Naciągacze w Maroko. 9 historii z kantem.

Naciągacze świata, ci z Peru, Kostaryki, Indii, RPA i z Centralnego w Warszawie mają swojego króla, a dokładniej – Sułtana. Wielkie Sułtaństwo Naciągaczy ma swoją stolicę w Marakeszu i siatkę Uniwersytetów Naciągania w całym Maroko. Seriously? Yes, Mister, bo w ciągu dwóch tygodni spędzonych w północnej Afryce nam i naszym znajomym odchodziły takie akcje, jakie się Sokratesom Naciągania nie śniły. 

Wszystkie te cool stories wydarzyły się naprawdę.

1. „Henna, Madam?” Damian i Marta, Marakesz.

Chłoniemy klimat placu Dżamaa al-Fina jak Rysiu Kalisz pączki w sejmowej kantynie. Jest kolorowo, głośno, chaotycznie – lubimy to. Ktoś podejdzie z małpą i zaproponuje foto, ktoś wciśnie do ręki menu z przekąskami – takie standardowe, w granicach dobrego smaku – spotkania z lokalnymi Januszami biznesu. Wtem! Wyprzedzam Martę o trzy kroki, słyszę jakby wilk tak wył w księżycową noc:

Marta: Ałć! Co Pani robi?! Niech mnie pani puści!

Pani: Henna maaaadaaaaam! For free maaaadaaaam!

Beng! Trafiony, zatopiony. Naciągacz w spódnicy przyssał się do ręki Marty jak Czesio Mozil do akordeonu. To, że wcale nie będzie for free – to wiemy. Ale to, że 30 sekund dezorientacji Marty wystarcza, aby piękny jak fiat multipla malunek powstał na jej dłoni? No to szacunek. A teraz wybrnijmy z tego mądrze.

M: Czy to for free?

P: Nie Madam. Tu mam katalog. Ta henna, o tutaj, tu – 350 dirhamów (135 zł).

I kiedy wydaje się, że absurdu sytuacji nic już nie przebije, do naszej pani podbija koleżanka, która odsłania naszej żeńskiej Picasso tunikę, pod którą pojawia się ciążowy brzuch. Szach mat, Polaki, Spielberg by tego lepiej nie wymyślił.

M: Kurde, Damian, przypał jest. I co teras?

Damian: Szanowna Pani. Doceniam wartość artystyczną dzieła, niebywale wzruszające okoliczności zdarzenia, tak swoją drogą – historia pięknych relacji między naszymi krajami ciągnie się nieprzerwanie od średniowiecza…

P: Mister! 350 dirham!

D: Szanowna…

P: 350! Jala! Jala!

Sytuacja beznadziejna jak w meczu ze Związkiem Radzieckim w ’61 albo u cioci Bożenki na imieninach. Oczami wyobraźni widzę, jak Władysław II Jagiełło (z nawiązką) opuszcza mój portfel. Baju baj piniążki… Stop! No bez żartów, trzeba zatrzymać tą degrengoladę.

D: Pani, krakowskim targiem daję 40 dirhamów (10 zł) i zamykam licytację!

Pani w krzyk jak Edyta Górniak na mundialu w Korei. Daję się nabrać, dorzucam jeszcze 20 dirhamów i dopiero gdy spokojnym jak muśnięcie wiatru głosem przebijam „no dobrze, jak nie 60, to lepiej chodźmy wspólnie na policję” – pani uprzejmie 60 dirhamów przyjmuje.

Naszą panią spotykamy raz jeszcze później wieczorem. Tym razem już z szerokim od ucha do ucha uśmiechem jesteśmy serdecznie pozdrawiani.

 

Zdecydowanie bardziej od lokalsów na placu polecamy tych z kooperatywy Henna Art Cafe.

 

2. „Autostop no. Money yes” Przyjaciele Tima, Casablanca.

Znajomi Tima podróżowali po Maroko lokalnymi środkami transportu. Na busa z Marakeszu do Casablanki spóźnili się, ale że chłopaki w ciemię bici nie byli, to zaczęli łapać stopa. Na trzy razy udało mi się dojechać na rogatki Casablanki. Pozdrowili swoich dwóch lokalnych towarzyszy. Wtem:

Lokalni Towarzysze: Hola hola chłopaczki. Money, money!

Znajomi Tima: E? Zapytaliśmy, czy autostop, upewnialiśmy się, czy no money! Więc wbiliśmy wam do auta jak akwizytor do przedpokoju.

LT: Ale teraz money money!

ZT: No dobra. Przejechaliśmy razem jakieś 200 kilometrów, to 80 dirhamów będzie stykać?

LT: Nie chłopaki. Chcemy 1000 dirhamów.

Znajomi Tima najpierw zaczęli dyskutować o absurdalnej cenie, potem się targować, na końcu próbowali stanowczo odmawiać utraty równowartości 100 euro. I w tym momencie jeden z lokalnych towarzyszy zaczął grzebać pod pazuchą kurtki, ale tak bardziej jak Tommy DeVito w Chłopcach z ferajny niż jakby szukał wizytówki. Na znajomych Tima wystarczyło. Haracz opłacony, Niemiec ogolony. 

 

3. „Opłata za Toubkal” Agnieszka, Imlil.

Agnieszka to dziołcha z Internetu, którą zagadałem o informacje praktyczne trekkingu na najwyższy szczyt Maroka. Wchodziła kilka dni przed nami, miała aktualne info. Że szlak się wije 15 km jedną ścieżką, że nie ma płatnych zezwoleń za treking. I że miała taką przygodę:

Wstęp na szlak jest darmowy, ale jej przytrafił się przypał w połowie drogi. Kroczyła pod górę pewnie, jak Szwedzi na Częstochowę, aż nagle, tak nagle jak debet na koncie albo hiszpańska inkwizycja na ścieżce pojawił się lokals z drabiną!

A: Będzie Pan wymieniał żarówkę?

L: Nie, Madam. Ja kasuję za przejście.

Lokals stał w punkcie, w którym ścieżka kluczyła po stromym zboczu. Po obu zbocza stronach stało jeszcze dwóch kumpli naszego wilka z Wall Street, którzy zagrodzili ominięcie drabiny po skałach. Nie było wyjścia, aby ominąć haraczu.

No i jak tu się przecisnąć, gdy na szlaku stanie drabina z kasownikiem?

 

4. „Eee, ale miało być no money?!” Tim, Rabat.

Scena jak ze starych klasyków, jakby pójść na koncert Rolling Stonesów albo film Polańskiego. Tim to taki szalony, ale tak pozytywnie szalony Niemiec (też nie mogliśmy pojąć, że to Niemiec; pewnie dziadek z Bałkanów albo matka z Polski). Aż wstyd go kantować. A jednak. Scena dzieje się w stolicy:

Lokals: Pssst, hej mister. Wanna see the most bjutiful view here? Nikt z turystów tam nie trafia!

Tim: Nie, dzięki, innym razem.

L: Ale mister. To tu nie daleko. Najlepszy, prima sort, widać wszystko!

T: Ale ja nie mam pieniędzy.

L: Ale mister, jakie pieniądze? Myyy przyjaciele, chcemy pokazać turystom best plejsys!

Tima serduszko zabiło w rytmie cza-cza, jakby mu kto chciał pokazać nowego Mercedesa klasy S. Skusił się biedaczek, wąskimi uliczkami trafił na czwarte piętro lokalnej kamienicy, na dach, na którym oprócz przeciętnego widoku na okolicę mieściła się również restauracja. Tim nic do jedzenia nie zamówił, ale i tak zapłacił 50 dirhamów, aby po długich dyskusjach lokals wypuścił go z powrotem na ulicę.

 

5. „Nie chwal dnia przed zachodem słońca” Matej, Tanger.

Matej to był taki przesympatyczny Czech, którego spotkaliśmy drugiego dnia w drodze do Imlil, z którym mieliśmy spędzić wieczór, a z którym spędziliśmy pół naszego wyjazdu. Polubiliśmy go, bo znosił nasze żarty o marynarce wojennej Czech, sprzedał nam dobry przepis na bramborowe knedliczki i wspierał w trudnych chwilach. Najsympatyczniejszy i najbardziej pomocny ze wszystkich poznanych dotąd trzech Czechów w naszym życiu.

Zanim Matej przyspawał się do nas jak gołąb do kromki chleba, 20 dni spędził w towarzystwie mistrza judo Maroko, który przyjął go na couchsurfingu jak Bolek Chrobry Ottona III i pokazał tą autentyczną twarz Maroko. 20 dni immunitetu, wolności od naciągaczy i przetartych turystycznie szlaków. Matej był tym człowiekiem, który nigdy na naciągacza nie trafił i nigdy w historie o naciągaczach nie wierzył.

Aż go późnym wieczorem rozdziewiczyli w Tangerze. My łapaliśmy pociąg na południe Maroka, a Matej łapał prom do Hiszpanii. Wszystkie trzy sceny wydarzyły się na przestrzeni dwóch godzin, kiedy nasze drogi się rozdzieliły, a zanim Matej wszedł na prom:

Najpierw kelner wymusił na Mateju drobny napiwek za i tak przepłaconą kolację z garkuchni. Potem na ulicy drogę zaszło mu dwóch lokalsów, którzy początkowo chcieli pieniędzy, a ostatecznie zmusili Mateja do zakupu soku pomarańczowego za kilkanaście dirhamów. Zanim Matej wszedł na prom zdążył spotkać raz jeszcze, tym razem już trzech, dobrze ubranych lokalsów, którzy siłą wymusili na nim łącznie 60 dirhamów.

 

6. „Ale ja chciałem druk, nie linoryt!” Damian, Marakesz.

Tu już bardziej taki Lynch i Burton. Albo narodowe dziedzictwo polskiej kinematografii – „Korona królów”. Ostatni wieczór w Marakeszu. Internetowo odprawiam nas na lot, dostaję od Ryanaira karty pokładowe. Na lotnisku muszą być wydrukowane, bo wersje cyfrowe są niedozwolone. Recepcja w naszym riadzie życzy sobie euro od strony – standard w kraju, w którym golenie białego turysty jest sportem narodowym.

Wychodzę wieczorem na targ, zaciągam się kreską kurzu z powietrza, namierzam wzrokiem biuro z wycieczkami i wbijam tam jak do siebie:

D: Uszanowanko, mogę sobie u was wydrukować karty pokładowe?

B: Elo, no jasne, tylko że nie mamy drukarki. Ale wiesz co, Hahmet z tobą pójdzie i pokaże ci dobre miejsce.

Idziemy. W labiryncie uliczek trafiamy na nieoświetlony zaułek. W rogu mieści się zaniedbany stragan. Nie ma tam drukarki, ba, nie ma tam nawet elektryczności. Przy świecach siedzi stary Marokańczyk i dłubie dłutem w… – serio! – linoleum.

D: Hahmet, co teraz? Ten pan będzie mi rzeźbił karty pokładowe w linorycie? Pewnie w dłucie ma wejście usb na pendrive? 

H: No yyy nie. Ale może chciałbyś kupić jakaś jego pracę?

 W uliczkach starego miasta znajdziesz nie tylko drukarnię biletów w linorycie.

 

7. „To jest Wasz hotel i kropka!” Bartek, Essaouira.

W Essaouirze roi się od lokalnych pomocnych Dobromirów, którzy szefują najlepszym i zarazem najtańszym riadom w mieście. Sami daliśmy się raz złapać w sidła takiego Dobromira:

Dobromir: Hej, szukacie noclegu? Chodźcie, pokażę Wam mój dom. 200 dirhamów (85 zł) za duży pokój, lepiej nie traficie!

Marta: No to wpadliśmy jak daktyl w kompot.

Dobromir zaprowadził nas do pierwszego hostelu, potem drugiego, trzeciego i czwartego. Do każdego wbijał jak do siebie, pewnie, jakby jutra miało nie być, tylko oczko puszczając do siedzących za ladą pań z recepcji. Wśród tych czterech miejscówek tylko jedna kosztowała 200 dirhamów, za dość skandaliczne warunki. Trzy następne hostele były już lepsze, tylko dwukrotnie i trzykrotnie droższe.

W tej samej Essaouirze z Dobromirem mieli przyjemność także Bartek i Magda.

Bartek, namówiony na „mój dom, najlepszy!” trafił do jednego z riadów. W trakcie oglądania wnętrza jednego z pokoi Dobromir zamknął się z nimi od środka i zastawił drzwi.

Dobromir: No dobra, bierzecie, czy nie?

Bartek: Panie, wyluzuj pan. Na razie oglądamy. Jeśli nam się spodoba, to zostaniemy, jeśli nie, to wyjdziemy.

D: Nie mam czasu na takie zabawy. Bierzcie ten pokój! Musicie wiedzieć, że my Marokańczycy łatwo się denerwujemy, dlatego bierzcie ten pokój, okej?

Bartka zmroziło, ale nie dał się sprowokować. Po krótkiej kłótni zmusił Dobromira do odgrodzenia wyjścia, po czym z Magdą ewakuowali się z felernego miejsca. Ostatecznie trafili do tego samego riadu co my.

Lepsza strona tego miasta.

 

8. „Gdzie moje ciastka?” Tim, Imlil.

Tu już historia wagi koguciej, o tym, jak można kantować w klasą. Tim szukając noclegów korzystał z jednego klucza – najniższej ceny. W górskim Imlil zdobył odznakę „srebrnej cebuli”, za 10 euro znalazł jednoosobowy pokój (serio, to tanio jak na Maroko). Po fakcie nieco żałował, bo okazało się, że miało być WiFi, a nie było, że właściciel na noc wyłączał prąd, że z wliczonym w cenę śniadaniem było sporo zachodu. I o tym śniadaniu anegdota:

Tim: Dzień dobry. A co z moim śniadaniem?

Właściciel: No właśnie, Tim, sprawę mam. Mogę pożyczyć auto, żeby pojechać do miasta po chleb i owoce?

T: Yyy, serio? Ale to nie moje auto, to auto z wypożyczalni.

W: Wiem, wiem. Ale nie lękaj się, zaopiekuję się tą Pandą jak polska służba zdrowia swoim pacjentem.

Tim w trakcie dwudniowego pobytu użyczył Fiata w sumie pięciokrotnie. Właściciel hostelu nie oddał mu za paliwo, ale w podzięce za auto obniżył cenę za wynajem pokoju o jedno euro. Dobre i to.

No i słodki bonus tej historii:

Tim: „a wiecie, co było najśmieszniejsze? Nie to, że mu to auto pożyczyłem pięć razy. Na miejscu pasażera miałem paczkę ciastek, takie najzwyklejsze, zapakowane. Czekało nam mnie jako nagroda za wejście na Toubkal nocą i zjechanie z niego na tyłku. I wyobraźcie sobie, że gdy wszedłem do tego auta po dwóch dniach, te ciasta były zjedzone, puste opakowanie siedziało na miejscu pasażera, a cała Panda była tak zawalona okruszkami, że bałem się, że tego auta w wypożyczalni nikt nie odbierze.„.

 

9. „Panie, idź pan z tym wężem!” Bartek, Marakesz

Pamiętacie historię z henną? Poznany w Essaouirze Bartek opowiedział nam, jak dał się złapać na numer z wężem:

Jak gdyby nigdy nic szedł środkiem placu Dżemaa el-Fna. Ręce przy sobie, wzrokiem unikał wszystkich tych podejrzanych typków. Aż w pewnym momencie – bach! Opalony kolo zarzucił mu na szyję węża, jakby łapał byka na lasso!

Tu nawet nie chodziło o to, że ktoś próbuje go naciągnąć, tylko że zarzucił mu na szyję żywego gada! Nie że chomika, lemura czy potulną kapibarę – tylko coś wyglądającego na boa dusiciela. Wiadomo, że wąż albo wytresowany, albo na środkach, ale u nas moda na szalik z żywej żmii zygzakowatej jeszcze się nie przyjęła i ludzie podchodzą do takich odzieżowych akcesoriów z dystansem. 

Kiedy Bartek znosił jajko i zastanawiał jak zgłosić gościa do prokuratury, kolo od węża z uśmiechem zagadywał Magdę, aby wyciągnęła aparat i zrobiła zdjęcie. Czyli klasyka.

 

10. „Podsumowując” Damian i Marta w Maroko.

Tu mogłyby pojawić się kolejne historyjki, jak pani na dworcu na pytanie o kantor wskazała człowieka w płaszczu z niegodnymi człowieczeństwa kursami, mimo że 200 metrów od dworca mieścił się normalny punkt. Albo jak w publicznym busiku na trasie z Marakeszu do Imlil dostaliśmy dwa razy droższe bilety od lokalsów. Alb jak w kawiarni zaproponowano nam darmową herbatę, po czym proszono, aby zostać jeszcze pół godziny przy stoliku ustawionym na widoku i przyciągnąć do restauracji zagranicznych turystów. Albo jak Tima przekręcili na dirhamach za parking lub niesłusznie wlepili mandat.

Tylko czy za wszystkie te zdarzenia odpowiedzialność ponoszą wyłącznie lokalsi? Nie. Maroko to turystyczne miasta i miejsca, w których roi się od zagranicznych turystów, nierzadko przekraczających granicę prywatności lokalnych mieszkańców, wciskając się z aparatami do prywatnych sieni albo arogancko odnoszących się do obsługi w restauracji. Więc nie dziwi nas, że arogancja wraca do zagranicznych turystów w postaci tych wszystkich trików i numerów naciągaczy.

Druga sprawa, że choć marokańscy naciągacze potrafią głęboko jak drzazga zajść za skórę, jest sposób na takie podróżowanie po Maroko, aby ograniczyć ryzyko trafienia na cwaniaczków. To odkrywanie tych wszystkich nienazwanych i niepopularnych regionów, miasteczek i wiosek. Gdzie przybysz z zachodu witany jest z uśmiechem, traktowany jak swój i witany domową herbatą jako zaproszenie do rozmowy.

A jeśli już ciągnie nas do Marakeszu, Rabatu czy Tangeru, z własnych doświadczeń polecamy długie poranki, ciągnące się od wschodu słońca do późnego śniadania, kiedy wszystko wydaje się jeszcze autentyczne, kiedy możemy wejść w dialog ze sprzedawcą olejku argonowego albo właścicielem kawiarni. Kiedy cwaniaki, zdaje się, jeszcze smacznie śpią.

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

8 Comments

  1. Franek
    10 stycznia 2018

    No to ja już wiem, że tam nie pojadę. Niestety denerwuję się szybciej od lokalsów. 😉

    Odpowiedz
  2. Karol Werner
    16 stycznia 2018

    A odwiedziliście coś więcej niż turystyczne miejsca i największe miasta? 🙂

    Odpowiedz
    1. marta
      16 stycznia 2018

      Hej Karol, tak, odwiedziliśmy. Polecam doczytać podsumowanie postu 🙂 Jak dla mnie kraj jest piękny, tylko właśnie turystyczne miejscówki przytłaczają ilością oszustów i naciągaczy (i uwierz mi, z taką bezczelnością i wręcz przemocą w turystycznych miejscach nie spotkaliśmy się póki co jeszcze nigdzie na świecie).

      Odpowiedz
  3. Piotrek
    16 stycznia 2018

    My byliśmy w Maroko w kwietniu, zaraz przed sezonem, naciągaczy prawie nie było, za tu dużo ludzi o pięknych uśmiechach. Ceny dużo niższe niż w sezonie. Jeden z nielicznych krajów do którego bardzo chcę wrócić.

    Odpowiedz
  4. Krystian
    16 stycznia 2018

    A idź Pan w pizdu z takimi wakacjami 😛

    Odpowiedz
  5. Arni12
    6 lutego 2018

    Byłem w Maroko i wspominam bardzo miło. Jedna z najlepszych podróży w moim życiu, Fakt naciągania traktowałem z przymrużeniem oka jako regionalną ciekawostkę i atrakcje. Zwykle kilkukrotne powtórzenie „No, thank you” wystarczyło. A targowanie się z taksówkarzami sprawiało mi niemałą frajdę jak kurs przyśpieszonej przedsiębiorczości. Polecam wszystkim, warto stracić te parę euro by przeżyć przygodę życia.

    Odpowiedz
  6. wysrodkowani.pl | Gośka
    21 lutego 2018

    Bardzo chcę jechać do Maroko, ale historie o naciągaczach jak na razie dość skutecznie mnie odstraszają 🙂

    Odpowiedz
  7. Ilona
    22 lutego 2018

    Karta pokładowa w linorycie wygrywa wszystko! 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *