[Marta] Dlaczego?

Jeśli spytacie jakiegoś podróżnika (lub osobę aspirującą do tego miana), dlaczego zostawia swoją ojczyznę i jedzie w nieznane, często na wstępie usłyszycie dość patetyczne wyznania. Coś w stylu: wyjeżdżam szukać siebie, zaznać prawdziwej wolności, popracować nad swoim duchowym rozwojem, sprawdzić się w ekstremalnych warunkach…

A ja powiem tak: wybyłam do Azji, bo mnie ten rejon świata niesamowicie fascynuje. Lubię indyjskie kino i sztukę, ciekawi mnie życie w Chinach na prowincji, a moje największe marzenie to odwiedzić Bhutan, podobno najszczęśliwszy kraj świata. Tak – jarają mnie zabytki. Tak – jarają mnie pokazy taneczne, obrzędy religijne, koncerty. Tak – chciałabym zobaczyć, jak żyją ludzie, których znam tylko z filmów i książek; co jedzą na śniadanie, do kogo się modlą, jakie mają zmartwienia i radości. To właśnie przede wszystkim ciekawość świata i chęć zderzenia wyobrażeń z rzeczywistością doprowadziła do tego, że zdecydowałam się na wielomiesięczną podróż – pierwszą tak długą wyprawę w życiu.

Reszta jest milczeniem…
Albo dobra, jednak zaproszę Was na wyprawę do mroczniejszych zakamarków mojej duszy 🙂

Zatem: czy coś jeszcze się kryje za taką a nie inną decyzją? Coś bardziej wzniosłego i, za przeproszeniem, związanego z samorozwojem? Oczywiście – chociaż do niektórych motywacji wolałabym się nie przyznawać 🙂 Każde doświadczenie, również wyprawa w nieznane, czegoś uczy. Tak mówią. Chciałabym więc przekonać się, czy podróż nauczy mnie większej odwagi w kontaktach z ludźmi, samodzielności, zaradności i cierpliwości (zdaje się, że indyjska biurokracja może wiele zdziałać w tym kierunku). Liczę na to, że uda mi się przełamać strach językowy i wreszcie będę nawijać po angielsku jak szalona bez konieczności wypicia wcześniej kielicha lub dwóch 🙂 Do tego ciekawa jestem, czy nauczę się radować drobiazgami, bo czasem mam wrażenie, że moje wewnętrzne dziecko zapadło w śpiączkę. A może oduczę się przywiązania do przedmiotów? Brzydzę się samą sobą, gdy łapię się na mocno konsumpcyjnym podejściu do życia, chociaż wiem, że przychodzimy na ten świat nie mając nic i odchodzimy z niego zostawiając wszystko, co kochaliśmy. Nie tylko ludzi, ale i domy, telewizory, samochody, ulubione książki… Brzmi to nieco buddyjsko, ale porzucenie przywiązania do materialnego świata jest dla mnie niedoścignionym ideałem dobrego życia. Czy to jednak nie utopia? I czy wystarczy mi zaledwie kilka przedmiotów wciśniętych do plecaka o pojemności 48 litrów? Zobaczymy.

No dobra, a może po prostu szukam szczęścia? Moja mama powiedziała kiedyś, że jeśli człowiek nie czuje pogody ducha i spokoju w sobie, to nie znajdzie ich nigdzie, choćby miał wyjechać na koniec świata i zamieszkać w najpiękniejszym domku na najbardziej piaszczystej plaży Goa. Pewnie ma trochę racji, chociaż ja wierzę, że podróżowanie może dostarczyć cały wór wewnętrznych przeżyć… i po prostu zmienić nasze podejście do życia. Nie szukam więc szczęścia – po prostu liczę na lekką metamorfozę i segregację wartości. Czy to nie mrzonka? Okaże się.

A może jadę, by wyrwać się z uciążliwej rutyny dnia codziennego? Coś w tym jest – powtarzalność potrafi przytłaczać. Nie oceniam jednak innych ludzi w kategorii: „on pracuje za minimalną krajową na etacie, a wieczorami ogląda seriale, więc pewnie jest nieszczęśliwy”, „ona ma dwójkę dzieci, każdy jej dzień upływa pod znakiem karmienia i przewijania, więc na pewno nocami płacze w poduszkę”. Dopuszczam do siebie myśl, że każdy człowiek swoje szczęście może zobaczyć w czymś innym. Poza tym, nie oszukujmy się, tacy ludzie niezwykle dużo energii poświęcają w stworzenie swojego wymarzonego świata, ciężko pracują, odkładają pieniądze, utrzymują rodzinę, wychowują dzieciaki. Nazywam ich Bohaterami Codzienności – i nie ma w tym ani krzty sarkazmu! TUmani, którzy zostają „na posterunku”, mogą swoje miano nosić równie dumnie jak ci, którzy podróżują – HETmani (tak  prześmiewczo nazywaliśmy się kiedyś w rodzinnym gronie, gdy część z nas – hetmani – po obiedzie wychodziła na spacer, a część – tumani – zostawała, by zmyć naczynia). Nie wszyscy lubią zmiany, a poczucie bezpieczeństwa zapewnione przez rutynę daje niesamowity komfort. Dla mnie jednak taki komfort po pewnym czasie staje się… duszący. Gdy brakuje mi wyzwań i nowych sytuacji, rozleniwiam się okrutnie, gnuśnieję, popadam w apatię i chandrę. Dlatego też moją metodą na szczęśliwe życie jest ciągłe wykraczanie poza strefę komfortu – co wychodzi mi czasem lepiej… a często dość powoli i nieudolnie 😉 Jaka to jednak satysfakcja, gdy po takim nowym doświadczeniu, mimo początkowego paraliżującego strachu i mojej ogromnej niewiary we własne możliwości, jestem w stanie powiedzieć do siebie: „ej, mała, udało Ci się”! Tak było choćby z wyjazdem do Niemiec, kiedy wiele osób mówiło mi, że bez znajomości języka nie znajdę pracy. A figa! 🙂

Nie wiem, czy moje przypuszczenia się sprawdzą. Czy wyjście ze strefy komfortu po raz kolejny przyniesie satysfakcję? Czy sprawdzę się w nowych sytuacjach (i nie zawiodę oczekiwań mojego towarzysza podróży)? I w końcu – czy długie podróżowanie faktycznie uczy cnót wszelakich? A może w zamian za nie dostanę ładną kolekcję nowych upierdliwych wad? Wszystkiego dowiem się za 8 miesięcy.

Boję się niesamowicie. Na kilka dni przed wylotem miałam problemy ze snem, jak w amoku robiłam listy ze sprawami, które zostały do załatwienia, zaczynałam tęsknić za bliskimi, choć byli jeszcze przy mnie… Ale decyzja została podjęta, słowo się rzekło, kobyłka u płotu, czas zarządzić rozgrzewkę przed skokiem w dal poza granicę komfortu. Skłon, przysiad, wymach… A gdzieś tam w środku: „ej, mała, uda Ci się!”.

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

komentarze

  1. mama
    3 marca 2015

    Uda się. Ja to wiem. Trzymam kciuki za podróż życia.

    Odpowiedz
  2. Daga
    6 marca 2015

    Uda się – co ma się nie udać 😉 Stawiałabym na zachowanie równowagi i powitanie z radością z każdej napotkanej drobnostki – dobry humor, siła na dalszą część podróży i piękne wspomnienia gwarantowane 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *