma największą wiedzę ogrodniczą na całej farmie. Jest w Kuala Selangor od października i już trzeci raz jedzie do Singapuru po visa run – by przedłużyć swój pobyt o kolejnych kilka tygodni.

Jest Polka Kasia, która przyjechała tu w styczniu na tydzień i jakoś tak do tej pory nie chce jej się wyjeżdżać. Pełni tu rolę sympatycznej prawie-liderki z dużą wiedzą – takiej, która nikogo do niczego nie zmusza. Gdy nie wiesz, gdzie na farmie znaleźć oregano – pytasz Kasi. Gdy nie potrafisz dobrze ugnieść błota podczas budowania – Kasia pokaże ci, co i jak. Gdy boisz się wejść na rusztowanie – Kasia poda rękę. Gdy ci smutno – Kasia zrobi ci dreda! 🙂

Kasia staje na głowie, by ogarnąć wszystkie te ziela, kurczaki i koty!
Kasia staje na głowie, by ogarnąć wszystkie te ziela, kurczaki i koty!

Jest Francuzka Claire, 30-latka, która postanowiła zmienić swoje życie. Jej podróż zaczęła się w Indiach, gdzie spędziła pięć miesięcy, ucząc się jogi i ajurwedy od najlepszych. Chętnie dzieli się wiedzą z innymi. Nauczy cię, jak dobrze wymasować plecy, jak dobrze zrobić powitanie słońca, pokaże techniki medytacji. Ma duszę eksperymentatorki, co i rusz odkrywa nowe rzeczy. Na farmie zostaje do września, bo czuje się tu dobrze.

Claire nie ma łatwego życia. Codziennie rano musi zmierzyć się z kotami, które nie rozumieją idei jogi...
Claire nie ma łatwego życia. Codziennie rano musi zmierzyć się z kotami, które nie rozumieją idei jogi…
Albo bezczelnie pokazują, że wiedzą wszystko lepiej. - Ej, cżłowieki, a tak potraficie?
Albo bezczelnie pokazują, że wiedzą wszystko lepiej. – Ej, człowieki, a tak potraficie?

Jest parka Indusów z Mumbaju, są śmieszkujący Estończycy, przesympatyczni Polako-Niemiec Julian i jego dziewczyna, Gisa, małomówna, ale pracowita Chinka, Martin z Czech, Edi, który jest lokalesem i wpada na farmę pomiędzy egzaminami na studiach. Ktoś nowy przyjeżdża, ktoś wyjeżdża, uśmiechy na powitanie, łzy przy pożegnaniach. Niezwykli, utalentowani, inspirujący ludzie, z którymi ciężko się rozstać.

Ankit i Pooja robią to dobrze
Ankit i Pooja robią to dobrze

Mój nauczyciel polskiego z lat gówniarskich powtarzał często: jesteście jak palce jednej ręki, musicie współpracować, by stworzyć piękną rzeźbę. Ok, jednego palca może zabraknąć, da się to przeżyć, ale rzeźba będzie wtedy koślawa.

I tak to wyglądało na farmie. Pełna współpraca, czasem rozumienie się bez słów… ale wszystko bez jakiegokolwiek silnego lidera! Jak to Damian raz rzekł: oglądałem o takich komunach filmy, czytałem o tym w książkach, ale nie miałem pojęcia, że to naprawdę istnieje.

Bo przecież nikt nie kazał nam wstawać wcześnie z łóżka, nikt nie kazał nam pracować, nikt nie kazał nam maszerować do kuchni, myć codziennie naczyń, wycierać kotom ich zasmarkane noski. To się działo samo z siebie – i samo z siebie funkcjonowało. Cud natury!

Hej!
Hej!

Zmiany w głowie

Gdy lądujemy na farmie, zakładamy, że zostaniemy na niej maksimum pięć dni. Po tygodniu obiecujemy sobie, że zwijamy się już, zaraz, następnego dnia. Po 10 dniach zaczynają wołać na nas „maybe tomorrow” – nikt już nie wierzy w to, że kiedykolwiek ruszymy w dalszą drogę. Po dwóch tygodniach Damian w ukryciu pakuje mój plecak i wystawia go na drogę, po czym ciągnie mnie za fraki w stronę rajskich wysp Perhantian. Ale po Kuala Selangor długo już nic nie będzie dla mnie rajskie – choćby piasek na plaży był jak mąka tortowa, a woda tak przejrzysta jak oczy młodej sarenki. Dlatego też pierwsze pół godziny po opuszczeniu farmy chlipię skrycie w złapanym na stopa Protonie.

Zostawiliśmy po sobie ślad
Zostawiliśmy po sobie ślad

Przez dwa tygodnie w Kuala Selangor w mojej głowie zaszły większe zmiany niż w ciągu całej podróży. Dlaczego? Cóż, każdego dnia uczyłam się czegoś nowego. Wkręciłam się w jogę i ajurwedę, dzięki którym zaczęłam bardziej rozumieć swoje ciało… i przestałam się bać (zarówno tego, co pomyślą o mnie inni, jak i na przykład stania na głowie :)). Nauczyłam się wiele o swoim organizmie, jego reakcjach na konkretne jedzenie, upał, aktywność, sposób, w jaki zaczynam dzień. Zrozumiałam, jak bardzo ważny w życiu jest dla mnie ciągły kontakt z naturą (i bieganie na bosaka – uwielbiam to!) oraz… dieta. Na farmie wszystko mi smakowało, bo było totalnie świeże, wyhodowane organicznie, często prosto z drzewa. Sami robiliśmy herbatę czy lemoniadę, na stół wjeżdżał własnoręcznie przygotowany paneer, po zioła szliśmy zawsze do ogrodu. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by zerwać bakłażana, banana, jackfruita, miętę. Takie posiłki powodowały u mnie autentyczne zadowolenie, błogość i wyzwalały dobrą energię.

Moje eksperymenty z lemoniadą. W środku: cytryna, limonki, kalamansi, mięta, kwiaty tajskiej bazylii i miód.
Moje eksperymenty z lemoniadą. W środku: cytryna, limonki, kalamansi, mięta, kwiaty tajskiej bazylii i miód.

Nie bez znaczenia było poznanie tajników organicznej uprawy roślin a także… ciągłe dziwienie się naturze. A więc tak wygląda drzewo curry? Ooo, jaka wielka modliszka! I co to właściwie jest ta kampucza? Do tego farma była świetnym miejscem do eksperymentowania: odkryłam, jak szybko za pomocą liści gujawy wyleczyć rany, ktoś zdradził naturalny sposób na biegunkę (działa!), ktoś wymyślił, że kwiaty można dodać do sałatki, a z soursopa wychodzi całkiem smaczny krem.

A tak wyglądają liście curry
A tak wyglądają liście curry
DSCF0029
Cii, enzym się robi…

Życie na farmie jawiło się jako nieskomplikowane, problemy dnia codziennego ograniczały się do wątpliwości, co ugotować na obiad i ile piasku dodać do burito, by było gotowe do budowy. Wszystko mi było jedno, czy mam brudne paznokcie, nieuczesane włosy, nieogolone nogi. Zmartwienia? A i owszem. Kurczak padł i trzeba go zakopać, David zabrał krzesło, które obiecaliśmy dokończyć, kot ma katar, a dziś przychodzą dzieci i trzeba będzie pobawić się z nimi w błocie.

DSCF0031

Ciągły kontakt z naturą, śpiew ptaków, czas na zadawanie sobie pytań, nieco fizycznej pracy, pogaduchy z ludźmi o podobnym sposobie myślenia, brak przymusu, nauka „przy okazji”, eksperymentowanie w kuchni, chwile na wyciszenie się – wszystko to generowało we mnie stan błogości i harmonii… A co tam, nazwę rzecz po imieniu: to było szczęście w stanie czystym.

Może to zabrzmi nieco patetycznie, ale praca i lenistwo na farmie nauczyły mnie dostrzegać, że to, co ważne, dzieje się właśnie tu i teraz. Przeszłość już minęła, przyszłość jeszcze nie nadeszła, więc po co drążyć?

DSCF0390

DSCF0458

Work away krok po kroku

Marzy ci się podobny wolontariat? Chciałbyś przekonać się na własnej skórze, jak działa Workaway? To do dzieła! Oto, co musisz zrobić:

  1. Zakładasz profil w serwisie. Aby to uczynić, musisz:
    • Uiścić opłatę rejestracyjną – 29$ za konto indywidualne, 39$ za konto podwójne (idealne dla par lub podróżujących razem przyjaciół). Konto jest ważne przez dwa lata i umożliwia pełen kontakt z potrzebującymi wolontariuszy hostami. UWAGA! Płatności dokonuje się kartą kredytową; jeśli takowej nie posiadasz, należy użyć Paypala. Transakcje są w pełni bezpieczne! Konto założysz na tej stronie: http://www.workaway.info/signup-en.html
    • Uzupełnić swój profil – warto podać jak najbardziej dokładne informacje, wspomnieć o doświadczeniu w wolontariacie, zapale do nauki, swoich pasjach, językach, którymi potrafisz się porozumieć, planie podróży. Koniecznie dodaj zdjęcie! Im staranniej uzupełniony profil – tym większa szansa na zainteresowanie ze strony hosta.rejestracja_workaway
  2. Hostów wyszukujesz w sekcji „Host list”. Wybierasz kontynent i kraj, który cię interesuje, po czym twoim oczom ukazuje się aktualna lista wolontariatów. W niektórych krajach Workaway jest bardziej, w niektórych mniej popularny, dlatego nie zdziw się, że w Birmie uświadczysz siedem ofert, w wielkich Chinach zaledwie 50, w Indiach ponad 200, w Australii – 900, a we Francji… 1800!
  3. Wybierz kilka ofert, które najbardziej cię interesują. Zwróć uwagę na ilość pozytywnych rekomendacji od innych podróżników i przeczytaj dokładnie opis wolontariatu. Zwróć uwagę, czy będziesz musiał płacić za wyżywienie, ile godzin pracy dziennie przewiduje wolontariat (nie daj się wykorzystywać!), czy będziesz miał dostęp do wody pitnej, prysznica, wifi (ale wiem, że tego nie potrzebujesz… prawda? ;)) oraz czy będziesz mógł przy okazji zwiedzić okolicę i skorzystać z pobliskich atrakcji.
  4. Napisz piękną wiadomość do hosta. Nie zapomnij podać swoich motywów oraz planowanej daty, kiedy możesz się w wybranym miejscu pojawić! Wypytaj o wszystko, co nie daje ci spokoju – sprawy, których nie znalazłeś w profilu.
  5. Czekaj na odpowiedź, ustal szczegóły i … ruszaj w drogę!

Rejestracja w serwisie, w połączeniu w geolokalizacją, daje jeszcze jedną fajną opcję – możesz podejrzeć, czy w Twojej okolicy nie ma innych wolontariuszy. Jeśli takowych znajdziesz – zawsze można zagadać, połączyć siły przy wolontariacie albo po prostu… wyjść na piwo z drugim takim świrem jak ty 🙂

PS Sposób alternatywny (na Cebulaka ;))

Jeśli przeraża cię konieczność opłacenia rejestracji (wszak 30 dolców piechotą nie chodzi), nic straconego! Poproś osobę, która ma konto w serwisie, by ci pomogła i wysłała wiadomość do hosta za ciebie. Ale zrób to z głową: prześlij swojemu wybawcy wszystkie potrzebne informacje – tak, jakbyś uzupełniał workaway’owy profil. Oczywiście – zostaw do siebie mailowy kontakt. Jeśli hostowi nie będzie przeszkadzać, że nie należysz do społeczności – sam się do ciebie odezwie.

Kontrowersje

Dla jednych Workaway to tylko sposób na tanie podróżowanie. Kilka dni pracy w Tajlandii, tydzień na Filipinach, miesiąc w Indiach… Pracując, zwiedzasz zarazem świat (choć możliwości zwiedzania są bardziej ograniczone niż tradycyjne podróżowanie – w końcu przez jakiś czas musisz zakotwiczyć się w jednym miejscu). Ale dla innych – Workaway to cała filozofia życia.

Idea założycieli serwisu jest jasna: workaway.info powstał po to, by umożliwić wymianę między podróżnikami (szczególnie tymi z kategorii „budget”), nauczycielami języka, badaczami kultury a lokalnymi rodzinami, jednostkami lub organizacjami, które szukają szeroko pojętej pomocy. Szczytnie, pięknie, jadę! Ale niestety, nie zawsze sprawa wygląda tak różowo.

W ostatnim czasie Workaway stał się narzędziem dla rozwijania biznesów. Jeśli przeglądacie listę hostów, w każdym kraju zauważycie sporo propozycji od hoteli czy guesthouse’ów, które szukają po prostu… taniej siły roboczej. Za nocleg i wyżywienie obsługujesz gości na recepcji, sprzątasz pokoje, wykonujesz zwyczajne obowiązki pracownika hotelu. Tak, to świetna sprawa, jeśli faktycznie pozwala ci to na przykład poćwiczyć angielski, a po przepracowaniu przysłowiowych, wolontariackich 4 godzin dziennie, korzystać także z uroków rajskiej plaży, przy której znajduje się resort. Problem zaczyna się, gdy właściciele biznesu zaczynają traktować wolontariuszy jak pełnoetatowych pracowników, wymagając pracy po 8 godzin dziennie, wykorzystując ich do cna i oferując niewiele w zamian. Idea Workaway wtedy się zaciera – pracując w taki sposób, nikomu nie pomagasz, no chyba że marzysz o wypchaniu portfela właścicielowi hotelu. Widziałam miejsca, które bazują tylko na pracy wolontariuszy; przez myśl przebiegało mi wówczas: ej, heloł, w tym miejscu powinni pracować lokalsi i otrzymywać za to sowite wynagrodzenie!

Uważaj zatem na miejsca, do których się wybierasz. Czytaj dokładnie rekomendacje i zastanów się trzy razy: czy to wciąż wolontariat? Komu właściwie będę pomagać i w jakim celu? Czy to zgodne z moją życiową filozofią? Czy nie odbieram właśnie pracy ludziom, którzy owej pracy bardzo potrzebują? Pół biedy, jeśli za cel obierzesz Niemcy albo Szwajcarię. Ale Kambodża, Wietnam, kraje trzeciego świata? Czy tam naprawdę warto zachęcać biznesmenów, by szli na łatwiznę i nie szukali pracowników wśród „swoich”?

Jaki wolontariat zatem wybrać?

Zadaj sobie pytanie: jakie mam umiejętności? Można znam dobrze angielski i będę mógł poduczyć trochę dzieci w azjatyckiej szkole? Może mam świetny kontakt ze zwierzętami albo znam się na stolarce?

Jeśli nie czujesz się w niczym dobry, pomyśl – co sprawia mi przyjemność? Albo inaczej: czego chciałbym się nauczyć? Dostosuj wolontariat do swoich potrzeb – i spędź ten czas pożytecznie także dla siebie samego!

DSCF0091

My wybraliśmy właśnie farmę, bo uwielbiam kontakt z naturą. Nie wiedziałam totalnie nic o organicznym ogrodnictwie czy budowaniu domu z błota, a moje przygody z roślinami ograniczały się do kopania ziemi na działce i hodowaniu ziół, truskawek i pelargonii oraz surfinii na balkonie (zresztą surfinie zjadły mi mszyce, niech spoczywają w pokoju, a pelargonie musiałam oddać przy przeprowadzce niemieckim sąsiadom). Tajniki tropikalnej uprawy roślin poznawaliśmy na miejscu, a szybko się okazało, że i my mamy pewien pożądany talent – wiemy, jak zrobić ogromne bańki mydlane, a tym samym dostarczyć sporo frajdy odwiedzającym farmę dzieciom 😉

Farmowy plan
Farmowa mapa

Z czystym sercem polecam właśnie ten typ wolontariatu z jednym zastrzeżeniem – nie jest to droga dla każdego. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi grzebać w ziemi, opędzać się od mrówek, komarów i wrednych małp, nie wszystkim może pasować proste, prowizoryczne życie, wychodek w lesie i prysznic pod chmurką. Nie każdemu ekologia i organiczne kompostowanie pasuje do życiowej filozofii. Do tego trzeba pamiętać, że farma w tropikach to jednak niesamowity upał i włażąca wszędzie przyroda, która niektórych może wnerwiać. A, no i Gibo (wym. Żibo) lubi rzygać na łóżko, dlatego też nazwaliśmy go Rzygu. Także: to, co dla mnie jest Arkadią, dla Ciebie może być ostatnim kręgiem piekielnym! Wybierz zatem to, co … dyktuje ci serce 😉

martadamian

My już wiemy, że to nie była nasza ostatnia przygoda na farmie. Nakręciliśmy się tak mocno, że od razu zaczęliśmy szukać kolejnego organicznego miejsca (zanosi się na farmę pieprzu w Kambodży), a potem… któż to wie, co nam do głowy strzeli!

A wy? Macie jakieś doświadczenia z Workaway? A może chcielibyście o coś zapytać? Komentujcie, piszcie!

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

9 Comments

  1. mama
    7 sierpnia 2015

    <3

    Odpowiedz
  2. mama
    7 sierpnia 2015

    To miało być serduszko. Znaczy całym sercem kibicuję Waszym planom i przyjaznej drodze po ktòrej wędrujecie

    Odpowiedz
  3. Klaudia
    7 sierpnia 2015

    wow!! teraz to mnie nakręciliście 😀 przeczytałam całego posta, ale w tym pozytywnym szoku mogło mi umknąć kilka rzeczy, które są dla mnie istotne: 1) Ja płace sama za bilet, prawda? 2) Mogę skończyć i wrócić do Polski kiedy mi to pasuje, nie podpisuję żadnych umów pod tym względem? 3) Jak trafiliście na farmę? 😀 Nie pogubiliście się? 4) Angielski to podstawa? To chyba tyle 😉 Naprawdę super… Niech moc pozytywnej energii będzie z Wami! 🙂

    Odpowiedz
    1. marta
      7 sierpnia 2015

      Dzięki za dobre słowo! 🙂 1) Tak, za dojazd samemu trzeba zapłacić. Z tym, że na wolontariatach w Azji najczęściej spotkasz osoby, które są w podróży któryś tam z rzędu miesiąc (czy rok) i workaway mają niejako „po drodze”; taki podróżniczy przystanek (czasem tygodniowy, czasem półroczny – bo tak wyszło :)). Ale gdybym znalazła fajny, długoterminowy projekt, to pewnie zdecydowałabym się na wyjazd specjalnie po to, by w nim uczestniczyć 🙂 2) Nie ma żadnych umów – przynajmniej mi nic o tym nie wiadomo. Ze wszystkim umawiasz się „na gębę”. Jak ci się nie podoba – mówisz bye i tyle 🙂 Jedyne, czym ryzykujesz, to zła reputacja w serwisie (host może zostawić ci złą rekomendację, jeśli obiecujesz zostać miesiąc, a uciekasz po dwóch dniach. Żeby nie było – możesz odwdzięczyć mu się tym samym :)). 3) Z Kuala Lumpur dojechaliśmy stopem do Kuala Selangor, a potem zostaliśmy pokierowani przez telefon – i potem jeszcze kawałeczek na stopa 🙂 Zwykle David przyjeżdża autem po wolontariuszy na dworzec, ale my dostaliśmy się do KS odrobinę za późno i nie załapaliśmy się na te luksusy. W ogóle w tej Malezji to ciężko się pogubić, wszyscy o Ciebie dbają, drogowskazy na każdym kroku, a drogi piękne i gładkie 🙂 4) Mówiąc szczerze – nie jest ze mnie jakiś mistrz angielskiego, Damian też nie mówi płynnie… Ale przez te miesiące przyzwyczailiśmy się już, że wszyscy dookoła mają jakieś dziwne akcenty albo dukają ledwo ledwo 🙂 Angielski to podstawa, ale nie ma się co przejmować, że nie mówisz jak rodowity Brytyjczyk. Na farmie wszystkie językowe grzechy były wybaczane – byle się porozumieć 🙂 Pozdrowienia!

      Odpowiedz
  4. mikobezgranic
    7 sierpnia 2015

    Szacun (serio!) za dobre podejście do wolontariatu. Za to, że nie chcecie być gdzieś za wszelką cenę i zastanawiacie się, czy aby nie zabieracie właśnie pracy komuś, kto musi wyżywić rodzinę. Jeszcze raz: SZACUN!

    Poza tym, wpis szalenie ciekawy i treściwy. Dzięki za podzielenie się magią Workawaya, aż sama skorzystam! 😉

    Odpowiedz
  5. Kinga Bielejec
    7 sierpnia 2015

    Rewelacja! Aż bym pojechała na taki wolontariat, chociaż kilka miesięcy temu korzystałam z Workaway i to też w Malezji! Pracowaliśmy na łodzi i trochę w ogródku, także też było super, bo rozmowy z klientami i bycie kelnero-kucharzem jak najbardziej mi się podobało. Plus chillout na wyspie, jazda skuterkiem, jedzenie pysznych rzeczy. Ale macie zdecydowanie rację, jeśli chodzi o odpowiednie podejście do Workaway – nie może być tak, że zabieramy innym pracę. Ja na szczęście na Langkawi się tak nie czułam. Fajną mieliście ekipę i w ogóle super zdjęcia. Takie soczyste. Pozdrawiam z Norwegii, jakbyście mieli ochotę to o Langkawi pisałam tutaj: http://www.gadulec.me/langkawi 😉

    Odpowiedz
  6. Suzie
    14 marca 2016

    ale super blog, cieplo i kolorowo! 😉

    a jak to wyglada z wizami? gdzie udalo wam sie legalnie pracowac przez workaway bez wizy pracowniczej a gdzie byla ona wymagana?
    wlasnie planujemy podorz dokola swiata i chce sie upewnic w ktorych krajach mozna podrozwac w ten sposob? 🙂

    Odpowiedz
  7. Dorota
    28 kwietnia 2017

    Wow to jest to co chciałam przeczytać, żeby rozwiać moje wątpliwości. Bo sam pomysł krąży po głowie już od dwóch lat i dokrążyć się nie może, może dlatego, że w pojedynkę to jednak tak jakoś dziwnie. Dzięki za artykuł, pozdrawiam 🙂

    Odpowiedz
  8. Emilia
    6 września 2017

    Sama myslalam o workawy, ale ciekawi mnie jedna kwesta… Czy workaway dziala na wizie turystycznej czy nalezy ubiegac sie o wize pracownicza (bo teoretycznie pracowac tam bedziemy)?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *