Kim jest Kim?

To był nasz trzeci dzień w Prey Nheak. Świetny moment, gdy w miejsce wyjeżdżającej grupy turystycznych wolontariuszy lansujących się na fejsie zdjęciami z kambodżańskimi szkrabami, w fundacji pojawiła się paczka ludzi, którzy wpadli do wioski, by zrobić coś dobrego dla dzieciaków Kima.

Był wieczór, kończyliśmy spontaniczną odprawę przed jednym z najbardziej pracowitych dni w historii CPOC, czyli przeprowadzką do nowego domu w głębi wioski. Na progu zaskrzypiał wózek, pojawił się mr Ny. Przybił każdemu po piątaku, po czym zrobił coś, co sprawiło, że grupa przypadkowych podróżników zmieniła się w zgrany zespół, momentami przypominający rodzinę. Opowiedział nam prawdę – o sobie i jego fundacji. Historię, która zmieniła perspektywę i każdego następnego dnia motywowała nas, by dać z siebie wszystko. Historię, która nadaje się na książkę i film. Jedną z najbardziej dramatycznych historii, jakie słyszeliśmy w życiu.

DSCF3203

Kim zaczął:

Narodziny. Urodziłem się 8. stycznia 1979 roku. Jeden, dokładnie jeden dzień po obaleniu rządów Czerwonych Khmerów. Miałem cholerne szczęście. Co by było, gdybym urodził się wcześniej?

Czerwoni Khmerzy. W 1974 władzę w Kambodży przejęli komunistyczno-nacjonalistyczni ekstremiści. Każdy chyba słyszał na lekcji historii nazwisko ich przywódcy, Pol Pota. Czerwoni Khmerzy w 1974 zamknęli szkoły, szpitale, fabryki i banki, zlikwidowali pieniądz, znieśli własność prywatną, zdelegalizowali religię. Moim krajanom wcisnęli kit, że Phnom Penh jest bombardowany przez Amerykanów. Była to prowokacja, by wypędzić ludność z miasta na obszary wiejskie, zamknąć w obozach pracy przymusowej i doprowadzić do realizacji koncepcji społeczeństwa złożonego z chłopstwa i opartego na rolnictwie.

Mordu dokonywano na wszystkich, którzy stawiali opór lub nie wpisywali się w klucz „nowego społeczeństwa”, klasy robotniczej. Kambodża straciła więc całą inteligencję. Powodem do mordu był czasem sam fakt, że ktoś nosił okulary lub miał delikatne dłonie. Niepełnosprawnych spotkał ten sam los – oni przecież w mniemaniu Pol Pota nie nadawali się do pracy. Było to ludobójstwo dokonywane w najbardziej drastyczny sposób. Dorosłych zakopywano żywcem w ziemi, dzieciom głowy rozbijano o drzewa. W cztery lata populacja Kambodży zmniejszyła się o jedną czwartą. Śmierć głodowa i ludobójstwo zabrało mojemu krajowi 1.5 miliona spośród 7 milionów żyjących wtedy w Kambodży obywateli.

Złe gorszego początki. Miałem szczęście, uniknąłem ludobójstwa. Ale umówmy się, reszta to koszmar. Urodziłem się niepełnosprawny od pasa w dół. Nie mogłem liczyć na wsparcie rodziców, bo ci tworzyli podręcznikowy przykład patologii. Mój tato, ojciec niepełnosprawnego chłopca i dwóch nieco starszych dziewczynek, był notorycznie zdradzającym swoją żonę alkoholikiem. Wychodził z domu nad ranem, wracał wieczorem. Psychopata, który każdego wieczoru znęcał się nad żoną. Wiem, że mama nas kochała, bardzo kochała, bo robiła wszystko, by nie stała nam się krzywda. Pewnego dnia jednak nie wytrzymała tego ciężaru. Wpadła w obłęd. Rozebrana do naga, w histerii, w krzyku, zginęła potrącona przez samochód. Miałem wówczas sześć miesięcy.

Rozstanie. Kilka dni po śmierci matki ojciec porzucił mnie i moje siostry. Tak po prostu, bez skrupułów – odszedł. W tamtym czasie, choć i dziś wcale lepiej nie jest, Kambodża nie miała instytucji, które wy nazywacie domami dziecka. Starsza, pięcioletnia siostra została przygarnięta przez wujka w Phnom Penh. Ja wraz z młodszą siostrą zostaliśmy oddani babci. Staruszce niestety ciężko było wziąć opiekę nad wnukami. Dlaczego? Była niewidoma, bardziej opieki potrzebowała, niż mogła nią kogoś obdarzyć.

Dzieciństwo. Młodsza siostra zaczęła pracować w wieku siedmiu lat. Nie miała wyjścia. Tylko ona mogła zrobić cokolwiek, aby zdobyć tych kilka rieli na zakup jedzenia. Siostra pracując po dwanaście godzin dziennie zrywała z wysokich drzew storczyki, po czym starała się je sprzedawać na okolicznym markecie. Cała nasza trójka żyła w biedzie, bez dostępu do elektryczności i wody. Za dom służyła nam bambusowo-drewniana strzecha, tworząca jedno pomieszczenie wielkości 12 metrów kwadratowych. Pierwsze kilka lat swojego życia przesiedziałem w domu. Kiedy chorowałem, siostra podnosiła mnie na ręce, zarzucała na barki i niosła osiem kilometrów do szpitala.

W wieku dziewięciu lat przestałem rosnąć. Po dziś dzień mierzę nieco ponad metr. W wieku dziewięciu lat poszedłem też do szkoły. To był jeden najcięższych i najbardziej upokarzających momentów mojego życia. Trasa pomiędzy domem a publiczną szkołą liczyła cztery kilometry. Pokonywałem tę drogę sam. Podpierając się na rękach po prostu ciągnąłem swoje ciało przez całą trasę. Sześć godzin dziennie spędzałem na samej wędrówce do i ze szkoły. Miałem poobcierane dłonie i nogi, czułem, jak płoną. Płakałem wieczorami, z bólu zazwyczaj przesypiałem tylko co drugą noc. Ale zawsze powtarzałem sobie „jeszcze jeden raz”.

W Kambodży wyróżnia się dwie pory roku, suchą i deszczową. I każda z nich jedzie po bandzie. W czasie pory suchej słońce świeci tak mocno, że można na nim ściąć białko jajka. W porze deszczowej deszcz zaczyna padać w poniedziałek rano, a przestaje w niedzielę wieczorem. Docierałem do szkoły zawsze przemęczony, dodatkowo w porze suchej przepocony, zaś w porze deszczowej mokry do suchej nitki. Moje ubranie i ciało po takiej wędrówce wydzielało taki odór, że żaden z nauczycieli nie pozwalał mi wejść do klasy. Siedziałem więc uparcie przy drzwiach i starałem się nasłuchiwać głosu nauczycieli.

Były takie dni, kiedy chciałem się poddać, kiedy chciałem odebrać sobie życie. Dzieci w szkole wyśmiewały moją niepełnosprawność, nazywały mnie potworem, wypytywały się o moich rodziców, pluły na mnie i biły, nikt nie chciał mi pomóc. Ale się zaparłem, chciałem udowodnić całemu światu, że to wytrzymam. I się udało, skończyłem szkołę podstawową i liceum. Wraz z siostrą przetrwałem również stratę niewidomej babci. Kiedy ze względu na niepełnosprawność nie dopuszczono mnie do zajęć na uniwersytecie, sam uczyłem się wszystkich przedmiotów, w tym języka angielskiego.

DSCF2878

Wyjście na prostą. W 1997 roku miałem już 19 lat. Wtedy w Phnom Penh dostałem pierwszą pracę, w biurze zajmującym się związkami zawodowymi. Potrafiłem pisać, potrafiłem korzystać z klawiatury, znałem angielski. W 1997 roku w Kambodży takie umiejętności to była wielka sprawa. Po kilku miesiącach zarabiałem więcej niż byłem w stanie wydać. Mogłoby się wydawać, że wygrałem życie, przetrwałem koszmarne dzieciństwo, a teraz mam dobrze płatną i szanowaną pracę. Wydawało się, że jestem szczęśliwy.

Ale nie byłem.

Tato, gdzie jesteś? Po roku pracy wyruszyłem na poszukiwanie ojca. Całe życie trapiło mnie pytanie, dlaczego mój tato zostawił mnie i siostry w tak drastycznym momencie. Nienawidziłem go, ale pragnienie zadania tego jednego pytania zmusiło mnie do porzucenia pracy i zainwestowania wszystkich oszczędności w podróż. W ponad rok objechałem całą Kambodżę. Mając śladowe wskazówki łudziłem się, że gdzieś odnajdę tatę. Ostatecznie go jednak nie odnalazłem. Jednak ta wyprawa zbudowała pierwszy fundament pod to, czym dzisiaj jest CPOC.

To chcę robić w życiu! W czasie podróży odwiedziłem wiele miejsc. Dużą ich część stanowiły wioski, w których rozgrywały się podobne patologie do tej, jaką sam przeżyłem. Nie potrafiłem przejść obojętnie obok głodnej rodziny czy porzuconych sierot. Czasem zatrzymywałem się w jakieś wiosce na kilka tygodni tylko po to, aby pomóc zbudować dom albo studnię. Uczyłem też angielskiego. Większość swoich oszczędności w trakcie tej podróży oddałem na pomoc potrzebującym. Wtedy doszło do mnie, że tym właśnie chce się zajmować w swoim życiu.

DSCF3501

Gdy skończyły się pieniądze wróciłem do Phnom Penh i znalazłem pracę w przytułku dla sierot. Trzy lata spędziłem na ratowaniu szkrabów z bagna podobnego do tego, jakie sam wcześniej przeżyłem. Chciałem dać z siebie wszystko, ale to był koszmar. Byłem bezradny. Kiedy w ośrodku pojawiali się darczyńcy z pieniędzmi lub jedzeniem dla dzieci, te środki przejmowała dyrekcja i zabierała do swych prywatnych domów. Kiedy zwracałem swoim szefom uwagę, ignorowano mnie. Kiedy z własnej wypłaty dokupowałem ryż dla niedokarmionych dzieci, upominano mnie, a rzeczy zabierano do biura. Pewnego dnia postawiłem się całej dyrekcji, zagroziłem zgłoszenia tych złych rzeczy na policję. To było strasznie głupie, bo wtedy, tak jak i teraz, nasza policja była skorumpowana i nie było szans, że ktokolwiek może mi pomóc. Następnego dnia mnie wyrzucono.

Kolejne lata spędziłem jako pracownik biurowy, w wolnych chwilach czytając o tym, jak pomaga się w innych miejscach na świecie. Kiedy w Phnom Penh pojawił się Internet, uczyłem się o fundraisingu, czytałem o modelach organizacji charytatywnych, czytałem o fundacjach ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Aż pewnego dnia, zupełnie przypadkowo, spotkałem w centrum miasta Eda. Chodził po mieście i szukał fundacji, z którą jego organizacja – Celebration Lutheran Church in Puyallup mogłaby nawiązać współpracę. Opowiedziałem mu historię o swoim życiu. Po kilku dniach ustaliliśmy wspólny plan – założymy nową, naszą własną fundację.

Tak w 2011 roku w Prey Nheak wystartowała fundacja Caring For Poor and Orphaned Children. Ed po uruchomieniu fundacji wrócił do Stanów i skupił się na szukaniu sponsorów dla fundacji, zaś ja organizowałem wszystko na miejscu. Wynajęliśmy budynek i od razu pojawiły się w nim dzieciaki. Nie tylko pełne sieroty, przygarnęliśmy również te dzieci, które rodziców mają, ale są przez nich bite lub ignorowane.

Kim w tym momencie opowiedział nam o każdym dziecku z CPOC po kolei. To był maraton dramatów, ojców-skurwieli, kosmicznych patologii… Historie przeszywające na wylot. Najpierw o chłopcu, który podczas odrabiania lekcji był bity szkolnymi podręcznikami, które tuż po tym lądowały za oknem lub w piecu. Potem o dziewczynce, która pewnego wieczoru na własne oczy widziała, jak jej ojciec morduje siekierą jej matkę. Potem o kolejnej, której młodsza siostra została sprzedana przez matkę po to, by ta miała pieniądze na alkohol. Była też historia o dwójce podopiecznych, których matka, w obawie o siebie i dzieci, często uciekała przed pijanym mężem do lasu. Tam spali, czasem w prowizorycznym szałasie, czasem w krzakach, często po prostu na gołej ziemi.

DSCF3109

Dzisiaj sytuacja fundacji się stabilizuje, ale nie zawsze było dobrze. Były miesiące, gdy nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Ed nie potrafił znaleźć sponsora, a moje oszczędności się kończyły. Musiałem wtedy wysyłać dzieci nocą na pola, by zbierały ryż. To była kradzież, wiem, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Nie mieliśmy co jeść.

Aż powstał pomysł zapraszania do CPOC wolontariuszy. Umieściłem w Internecie informację o fundacji i poszło. Nasz dom zaczęli odwiedzać podróżnicy z Europy, Australii, obu Ameryk. Pomagali mi dbać o budynek, wymieniali się umiejętnościami z dziećmi. Wymyśliłem, że każdy z wolontariuszy wesprze CPOC kwotą dwóch dolarów dziennie, za które kupimy jedzenie i zapłacimy rachunki. To się sprawdziło i działa do dziś. Wśród tych ludzi byli też bohaterowie, którzy wracając z podróży organizowali małe akcje charytatywne, które były dla nas dodatkowym zastrzykiem finansowym. Dzięki temu dziś mamy nowy, większy i bardziej przystosowany dla dzieci budynek, wynajmujemy salę w lokalnej szkole, w której uczymy wiejskie dzieci angielskiego, budujemy biednym i potrzebującym rodzinom studnie i domy. Za chwilę CPOC będzie miało też swoją małą farmę.

DSCF2898

To w sumie tyle. Sorry że zabrałem wam te dwie godziny, zwłaszcza że jutro czeka nas bardzo pracowity dzień. Chciałem wam tylko opowiedzieć czym jest CPOC, bo jestem wam bardzo wdzięczny za pomoc. Do jutra, dobranoc.

Kim wrócił do budynku, zsunął się z wózka, położył na rozścielonej kocem betonowej posadzce, gdzieś pomiędzy śpiącymi już dziećmi z CPOC. Tak, w starym domu nie było łóżek, dzieci spały na podłodze. Tej samej podłodze, która w dzień wykorzystywana była do prowizorycznej jadali i prowizorycznej klasy (choć akurat to nie spanie na podłodze było największym szokiem dla nas. 1/3 budynku była zagospodarowana przez jego właściciela na… oborę dla trzody chlewnej. Wszechobecny ‚zapach’ świń i ich odchodów oraz ich nieustający kwik były nieodłącznym elementem życia w starym domu).

Po wyjściu Kima wszyscy wolontariusze milczeli, gapiąc się pustym wzrokiem po ścianach i podłodze. Mieliśmy wyjść na piwo, ale nagle wszystkim przeszła ochota. Nikt tego dnia już z nikim nie rozmawiał.

Długo nie mogłem zasnąć, wracając myślami do wszystkich opowiedzianych przez Kima historii. Wyszedłem z domu, aby ochłonąć. Usiadłem na ziemi, długo kręciłem głową, próbując zebrać myśli jednocześnie się nie rozklejając. Nie potrafiłem pojąć, jak ten człowiek i jego dzieciaki, po przejściu tak hardcorowego życiowego piekła, potrafią z taką energią tworzyć sobie nową rzeczywistość. Że mimo tych wszystkich ran i problemów mają w sobie taką siłę i radość.

Złapałem się za głowę, raz jeszcze myśląc o tym wieczorze i przypominając sobie swoje dzieciństwo i te wszystkie momenty, kiedy kłóciłem się z rodzicami o to, że Bartek ma lepszy rower ode mnie, że potrzebuję mocniejszy komputer, albo że na obiad pomidorowa, a chciałem zjeść barszcz. Że dzisiaj taką uwagę przywiązuję do wyboru nowego telefonu albo nowej pary spodni. Że jestem słaby, martwiąc się brakiem planów na sobotę albo, że nie potrafię cieszyć się tym, kim jestem i co mam.

Wracając do siebie usiadłem jeszcze na chwilę w dużym pomieszczeniu, w którym spały dzieciaki i Kim. Małe rozrabiaki, które w dzień potrafią nieźle zajść za skórę, spały w jednej grupie, w różnych kombinacjach wtulone w siebie nawzajem i w Kima. Zacisnąłem pięści żeby nie pęknąć drugi raz. A przez najbliższe 8 dni pracowałem, zresztą jak każdy ze świetnej paczki dziesięciu wolontariuszy, na maksa swoich możliwości.

DSCF2987

DSCF3224

W 8 dni, pracując po kilkanaście godzin dziennie, przeprowadziliśmy CPOC do nowego domu, przystosowaliśmy go do zamieszkania, wyremontowaliśmy hydraulikę i elektrykę (choć początkowo nikt się na tym nie znał ;)), naprawiliśmy rowery, przygotowaliśmy farmę do stanu używalności, zrobiliśmy też wiele drobnych rzeczy, które usprawniły życie w nowym domu. Daliśmy z siebie wszystko, dziękując Kimowi za tamtą historię, ale też przekazując mu w ten sposób dowód uznania za tą wielką pracę i poświęcenie, które dał CPOC.

Co się stanie, gdy podłączysz szkrabom pierwszy TV w ich życiu? :)
Co się stanie, gdy podłączysz szkrabom pierwszy TV w ich życiu? 🙂

Kim to doskonały dyrektor. Z pomocą czytelników naszego bloga, naszych znajomych i bliskich udało nam się zebrać dla CPOC 300 dolarów, które chcieliśmy przekazać na najpilniejsze potrzeby fundacji. Podejrzewaliśmy, że Kim weźmie te pieniądze i zagospodaruje wg swojego uznania. Zrobił zupełnie inaczej, kupując nasze zaufanie już pierwszego dnia. Przekazał nam listę z wypisanymi zadaniami i potrzebami, przekazał priorytety i zaproponował, abyśmy wydali te pieniądze po swojemu.

1kolaż 2kolaz

Nie, Kim nie jest idealny, popełnia błędy jak każdy człowiek. I tak np. w przeddzień naszego wyjazdu zdarzyło mi się z nim bardzo pokłócić o to, że w kuchni potrzebny jest filtr do wody, ponieważ ta nie tylko pochodzi z deszczówki, ale jest też pobierana prosto z wielkiej wanny, która służy do kąpieli dzieci i wolontariuszy. Kim nie potrafił zrozumieć, że brak takiego filtra może doprowadzić do zatrucia wszystkich osób w fundacji.

Jednak nikt nie może podważyć jego wielkiego osiągnięcia, jakim jest prowadzenie i ciągły rozwój fundacji. Fundacji dla sierot i potrzebujących dzieci, w Kambodży, prowadzonej przez radosnego człowieka na wózku, który przeżył w życiu piekło. Fundacji, której odwiedziny dały nam wielką lekcję życia.

DSCF3566

Jeśli kiedyś wybierzesz się do Kambodży, proszę odwiedź Prey Nheak. Już sama twoja tam obecność będzie wielką sprawą, bo Kim potrzebuje każdej pomocy. Możesz uczyć wiejskie dzieci angielskiego, możesz pomóc budować dom lub studnię dla najbiedniejszych rodzin w wiosce, możesz zrobić warsztat z czegokolwiek, na czym się znasz, możesz też… po prostu być. W zamian dostaniesz coś, co dziś jest ciężkie do otrzymania – lekcję tego, jak być szczęśliwym nie mając niczego. Kto wie, może tak jak dla nas, tak i dla ciebie pobyt tam będzie jednym z największych doświadczeń życia?

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *