Porażkowe ziemniakowe podsumowanie roku 2017

PROPAGANDZIE SUKCESU MÓWIMY STANOWCZE raczej NIE! Początek roku bez podsumowań poprzedniego to jak Magda Gessler po bezmięsnym, choć wykwintnym obiedzie – niby się najadła, niby smakowało, ale jednak obrażona. Nikt nie chce, by rok 2018 się na niego obraził, więc w soszialmidiach wrze, podsumowanie roku 2017 rusza z kopyta, istny festiwal sukcesów: tu ktoś spłodził syna, tam ktoś przeszedł El Camino tyłem, inny wygrał 20 złotych w konkursie plastycznym, komuś szef po trzech latach pozwolił wyjechać na urlop, ktoś inny w końcu znalazł dziewczynę albo chociaż skarpetkę, która zawieruszyła mu się pod tapczanem jeszcze w 2014. Przed oczami przesuwają się piękne wspomnienia: granie kulkami ulepionymi z krakowskiego smogu z przyjaciółmi, przywiązywanie się do białowieskich drzew, relaksująca aromaterapia pod romantycznie rozświetlonym sądem, brak kolejek u dentysty, wyjście godzinę wcześniej z pracy. Postanowiliśmy trochę zbrukać to pasmo sukcesów, zwolnić nieco obroty tej karuzeli szczęścia, czyli dodać ósmy kolor do kolorów tęczy – kolor brązowy.

Oto przed Wami 11 najepszych (najgorszych?) ziemniaczanych podróżniczych i okołopodróżniczych porażek 2017 roku. A żeby nie było tak dramatycznie i smutno oraz żebyście z litości nad nami nie zaczęli przelewać łez i hajsów na nasze konto (numer podajemy na priv), to postanowiliśmy spróbować przekształcić te nasze porażki w takie małe, niegroźne sukcesiątka. W myśl zasady: always look on the bright side of life. Zobaczmy, czy jest się w ogóle czym chwalić.

1. [Luty]

Skończyłam 30 lat. Przypał roku i to jeszcze na samiuśki jego start. Kiedyś człowiek nie mógł się doczekać kolejnych urodzin, teraz chciałoby się zaśpiewać za Anną Marią: niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam, na pierwszej stacji, teraz tu.

ALE: zakasałam rękawy i wcieliłam w życie projekt #30ThingsToDoAfter30. Okazało się, że istnieje życie po trzydziestce, że to nie koniec świata, że głównym tematem moich zainteresowań nie będą od teraz ciekawie brzmiące nazwy chorób, że nie będę sobie biła brawo po każdym udanym wstaniu z łóżka. Tym samym po raz pierwszy w mej egzystencji m.in.: zorganizowałam koncert we własnym mieszkaniu, wraz z Damianem i ekipą wystąpiłam z prelekcją na Kolosach, rzępoliłam na skrzypcach, uczyłam się pływać na kitesurfingu, miałam chorobę wysokościową i prawie dotknęłam Nicka Cave’a. W planach paralotnia oraz dotknięcie Nicka Cave’a już na serio.

2. [Kwiecień]

„Masz, jedz banana”. Te słowa poprzedziły Damianowe oświadczyny na sycylijskiej Etnie. Poprzedziły je też kamienie wielkości pięści, które postanowiły zaatakować nam twarze, głazy staczające się ze zbocza, huraganowy wiatr oraz spektakularne spóźnienie na wschód słońca, bo nie chciało mi się wyjść ze śpiworka. „W poszukiwaniu straconego romantyzmu” – tak będzie brzmieć tytuł naszej książki.

ALE: i tak było pięknie. Nikt nie poślizgnął się i nie wpadł do krateru, banan smakował jakby zebrały go dla mnie jednorożce, a oświadczyny łaskawie przyjęłam. Niby porażka, a jednak sukces. Poczytać możecie tu: Oświadczyny na Etnie, czyli koniec konkubinatu

3. [Kwiecień]

Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie najgorsze auto świata. Pomyśleliście o Alfa Romeo? Brawo. A może o Fiacie Stilo? Piona. No więc, chcąc czuć się wolni jak ptacy niebiescy, postanowiliśmy zwiedzić Sycylię autem. Dwoma autami. Tak, wciśnięto nam właśnie wyżej wymienione. Aha, oba nam się zepsuły. Nad tą smutną historią-przestrogą możecie pochylić się tu: Jak nie wypożyczać auta na Sycylii

ALE: nic nie zastąpi tego uczucia, gdy samochód ma jednak ten jeden dobry moment, w którym sunie bez problemu, ślizga się po Sycylijskich drogach niczym szybki wąż, wunsz szybki, a Tobie spodoba się jakiś gaj oliwny za oknem, jakiś brzeg morza, jakiś bezmiar niczego – i wtedy mówisz, stop, nocujemy, stop, kochany mój, i leżycie sobie w tych trawach przez 3 najbliższe godziny, uskuteczniając słodkie nieróbstwo, dolce far niente, dolcze walnięte.

4. [Maj]

Wyobrażacie sobie, że można jeździć na rowerze przez 5 dni non stop i nie schudnąć ani grama – a wręcz przytyć 2 kilo? Wszystkiemu winne węgierskie langosze. Pętla dookoła Balatonu była głównie porażką dietetyczną.

ALE: udawać nie będę, wszystkim nam nad Balatonem gęby się śmiały, a przecież była nas aż ósemka, problemów dziesiątki – cud, sukces, przeżyliśmy i dalej się wszyscy lubimy! A langosze wciągaliśmy z rozkoszą, wciągaliśmy aż nam się uszy trzęsły, oczy śmiały, dupy rosły. Potem jeszcze pytaliśmy Węgrów, czy można gdzieś dostać langosze w proszku, to byśmy sobie kreski usypywali, byłoby szybciej. O pętli dookoła Balatonu przeczytacie tu: Balaton Korut. Rowerem wokół węgierskiego „morza”.

5. [Lipiec]

Rzeka Bóbr w lecie. To jest porażka na całego, chyba że lubi się prowadzić kajak jak psa na smyczy, brodząc po kostki w wodzie. Bobra poczochraliśmy tu: Jak spłynąć Bobrem i zachować człowieczeństwo.

ALE: od tego spływu coś nam się przestawiło w głowach, a już szczególnie Damianowi, krótko mówiąc: złapaliśmy kajakowego bakcyla. Nawet jak wsiadaliśmy do auta, to odruchowo szukaliśmy naszych wioseł. Potem były inne rzeki: ot, na przykład nasza okoliczna Bystrzyca oraz zachodniopomorska Drawa, w której (hej, zobaczcie, jak porażki płynnie przechodzą w sukcesy, by potem znów przejść w porażkę)…

6. [Sierpień]

…Niemal utopiliśmy moich rodziców. Drawa okazała się rzeką nieco niebezpieczną, wywrotkową, miejscami o głębokości ponad 2 metrów, potrafiącą wciągnąć pod konar albo w wir. Tymczasem moja Mama ukochana potrafi pływać, owszem, ale tylko w Morzu Martwym, opcjonalnie Czarnym. W każdym razie – musi być sól. W Drawie nie było.

ALE: nie każdy bohater nosi pelerynę. Niektórzy noszą klapki Kubota i włosy na żel. Damian nadludzkim wysiłkiem uratował (w tej właśnie kolejności): tonący kajak, jedno wiosło, panią Mamę, plecaczek Taty, pana Tatę (a potem jeszcze trzy dziewczyny, które napłynęły po drodze). Po tej akcji moi rodzice postanowili, że jednak przyjmą Damiana do rodziny. O Drawie poczytacie tu: Spływ kajakowy Drawą. Twoją misją jest przeżyć.

7. [Sierpień]

Czas na prawdziwy, męski wyjazd, a nie jakieś popierdółki! W sierpniu Damian wybrał się z rowerową ekipą w Karkonosze. Miało być hardkorowo, testosteron miał buzować jak lawa w wulkanie de Fuego, pot ściekać po włosach na plecach miał, łydy miały skamienieć, dziewczyny miały piszczeć na widok torsów opiętych koszulką termoaktywną, brody rosnąć miały z większym przyspieszeniem niż zazwyczaj i tak dalej.

Tymczasem… każdy dzień był porażką. Pierwszego dnia nasi wspaniali mężczyźni zamiast jeździć szlakami rowerowymi, postanowili wbić na ścieżkę pieszą – w związku z czym większość czasu prowadzili rowery obok, przeklinając chaszcze, stromizny, połamane drzewa i Bogu ducha winne krowy, które tylko sobie stały, co z tego, że na ich drodze. Drugiego dnia trafili do Chatki Górzystów, co skończyło się tym, że zamiast ostro nagniatać po Izerach, ostro przyswajali pyszne jak ambrozja, słynne naleśniki z jagodami, leżeli na słoneczku i opalali swe coraz większe czoła. Trzeciego dnia może i wjechali nas Okraj, może i napili się piwka jak prawdziwe samce, może nawet ktoś przegryzł puszkę tego piwa zębami, ale potem zgubili drogę, a górski freeride zakończył się tyloma upadkami, że nawet wasz siostrzeniec tyle razy nie upadał, gdy się uczył chodzić. Gdy Damian, niczym syn marnotrawny, wrócił do domu, to ledwie go poznałam – tak miał zmasakrowaną twarz.

ALE… co męski wypad to męski wypad, no nie?

8. [Wrzesień]

Singapur, początek września, w dzielnicy Katong wybija północ. Siedzę właśnie sobie w pracy, czyli z moją grupą VIP-ów w singapurskim hotelu, wysłuchując gorzkich żali i koncertu życzeń. Przewodniczka się nie podoba, dej inną. Program trzeba jednak zmienić, bo w życiu to już się dużo najeździliśmy, dużo naoglądaliśmy, teraz chcemy czegoś WOW. Czy możemy nie jeść tak dużo azjatyckiego jedzenia? Azjatyckiego. Jedzenia. W Azji. Patrzę na nich z niedowierzaniem. Czy to będzie najbardziej spektakularna porażka w mojej, pożal się Boże, karierze?

ALE: nie śpię do rana, kombinuję, ściągam nowego przewodnika, potem nie śpię jeszcze więcej i o dziwo, wszystko idzie jak po maśle. Mam nawet czas, by przejść sobie 16 km z buta przez Singapur, napić się drina na szczycie Marina Bay Sands, zachwycić się świetlnym koncertem w Gardens by the Bay i uprasować koszulę. Na koniec przybijam piątkę z Ambasadorem RP w Singapurze i zawijam się do Polski. Azję kocham dalej miłością tragiczną.

9. [Listopad]

2017 to rok mojej najbardziej smutnej porażki w starciu z naciągaczami. Po tej akcji zastanawiałam się długo, czy taki przegryw jak ja ma prawo jeszcze stąpać po ziemi. Myślałam, że przeżyłam już wszystko – sprytnych indyjskich kierowców tuk-tuków, sklepowych oszustów, kambodżańskich złodziei, że nic mnie nie zaskoczy… Ale nie. Bo na placu Dżamaa al-Fina w Marrakeszu złapała mnie za dłoń babulinka: „Henna, madame?”, „Non, laa, no, niet” – rzekłam szybko, próbując wyrwać rękę. I jeśli myślicie, że jestem silniejsza od marokańskiej babulinki, to się mylicie. 15 sekund później na mojej dłoni widniało już dzieło sztuki ulicznej. Nawet mi jeszcze brokatem posypała na wiwat. W moich oczach zalśniły łzy, takie to było brzydkie.

– Madame, taka piękna henna (niech pomyślę… nie), o, identyczna jak w tym oto katalogu, 350 dirhamów (131 złotych).
– COOO? Chyba wietnamskich dongów! Dam max 30 dirhamów, to się nawet do muzeum sztuki współczesnej nie nadaje, a poza tym ja nie mam pieniędzy, mój chłop ma, o tam.
– O madame, pani złą kobietą jest, a pani chłop też jest złym człowiekiem, patrzcie, tu mam moją koleżankę w ciąży, nie jest wam głupio, że ona w ciąży, a wy macie tak mało hajsu…
I tak dalej, i tak dalej, halo policja, proszę przyjechać do Maroka. Szorowanie skóry nic nie dało, chodziłam potem przez cały tydzień z tym mazidłem jak z blizną, jak z piętnem chodziłam z mazidłem tym. Henna – moje piętno przegrywu.

ALE… w Marrakeszu fajne koty były, a potem weszliśmy na Jbel Toubkal (4167 m n.p.m.), więc generalnie sukces za sukcesem. I o tym wejściu wpis już niedługo!

Zdjęć henny nie robiłam, aż tak się wstydziłam, ale za to łapcie smutnego pana na Dżamaa al-Fina

10. [cały rok]

Jak tak sobie podliczamy nasze weekendowe wypady, to najczęściej odwiedzanym przez nas miejscem w 2017 była… Legnica. Nie Bahamy, nie Borneo, nie Paryż, jednak Legnica, smutniejsza starsza siostra Lubina, Mała Moskwa, miasto, które nie uchwaliło budżetu na ten rok. Brzmi porażkowo, nie?

ALE: mieliśmy w tym swój cel. W 2017 bowiem przehasaliśmy dziesiątki (setki?) kilometrów z legnickimi schroniskowymi bezdomniakami, wkręcając się w psi wolontariat i pomagając psiakom najlepiej, jak umiemy. Aż w końcu, wraz z SOS dla Zwierząt „Psiakot”, zorganizowaliśmy i skoordynowaliśmy jesienną edycję „Biegu na 6 Łap”. Jesteśmy wdzięczni za te sierściuchy i za tych wspaniałych ludzi, których mogliśmy poznać i wciąż poznajemy, pomagając zwierzom, kumplom naszym! 

11. [teraz]

Przed Wami najgorsza/najlepsza porażka tego roku. Kojarzycie serial „Korona królów”? Ten, w którym dialogi układa Jaś z 3e, a za zdjęcia odpowiada pan Janusz, kamerzysta weselny spod Radomia (który wszystkie ujęcia z lotu ptaka kręci z dachu)? Ten, w którym rekwizyty kupione zostały w sklepie „wszystko za 5 złotych”, a kostiumy szyte są z firanek babci? Ja też wolałabym nie kojarzyć. To teraz słuchajcie tego. W ciągu 2 dni od premiery pierwszego odcinka „Korona królów” zebrała dwa razy więcej lajków na FB niż my, Ziemniaki, przez ostatnie trzy lata. BENG.

ALE: Mamy kilku wiernych fanów, co lajkują nam każdy post (dzięki, Mamo :D). Always look on the bright side of life, tu tu, tu tu tu tu tu tu!

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

9 Comments

  1. Gadulec
    4 stycznia 2018

    Hahahaha padłam 😀 Też dałam się złapać na hennę! I też miałam to: jak to JA? Taka „podróżniczka” w miarę ogarniająca świat? Potrafiąca się wykłócić o 1USD w Tajlandii, a teraz w hennę się wpakowałam… Cóż, trzeba było machnąć ręką i zainwestować w porządne mydło czy zmywacz do paznokci xD
    PS. Uśmiałam się jak zawsze. I ten zaręczynowy banan <3 Uwielbiam Was!

    Odpowiedz
    1. marta
      10 stycznia 2018

      W moim przypadku ani mydło ani zmywacz nie dał rady; mogłabym sobie tę rękę kwasem polać, a i tak by się trzymało. Ręka by się spaliła, a henna została. Dobry materiał, może dlatego tak drogo 😀
      A o bananie będę dzieciom opowiadać. – Mamo, mamoo, a jak tatuś Ci się oświadczył? – Dziecko kochane, bananem się oświadczył, bananem.

      PS My Ciebie też! 🙂

      Odpowiedz
  2. Travelling Milady
    5 stycznia 2018

    Ha ha, padłam 🙂 Jednak jak wyczytałam to wszystkie porażki przekuliscie w sukces. Damian po zaręczynach nie skończył w wulkanie, rodzice utonęli, ale żyją i nawet henna nie okazała się przez pomyłkę trwałym tatuażem. I witam w gronie ryczących 30-tek. Teraz trzymajmy się wersji, że nie liczy się wygląd tylko mądrość życiowa. Najlepszego na Nowy Rok 😉

    Odpowiedz
    1. Travelling Milady
      5 stycznia 2018

      I dla jasności nie widziałam komentarza powyżej, a zaczęłam tak samo

      Odpowiedz
      1. Travelling Milady
        5 stycznia 2018

        I dla jasności nie widziałam komentarza powyżej, a zaczęłam tak samo

        Odpowiedz
    2. marta
      10 stycznia 2018

      A propos tego wulkanu – to był raczej plan ze strony Damiana, że jak mu odmówię, to mnie unicestwi w jakimś kraterze…
      Trzydziestkowe love! I najlepszego też, obyśmy w 2018 też potrafili wszyscy przekuć porażki w sukcesy! 🙂

      Odpowiedz
  3. Karola | Życie.Me
    5 stycznia 2018

    Wasze opisy sytuacji wszelkich nie są zajebiste. Są turbo-ultra-zajebiste <3

    Odpowiedz
  4. wysrodkowani.pl | Gośka
    21 lutego 2018

    Świetny tekst, naprawdę świetny. Gratuluję tych wszystkich „porażek” 🙂

    Odpowiedz
  5. Anka
    23 marca 2018

    Te zaręczyny – niesamowite!! Otrzymać pierścionek na wulkanie, to musi być kosmiczne uczucie… zazdroszczę! Jak i wielu innych rzeczy, głównie podróży. Co do henny, to ja miałam pecha jak byłam młodsza i w Mediolanie dałam się wkręcić w „darmowe” bransoletki. Na szczęście nie byłam sama i udało mi się wyjść zwycięsko, ale co się nastresowałam to moje 😉 Chyba trzeba przeżyć coś takiego żeby na następny raz być już ostrożnym.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *