Rowerami przez Portugistan. Część 1: Kirgistan.

Pod koniec naszej rowerowej podróży po Kirgistanie spotkaliśmy na trasie starego mędrca, Kirgiza, imieniem Janyl. Przy świetle gwiazd i blasku ogniska cierpliwie słuchał naszych rowerowych opowieści z ostatnich dni. W trakcie tego spotkania wypowiedział tylko jedno zdanie, po którym wstał i ruszył przed siebie. Tym zdaniem było „gdyby Kirgistan miał swoje morze, to po tej historii właśnie by wyschło”. Zaś reszta już wydarzyła się naprawdę. 

03/09/16 „Transfer PRAGA – STAMBUŁ – BISHKEK”

Jak nam idzie? Jak Polakom pod Chocimiem.

Jesteśmy w komplecie, choć ten komplet to ma swój znak zapytania. Jeszcze wczoraj późnym wieczorem wylądowaliśmy z Krzyśkiem na pogotowiu z ostrym bólem brzucha. Diagnoza? Zapalenie błony żołądka. Z decyzją o wylocie z Pragi Krzysiek wahał się w zasadzie do ostatniej sekundy. Rzuciliśmy monetą. Gdyby moneta spadła reszką do góry – lecimy w komplecie. Gdyby orłem do góry – lecimy w komplecie. Gdyby spadając zatrzymała się na kancie – Krzysiek zostaje w Polsce. Wypadła reszka. Nie ignorujemy sytuacji, gdy tylko wylądujemy w Bishkeku, Krzysiek ląduje pod pierzyną i kuruje się do startu (od teraz ma na to 17 godzin).

Mamy też mały problem z namiotem. Jako, że staramy się poprowadzić nasze wyprawy nisko-budżetowo, namiot zamiast kupić – wypożyczyliśmy. I gdy wszystko było dogadane z firmą wypożyczającą namiot (której nazwy jeszcze nie podajemy, poza tym że jest z Poznania i na 3 litery) na zicher, zaczęły się problemy. Najpierw musieliśmy odebrać go wczoraj o 18:00 osobiście w magazynie firmy kurierskiej, bo namiot był zaadresowany na błędny adres, a kurier nie ogarnął. Co było potem? Potem okazało się, że firma z Poznania wysłała nam… zły namiot! Zamiast czwórki ważącej 6,3 kilogramów otrzymaliśmy namiot rodzinny ważący ponad 12 kilogramów. Zrozumielibyśmy brak śledzia, albo gdyby był w kolorze fuksji, khaki albo mięty, zamiast oryginalnie niebieski. Ale zupełnie inny model? Szansa na zmianę namiotu była tak duża jak szansa na przyłączenie Czech do morza. Nie mając już pola wyboru zabraliśmy namiot ze sobą. Jutro będziemy próbować zorganizować alternatywny sprzęt na miejscu. Jeśli się nie uda? Wtedy kupujemy cztery krzesła, stolik i grilla. To tylko po 3 kg więcej na głowę.

W tej chwili czekamy na międzylądowaniu w Stambule. Za trzy godziny wylatujemy do Bishkeku, gdzie mamy w planach wylądować o 8:00 lokalnego czasu. Tam odszukujemy mieszkanie naszego couchsurfingowego gospodarza, a potem walczymy o rozwiązanie problemu z namiotem.

1 (4)

 

Dzień 1. 04/09/16 „Dzień dobry Pan Bishkek”

Orzeł wylądował, powtarzamy, orzeł wylądował!

Nadajemy do Was z Bishkeku, który w niedzielę postanowił urodzić słońce. Wraz z wyjściem z samolotu jego promienie oświetliły nasze wysokie czoła, a nieliczne włosy niczym trawa na pustyni, potargał ciepły, letni, lekko pustynny wiatr. W cieniu mieliśmy 40C, w słońcu powiedzmy ponad 50C, jednym z plusów było to, że nam się woda w menażce gotowała bez kuchenki.

Lotnisko w Biszkeku przypominające wrocławski Pasaż Zielińskiego albo stację Wałbrzych Fabryczny, pełne było taksówkarskich akwizytorów pukających do naszych kieszeni. Później zaskoczyło nas jeszcze darmowe wi-fi w starej marszrutce oraz uliczni sprzedawcy kefiru i mrożonej herbaty nalewanej z termosów. Pierwszy raz skorzystaliśmy też z Portugistan Helpline 24h (z pomocy Marty w sensie) bo… zgubiliśmy adres naszego gospodarza.

A potem była magia!

Couchsurfing. W Polsce portal internetowy, w którym raz na dziesięć zapytań ktoś udostępni ci kawałek podłogi. W Gruzji portal, w którym dwanaście razy na dziesięć ktoś udostępni ci kawałek podłogi i butelkę wina. W Kirgistanie zaś portal, w którym poszukując noclegu zostajesz adoptowany przez lokalną rodzinę, która cię nakarmi, napoi, pomoże załatwić namiot, gaz do kuchenki, lokalną kartę sim a na koniec wypije z tobą butelkę pysznego ginu.

Ajnura: Weź sobie Krzysiu jeszcze ten kawałek mięska.
Krzyś: Ale mamo, już nie mogę!
Mika: Witek, czemu nie mówisz, że brakuje ci czaju!
Witek: Ósmej filiżanki już nie wcisnę…
Salim: Chłopaki, myk myk, bo jedziemy zaraz na miasto!

Tak to mniej więcej dziś wyglądało. Rachunek jest taki, że odebraliśmy już rowery i sakwy, mamy skompletowany cały brakujący sprzęt poza namiotem, zjedliśmy tak ze cztery obiady (i trochę się boimy, że w nocy ktoś przyjdzie i wrzuci nas do pieca jak Jasia i Małgosię) no i generalnie spędziliśmy dużo czasu wśród kirgiskiej rodziny, której gościnność pokonuje nas jak Anita Włodarczyk pokonuje rekordy świata na olimpiadzie.

Plan na jutro: pobudka 7:30, szybkie pakowanko w sakwy i spożywcze zakupy. Będzie jeszcze śniadanko, bo Ajnura mówi, że jak nie zjemy, to dzwoni do naszych prawdziwych rodziców. Zanim z Bishkeku wyjedziemy, musimy jeszcze załatwić namiot. A to w tej chwili dla nas trochę taka misja na marsa.

PS: Dla fanów Krzysztofa Pawlaczka: miał on u naszej rodziny lepiej niż w szpitalu w Leśnej Górze. Nie było Gosi Foremniak, była za to córka głowy rodziny, Mika, która go doglądała, kocykiem opatulała, napitku przynosiła. Krzysiek mówi, że jutro rzuca monetą i tylko zatrzymanie monety na kancie może go powstrzymać.

PS2: Dla fanów Marcina Chlewickiego: dlaczego bycie hipsterem czasem bywa …ujowe? Kiedy na miejscowym bazarze próbujesz kupić lokalne, fairtrade’owe, vegefriendly, gmo-free mydło o zapachu kokosa, a w rzeczywistości kupujesz radzieckie mydło o zapachu świeżo palonych węgla i smoły. Tak, mowa o Marcinie Chlewickim.

2 (3) 3 (3) 4 (2)

 

Dzień 2. 05/09/16 „Gotowi, do startu, aaa poczekaj… start?”

Pamiętacie nasze plany? O siódmej pobudka, o dziesiątej wyjazd? Wszystko wyszło niezgodnie z planem 🙂 Po obfitym śniadaniu u naszych gospodarzy (och co to była za owsianka – jak u babci! A jakie pyszne melony!) ruszyliśmy z pakowaniem. Myślicie, że faceci pakują się szybko, bo zabierają dwie pary gaci i jedne skarpetki? To nie my. Spakowanie się w sakwy przypominało nieco grę Tetris, a że klocków było za dużo, nasz bagaż uszczuplił się o jakieś 30%.

W samo południe pojechaliśmy załatwiać ostatnie drobne sprawunki. Najpierw rozwiązaliśmy problem z pedałem Krzysia, potem wypożyczaliśmy namiot (hip hip hurra i wiwat!) w którym mieści się tylko Witek i sakwy :D, potem jeszcze nakupiliśmy jedzonka i skoro świt, czyli kilka minut przed 15:00 i po dziesięciu kilometrach biszkekowej włóczęgi ruszyliśmy w stronę Sosnovki.

W 2.5 godziny zrobiliśmy… uwaga, uwaga… 68 kilometrów. Po autostradzie Bishkek-Osh szliśmy skutecznie jak TGV, pięknie, jak klucz łabędzi, w pełnej jedności ośmiu pedałów.

Jak połączycie kropki, to dojdziecie, że po tych 68 kilometrach to już nas zastała noc. I tak przejeżdżając przez małą wioskę trafiliśmy na Nurę (i jej brata i mamę i tatę i dwie córki), która zaprosiła nas do swego zadaszonego atrium. Wymiana podarków za nocleg poszła nadspodziewanie dobrze:

My: Mamy tu dla Was kilka giftów. Polską pocztówkę, paczkę harribo…
Oni: A te suszone śliwki to też możemy zatrzymać?
My: Taaak.
Oni: A tę paczkę papierosów?
Witek: Taaak.
Oni: A tę tubkę tabletek musujących Isostar też?
Krzysiek: Może następnym razem?

Na koniec dorzuciliśmy jeszcze kilkaset som za gościnę. I kabanosy. Co?! kabanosy? Tak, kabanosy. Kirgistan to kraj muzułmański, więc gdy wyciągnęliśmy nasze przepyszne wieprzowe pętka z pewną dozą nieśmiałości zapytaliśmy:

My: Nura, mamy polskie kabanosy. Czy nie będzie problemem jeśli my je tu pakuszać?

Nura: Nie. Jedzcie wy, my nie będziemy.

I tak to trwało może z kilka minut, kiedy się okazało, że Kabanosy Tarczyński to może nie, ale te z Krakusa bardzo przypadły rodzinie Nury do gustu. Tak bardzo do gustu, że my tych kabanosów nawet nie spróbowaliśmy 🙂

Na koniec dostaliśmy od rodziny Nury dość ekstrawagancki prezent…Teraz podamy Wam 4 podpowiedzi, a wy zgadniecie, która jest właściwa. Kilkanaście wersów niżej będzie odpowiedź. Więc? Co dostaliśmy od rodziny Nury?

(a) 5 litrów zsiadłego mleka na drogę; (b) kotwicę; (c) wypchanego barana; (d) ręcznie pleciony dywanik.

Jest to o tyle śmieszna historia, że przedmiot waży swoje, a my za punkt honoru postawiliśmy wieźć ten przedmiot z nami.

DSCF2713 DSCF2717   DSCF2726 DSCF2731 DSCF2738

 

Dzień 3. (62 km) 06/09/16 „O górcze pieczone!”

Zadanie na dziś było proste, tak proste, jak proste może być słońce albo włos Kirgiza. Czyli non stop pod górę. Miało być miło i przyjemnie, po asfalcie, miało nie wiać w oczy nam… A było tak, że na koniec dnia leczyliśmy rany, pudrowaliśmy talkiem nasze odparzone pupcie i ogólnie, to nie wiedzieliśmy kak nas zawut! Pokonaliśmy siebie.

W skrócie: Przejechaliśmy wczoraj 62 kilometry. Wyruszyliśmy z wysokości 898 metrów n.p.m. a skończyliśmy na 3078 metrów n.p.m. Czyli w sumie 2180 metrów w górę! Ej, to ten moment, kiedy możecie wyszeptać cichutkie „wow, szacuneczek”.

Ten dzień składał się z trzech etapów:

„Etap I: ciepło i niestrasznie”. Czyli pierwsze 20 kilometrów, po śniadaniu, pełni werwy i energii.
„Etap: II oj, coś mocno już pod górę”. Czyli piękne góry wokół nas, ale droga coś podejrzanie wymagająca.
„Etap: III o ja pier…niczę, chcę do domu”. Premie górskie pierwszej kategorii, zepsute na trasie ciężarówki, średnie nachylenie terenu ponad 12%, wiatr, deszcz, pękające gumy (w oponach) i w nicość lśniące się serpentyny.

Z przygód: złapaliśmy pierwszą i drugą gumę (Damian złapał pierwszą i drugą), jeden Kirgiz zwinął nam polską flagę, drugi Kirgiz chciał upić Witka kumysem, jeszcze inni Kirgizi zamęczali nas photo sesjami.

Niekwestionowanym liderem podjazdu był Witek, niczym Rafał Majka naciskał na pedały, aż komentatorzy Eurosportu krzyczeli wniebogłosy „pchaj Witek, pchaj”.

Gdy dojechaliśmy na szczyt, byliśmy już kompletnie zmęczeni. Tak zmęczeni, jak zmęczeni mogą być pracownicy korporacji w poniedziałek o 10:30.. A tak serio, to byliśmy naprawdę bardzo wyczerpani. Nie dało się już jechać dalej, więc Krzysztof przystąpił do twardej negocjacji noclegu z mundurowymi.

K: Mam tu czterech zmęczonych cyklistów, macie wy może kawałek podłogi w tej waszej strażnicy?
M: 3000 som.
K: Dam 800 som.
M: 2500 som.
K: Dam 800 som.

Ostatecznie Krzyś cenę stargował do 1500 i był w tych negocjacjach bezkompromisowy jak Zbigniew Stonoga. Zaś uwierzcie nam na słowo, ta cena była jak promocja w Media Expert.

Kiedy wy czytacie ten post, my zamieniliśmy już asfalt na szutry i jesteśmy już w drodze na jezioro Song-Kul.

DSCF2745  DSCF2807 DSCF2808   DSCF2857

IMG_7661

 

Rozstrzygamy zagadkę!

Jaki prezent otrzymaliśmy od rodziny Nury? Co wprawiło nas w konsternację? Co sprawia, że za każdym razem, gdy ten prezent rozdajemy między sobą do sakw gramy w marynarza albo papier-nożycze-kamień i każdy z nas w losowaniu oszukuje?

Ok, no to prosto z mostu… dostaliśmy kotwicę.

W pierwszej chwili wyglądało to tak, jakby rodzinie Nury wydawało się, że my Kirgistan żeglugą śródlądową pokonujemy i co jak co, ale kotwica to nam się musi przydać. Później uznaliśmy, że Nura to po prostu z nas śmieszkuje. Wręczając ją nam rodzina była jednak bardzo poważna więc uznaliśmy, że tej kotwicy to się nie możemy ot tak pozbyć.

I tak wieziemy tę kotwicę od wioski do wioski, pytając na poczcie, czy pozwolą nam ją nadać do Bishkeku lub Wrocławia. I tak się odbijamy od poczty do poczty jak ping-pongi, bo te babuńki za pocztowej lady tak się na nas patrzą i myślą, i myślą pewnie, po kiego grzyba tym rowerzystom kotwica w górach…

Więc tak wieziemy te ponad dwa kilogramy na pace, już trzeci dzień, zmieniając się co 25 kilometrów. I coś nam mówi, że los chce, abyśmy ją dowieźli rowerami do końca 🙂

1 (5) 2 (4) 3 (4)

Dzień 4. (102 km) i 5. (63 km) 07-08/09/16 „Kirgistan to nie są drobne ziemniaczki”

Ścieśniamy dwa dni w jeden i średnio dziś pośmieszkujemy. Dlaczego? Bo w ciągu ostatnich dwóch dni dotarło do nas, że jazda rowerem po Kirgistanie to wyzwanie. Trzech z nas walczy z biegunką, czwarty z przeziębieniem, sakwy drą się jak mewy nad Ustką a nogi buntują się przed kolejnymi podjazdami po szutrowej tarce. To nie są wakacje all inclusive w Antalyi. Ale nie poddajemy się, jedziemy dalej, jedziemy dalej dla Olega, choć morale w naszym zespole mogłyby być lepsze.

W środę poznaliśmy dokładne znaczenie rosyjskiego „bystrej, bystrej!”, kiedy pogranicznik bardzo kulturalnie wyprosił nas z sieni i wyrzucił na pastwę zimnego poranka na wysokości ponad 3000 metrów.

Jazda rowerem tunelem? W sumie nie wiemy czy to dozwolone, ale nie mieliśmy innego wyjścia aby przebić się na drugą stronę gór i ustawić gps’y na Song Kul. Wydawało nam się, że 100-kilometrowy zjazd to sama przyjemność, że pół obrotu korby i witamy się z gąską. Nic bardziej mylnego. Nie było ani szybko, ani przyjemnie. Tego dnia zderzyliśmy się z okrytym złą sławą kirgiskim szutrem pokrytym tarką. Co to oznacza? Uszkodzone amortyzatory, kolejna guma, niekontrolowane straty w bagażu (z sakw wysypywało się wszystko, namiot, klapki, śpiwory, woda, ciastka z marmoladą… zaś nasze wnętrzności zostały wymasowane lepiej niż po miesiącu intensywnych zajęć jogi). Jeśli coś nas tego dnia trzymało przy życiu, to przepiękne, księżycowe krajobrazy, wspierające nas okrzykami na trasie kirgiskie szkraby i myśl, że do Song Kul już mniej niż 200 kilometrów.

Co dzieje się w tym kraju, gdy na przystanku autobusowym zapytasz przypadkowo spotkaną starszą babulkę o sklep? Dostajesz zaproszenie na herbatę, które kończy się noclegiem i kolacją (z przepysznie zabójczym kefirem i baraniną).

Jest czwartek. Czarny czwartek. Większość z nas ma za sobą niemal nieprzespaną noc z przygodami. Jeśli nie jecie jeszcze kolacji to na pewno macie to w planach, dlatego ze względów estetycznych pominiemy (bolesne gastryczne) szczegóły. Wystarczy, że połączycie kropki: 100 km rowerowych turbulencji w pełnym słońcu + kefir + baranina. Odwodnieni i zmęczeni ostatnią rzeczą na jaką mieliśmy rano ochotę był rower.

Choć dziś do pokonania mieliśmy raptem 63 kilometry, ten dystans zajął nam cały dzień. Na temat lokalnych wychodków w Kirgistanie moglibyśmy się po dzisiejszym dniu doktoryzować. Zaś jeden z nas od razu powinien dostać tytuł Doctor Honoris Causa.

Zarzuciliśmy też kotwicę. W sensie, że udało nam się ją nadać pocztą do Bishkeku. Pojawi się tam przed naszym przyjazdem. Ciąg dalszy czwartku to kolejne piękne widoki i walka naszych osłabionych organizmów z kolejnymi kilometrami.

Teraz siedzimy w guesthousie, który pozwolił nam na pierwszy CIEPŁY prysznic i łóżko od kiedy wyruszyliśmy z Bishkeku. Nasze plany na kolejne dni? Nie poddajemy się, jedziemy dla Olega, o ile tylko uda nam się dziś podleczyć i naładować baterie.

 DSCF2912 DSCF2965   DSCF3026  DSCF3058 DSCF3074   DSCF3135 DSCF3147 DSCF3161 DSCF3165  DSCF3179 DSCF3246  DSCF3285

Dzień 6. (zero km), 7. (33 km) i 8. (24 km) 09-11/09/16 „Najtrudniejszy etap w życiu”

Nadajemy do Was z bazy w Kyzart, już czyści, najedzeni, lecz zrypani jak koń po westernie. Dwa ostatnie dni to najcięższy rowerowy podjazd życia dla każdego z nas. Ale od początku:

Na piątek nie było mocnych. Wciąż trzymała nas klątwa faraona, dlatego zrobiliśmy sobie dzień odpoczynku. Podleczyliśmy nasze chore brzuchy, powalczyliśmy z migrenami i daliśmy odpocząć łydkom. Wieczorem pograliśmy w karty, odkaziliśmy nasze dusze przepysznym kirgiskim Calvadosem i w końcu wyspaliśmy się do syta.

No i przyszła sobota. Dzień szósty. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ale dlaczego nikt nie powiedział, że będzie tak cholernie ciężko?! Najpierw przemierzaliśmy pagórkowate pola pszenicy i zdawało nam się, że to Hans Zimmer nam do uszka szepcze soundtrack z „Gladiatora”. Chwilę później skończyła się pszenica, potem chaty, wody i doliny i zastała nas droga delikatna jak… radziecki czołg.

W końcu wjechaliśmy na szlak, który prowadził wśród skał. I gdy wydawało się, że gorzej to już na pewno być nie może, skończyły się skały a zaczął się podjazd-kreska, podjazd taki trochę jak orka na ugorze, jak nic, co najmniej 20% nachylenia, w trakcie którego Twój aluminiowy rumak traci przyczepność do podłoża. Kamienie i nierówności na tej „drodze” wykręcały nam kierownice na prawo i lewo próbując zatrzymać nasz zuchwały podjazd. I dlatego choć staraliśmy się podjechać tak bardzo, jak bardzo Leo DiCaprio starał się o Oskara, wiele razy musieliśmy po prostu zejść z roweru i pchać go pod górę (i to wcale nie znaczy, że było nam lżej). Wyruszyliśmy z 2211 m. n.p.m. Wjechanie na przełęcz przy jeziorze Song Kul, na wysokość 3400 m. n.p.m., zajęło nam prawie sześć godzin (dystans? 24 km!).

Jeszcze przed wyjazdem do Azji mieliśmy w planach nocleg w kirgiskiej jurcie. Po podjeździe na przełęcz było nam już wszystko jedno, czy będziemy nocować w jurcie, ziemiance czy indiańskim tipi. Wszystko inne niż jamę w skale bralibyśmy jak ołówki w Ikei. Ostatecznie zacumowaliśmy przy zespole pięciu jurt blisko jeziora. I jeśli coś miało nas tam zdziwić, coś, czego się nie spodziewaliśmy, czego nie ma w poradnikach, to tego, że po kolacji i zmroku ktoś zaparkuje przed naszymi jurtami ładą kombi, później otworzy w niej wszystkie drzwi, puści kirgiskie disco polo na ful i rozpocznie ostrą wixę pod gołym niebem! Co zrobiliśmy? Znacie to przysłowie, że jeśli nie możesz kogoś pokonać (w naszym przypadku – zasnąć w jurcie bo „elele ułałej”), to powinieneś się przyłączyć? 😉 W to, że na tą wixę w środku nocy dołączyły konie i wódz plemienia pewnie nie uwierzycie, więc odsyłamy Was do zdjęć 😉

Co do jurt jeszcze, to następnego dnia Damian mocno wkręcony uciął pogawędkę na ich temat z gospodarzem. I żeby nie było, że my tu tylko śmieszkujemy o tym, że jaranie się pedałami to kolarstwo, krótka ciekawostka o jurtach od DiBiego: jurta to namiot wyglądający jak miska odwrócona do góry dnem. Te kirgiskie mają drzwi zwrócone na wschód, składają się z 5 ścianek, ich główna, chroniąca przed zimnem warstwa pokryta jest baranią skórą (z trzydziestu baranów) zaś wierzchnia – brezentem. Gdybyście chcieli kupić sobie nówkę sztukę, to w Biszkeku można to zrobić za dwadzieścia tysięcy… dolarów (bo taka jurta w tym jej zdobienia są w całości wykonywane ręcznie).

W niedzielę o świcie wykulaliśmy się z naszej jurty prosto na śniadanie, sprawdziliśmy stan rowerów, zrobiliśmy kilka „niespodzianek” dla bohaterów, którzy wsparli Portugistan wpłatami i jeszcze tylko trzy razy przeczekaliśmy burzę (tj. koniec świata lejący się z nieba) zanim ruszyliśmy z powrotem w kierunku Kyzart. Zjechać łatwiej niż wjechać, powiecie? Ta, akurat! Może i zjazd z przełęczy na Song Kul zajęła nam mniej niż sześć godzin, ale gdybyście chcieli dzisiaj pogadać z naszymi klockami hamulcowymi albo amortyzatorami, to dostalibyście od nich w ryj (w ryjek w sensie).

No i my siedzimy właśnie ponownie na tych 2211 metrach, my jesteśmy tu, karkołomny podjazd i zjazd jest tam, a na stole mamy chipsy i batony (tzn. arbuza i niedopitego Calvadosa, ale na nic to, bo ani apetytu nie mamy, ani pić się nie chce). Cieszy nas za to, że noty naszych osiągnięć toaletowych idą w górę (tzn. zdrowie się polepsza). Nasze rowery średnio nadają się do jazdy, ale takimi przyziemnymi sprawami to zajmiemy się rano, jak się wyśpimy.

Plan na najbliższe cztery dni? Dojechać do Bishkeku przez jezioro Issyk Kul (ponad 300 km) z jednym większym podjazdem. Damy radę? Musimy!

1 (3) 2.2  4.1 3.5  4.3  6 (2) 7 (2)  9 (2) 10 (2)   12.6 13 14 15   19   21 27

Dzień 9. (82 km) i 10 .(54 km) 12-13/09/16 „Czy w Kirgistanie pada deszcz?”

Pozdrawiamy z kirgiskiego Władysławowa, z Bałykczy w sensie, gdzie wieje jak w kieleckim, a prąd rozdaje się ludziom na kartki. Dotarliśmy nad Issyk Kul, niby jezioro, ale nam wydaje się, jakbyśmy byli nad Bałtykiem. W pierwszej chwili rozglądaliśmy się za cymbergajem i parawanami, ale nawoływania z minaretów sprowadziły nas na ziemię. Ale po kolei:

Poniedziałek. Żegnamy się z jeziorem Song Kul, nie żegnamy niestety z szutrowymi drogami. Jeszcze przez 40 kilometrów nasze tyłki i sakwy obijają się na przeklętej kirgiskiej tarce. W międzyczasie zaliczamy jeszcze jedną przełęcz (2600 m), łapiemy dwie gumy (zgadnijcie kto łapie*) i zwiedzamy okoliczne sławojki (klątwa faraona ma się dobrze w naszej ekipie).

W końcu wjeżdżamy na asfalt. Marcin upada i całuje ziemię. Krzyśkowi po policzku spływa rzewna łza. Witek dzwoni do mamy a Damian nuci piosenki Hanny Banaszak, ze szczęścia. Zamienić szutr na asfalt to jak zamienić socjalizm na kapitalizm (no dobrze, nie dla każdego lepiej), jak wysłużonego Poloneza na Passata w kombi tdi, to jak wyprowadzić się z Radomia do Warszawy (albo jak kto woli, z Warszawy do Radomia).

Dzień kończymy 10 kilometrów za Kochkorem. Znajdujemy doskonałe miejsce biwakowe nad rzeką. Jest piękny, ciepły, wrześniowy wieczór. Po rozbiciu namiotu harcujemy w najlepsze – ktoś z telefonu puszcza przeboje Krzysztofa Krawczyka, ktoś opowiada żarty Tadeusza Drozdy, sypią się karty, leje się Calvados. Nawet wyjść na niezdrową dwójkę jakoś tak przyjemniej, bo niebo gwiaździste nad nami. Zasypiamy.

– plum. plum. plum…
– (Witek) czy to koń tak wyje w księżycową noc?
– PLUMPLUMPLUM…
– (Marcin) to deszcz. Nie, czekaj, to ulewa! Która zalewa nasze rowery, sakwy i podmywa namiot!
– bum. bum. bum…
– (Krzysiek) czy to osioł tak zęby szczerzy rad?
– BUMBUMBUM.
– (Damian) to grad. To natura ten krąg życia wprawia w ruch. Czy z życia można wycisnąć więcej?

Wtorek. Budzimy się i od razu zabieramy za wyciskanie wody z przemoczonych rzeczy. Pakujemy nasz rowerowy cygański tabor i ruszamy w kierunku Bałykczy, na starcie zahaczając jeszcze o lokalną gospodę z prośbą o pitną wodę.

Ledwo się na rowerach przebudziliśmy a już nad nami zawisły czarne chmury. Szybko przybraliśmy formację szczupaka i rozkręciliśmy nasze TeŻeWe. Niby się udało, a niby nie. Deszczowy Mordor nas dogonił, ale nie zjadł. Ponownie lekko przemoczeni i przed samym miastem mocno przewiani wjechaliśmy do Bałykczy około 15:00.

Podjazd na tunel (3100), na Song Kul (3400), zatrucia pokarmowe, sraczki, przeziębienia, migreny, nocna ulewa i silny wiatr w oczy na koniec – nie ma bata, zasłużyliśmy na chwileczkę zapomnienia w Bałykczy! Dlatego zanim jeszcze znaleźliśmy nocleg namierzyliśmy knajpę, która serwuję szczyt naszych marzeń – pizzę. I gdy po rozszyfrowaniu cyrylicy zamówiliśmy cztery duże, Meksykańską, Tropikalną, z Kurczakiem i Wiejską, gdy po około godzinie oczekiwania na całego na biało ubranego kelnera z czterema kawałkami ciasta w pomidorowym sosie wydarzył się on – power cut. A potem podszedł kelner i rzekł „sorry mister, no electricity, so no pizza today”. Tylko Marcin wyszeptał spod wąsika bezsilne „kurwa”.

Siedzimy w guesthousie przypominającym dom naszych babć (bardzo polecamy, 200 som od głowy) i rozmyślamy nad rowerowymi planami na kolejne, ostatnie już dwa dni pedałowania. A jak już porozmyślamy, to nie ma bata, robimy drugie podejście do projektu „pizza today”.

*tak, Damian.

DSCF3654  DSCF3709  DSCF3742  DSCF3762  DSCF3798 DSCF3801    DSCF3867   DSCF3892 DSCF3911  DSCF3928 DSCF3973 DSCF3981

Dzień 11. (88 km) i dzień 12. (173 km) „Czy z życia i dziurawych dętek można wycisnąć więcej?”

Trzy godziny temu zabrzmiał nasz ostatni rowerowy akord, w tle Doorsi grają „The End”. Przejechaliśmy dzisiaj 173 km, do sumy z poprzednimi dniami wychodzi, że zrobiliśmy 772 km, po górach, szutrach, asfalcie, pośród malowniczych wiosek i zatłoczonych miasteczek. Zanim pojawi się tu podsumowanie naszych kirgiskich wojaży zapraszamy Was na relację z ostatnich dwóch dni. Nudy nie będzie.

Były trzy rozkminy, jak rozegrać te dwa dni. Pierwszy taki, że od razu ruszamy z Bałykczy do Biszkeku (173 km) i że zrobimy ten dystans akurat w dwa dni. Drugi taki, że jeden dzień jeździmy po okolicy, a drugiego dojedziemy do Biszkeku rowerem i autostopem. Był też plan trzeci, damianowy, szalony, że pierwszego dnia zrobimy rower na lekko po okolicy, a drugiego spróbujemy przejechać całą trasę Bałykczy-Biszkek. Lubimy ból, więc wybraliśmy wariant numer trzy.

W środę zostaliśmy nad Issyk Kul. Program był wyborny, bierzemy ręczniki, kąpielówki, jedziemy 10 km za miasto, na plażę, uprawiamy parawaning, drinking i leżing. Ile z tych rzeczy udało się zrealizować? Hehe, żadnej. Bo okazuje się, że we wrześniu, to nad Issyk Kul ruch jak w Bieszczadach po sezonie, kurorty zamknięte i na plażach to co najwyżej psy tyłkami szczekają. My uparcie łudziliśmy się, że kiedyś dojedziemy do tego issykulskiego Mielna. Dlatego zrobiliśmy te 88 km. Ale kirgiskiego Mielna nie odnaleźliśmy.

Za to wieczorem wyszliśmy do baru. To doskonały pomysł, aby po przejechaniu 88 km i przed przejechaniem 173 km wybrać się do baru, aby opić urodziny członka TeamKirgistan. Dlatego wybraliśmy taki, w którym właściciele nie mieli problemu z naszym życzeniem, aby wyprosić nas o 22:00. Marcinie, gawędziarzu, dobry duszku zespołu, czarny koniu zawodów, doskonały interlokutorze, jeszcze raz – sto lat z okazji 15. urodzin.

No i czwartek, dzień, w którym dostaliśmy od życia buzdyganem po głowie. Nie znaliśmy specyfiki trasy, dlatego wmówiliśmy sobie, że przez kilometr się rozpędzamy, a potem będzie już z górki, że potem Pinokio idzie sam. Wszyscy stawiliśmy się o 6:00 na pobudce w pokoju Marcina i Damiana, spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy, potem rzuciliśmy okiem na mapę, potem spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy tym razem z wielkim politowaniem, a potem poszliśmy po kolei do kibelka, bo wciąż durchfall, diarrhea i tym podobne sraczki.

Gdzieś tam sobie w środku wmówiliśmy, że damy radę. Dla Olega, dla wszystkich osób, którzy wsparli jego rehabilitację, dla naszych przyjaciół i rodzin, dla nas samych. I ruszyliśmy na ten ostatni, kirgiski wyczyn.

Pierwszy etap faktycznie był z górki, więc pochłanialiśmy te kilkadziesiąt kilometrów tak szybko, jak Ryszard Kalisz pochłaniał kiedyś pączki w sejmowej kantynie. Jednak już na 70. kilometrze Krzysiek zgłosił prośbę o przeszczep szyi, Witek tyłka, Damian o protezę barku a Marcin o tajski masaż pleców. Zaczęła się jazda na przysłowiowego „śledzia”. Gdzieś tam się pocieszaliśmy, że w Polsce to wszyscy sobie L4 weźmiemy, że może jakieś skierowanie do sanatorium wyciśniemy, że nam dziewczyny po powrocie okład z młodych piersi zrobią… A potem już każdy jechał w milczeniu, zmuszając się do kolejnej zmiany na czubie naszego TeŻeWe. I tak się jakoś rozpędziliśmy, że pędziliśmy tak szybko, że Krzyśkowi z lewego oka zsunęła się i odkleiła soczewka kontaktowa, przez co ostatnie kilkadziesiąt kilometrów był on takim naszym Jackiem Sparrowem.

I kiedy do Bishkeku zostało 25 km wydarzyło się to:

Witek: Panowie, hola! Złapałem gumę w tylnym kole!
Damian: O cholera, podbijam! Ja złapałem na raz i z przodku i z tyłu!

W trakcie klejenia przebitych dętek zbladł Marcin i Krzysiek. W opartym o płot rowerze Marcina zeszło powietrze w obu kołach, zaś u Krzyśka w przednim.

Marcin: Kumulacja dziuronado (tornado dziur).
Krzysiek: Gaś latarkę, one do światła lecą!

Co skleiliśmy i zmieniliśmy jedną dętkę, to pękała kolejna. Taka dętkowa pętla nienawiści. I dopiero po godzinie spostrzegliśmy się, że w naszych oponach obrodziło kolcami, coś jak kolcami róż. Nikt nie wie, skąd się wzięły, pewnie sam kirgiski szatan nam je podrzucił na drodze. Klejenie przestaliśmy liczyć na 9. dętce, a gdy skończył nam się zestaw naprawczy było jasne – jedziemy, a jak komuś zejdzie zbyt dużo powietrza, to postój i pompuj, pompuj, pompuj… I kiedy wydawało się, że już nic nas w tym kraju nie zaskoczy, środkiem ulicy przejechała ciężarówka, na której tańczyli czarnoskórzy ludzie, reklamujący cyrk i śpiewający przebój Jaya Z „Good time, good time, there’s gonna be good time, good time…”.

W apartamencie byliśmy przed 21:00. W jakim apartamencie, zapytacie. Damian to taki facet, który wszędzie ma jakieś kontakty. Tak się złożyło, że w Kirgistanie też parę ma (to po tegorocznej akcji „kirgiska paczka”, o której przeczytacie tu – http://dwarazyziemia.pl/sekrety-kirgiskiej-paczki-czyli-si…/). Janara zaoferowała pomoc, miała akurat wolny apartament na 9. piętrze bloku w centrum miasta. Kirgizi kolejny raz zaskoczyli nas gościnnością.

I tak siedzimy teraz w tym apartamencie. Witek pyta Marcina, jak ma na imię, Marcin mówi do Witka, że Andrzej. Z prysznica leci ciepła woda, wcieramy się nią i nucimy sobie Gene Kelly pod nosem. Choć ten czwartek nas sponiewierał jak Jean Claude van Dame w filmie „Krwawy sport”, to patrzymy na siebie dumnie i jak Tom Hanks w „Szeregowcu Ryanie” meldujemy sobie wzajemnie – „zadanie wykonane”.

Wjeżdżamy zaraz do krainy morfeusza, co by się szybko zregenerować przed jutrem. To będzie nasz ostatni dzień w Kirgistanie, dzień podsumowań, ale też dzień załatwiania ważnych spraw. Musimy zdać sprzęt (rowery, sakwy, namiot), dokończyć projekt niespodzianek dla TeamOleg i ten ostatni raz pożegnać się z surowym, acz pięknym Kirgistanem. Stay tuned!

1 (2)

 3 (2)  DSCF4130 DSCF4142  DSCF4183 DSCF4194 DSCF4199 DSCF4207 DSCF4225

 

Dzień 13. i dzień 14. „Team Kirgistan – mission completed”

Płynęliśmy przez piątek łagodnie, wśród fali łąk szumiących, wśród kwiatów powodzi, tak gładko, jakby nam ten piątek co najmniej Adrea Bocelli skomponował, tak jakby tym razem Pan Kirgistan swoją surową grabą nas tylko lekko po główce muskał niczym dobrotliwy dyrektor PGR-u, dodając swoim barytonem „haraszo, dzisiaj Wam odpuszczę”. Bo raz, że rowery Denisowi z FreeBike zdaliśmy i ten Denis oko przymknął na sakwy Krzyśka i Witka, choć wyglądały, jakby je sowiecki żołnierz kałachem potraktował, to jeszcze zimnym piwem nas napoił (usługa całkowicie w gratisie). Bo dwa, że bez większych problemów i namiot zdaliśmy, i kirgiskie upominki ogarnęliśmy, i się w końcu napiliśmy lokalnego piwa.

Apartament Janary miał jedną strategiczną wadę. Mogliśmy go okupować tylko przez jedną noc. I gdy rezerwowaliśmy kawałek podłogi na lotniczym terminalu dostaliśmy wiadomość o Miki, córki gospodarzy, którzy ugościli nas po przylocie do Biszkeku.

Mika: Hej chłopaki, jak leci? Mama mówi, że macie przyjechać na herbatę, obiad, kolację, drugą kolację, trzecią kolację i śniadanie, bo tato Was zawiezie na lotnisko.

Nie pogardziliśmy zaproszeniem, ba, poczuliśmy się jak gołąb, któremu rzucono kromkę chleba. I znowu, my uparcie twierdziliśmy, że nam do szczęścia tylko dachu i kawałka podłogi potrzeba, nasi gospodarze twierdzili, że Krzysiek wygląda, jakby z Aleppo wrócił, Marcin, że pewnie na sobowtóra Eryka Lubosa się zrobił, bo wygląda, jakby za chwilę miał grać bezdomnego w nowym filmie Wojtka Smarzowskiego, że dla Witka czaj parzy się już od środy a dla Damiana najlepsza baraninka i że godności człowieka nie mielibyśmy, gdybyśmy odmówili.

Nasze wyposzczone, wyczyszczone i lekko kontuzjowane żołądki tym razem klaskały radośnie pod batutą pani domu, ceramiczny kibelek w stylu europejskim (typu muszla) to była taka malutka przyjemność, jakby nas ktoś za sterem formuły 1 posadził i do strefy komfortu przywrócił. Rozmowom i śmiechom nie było końca. W pewnym momencie pojawił się Taalibek (host z couchserfingu, który to wszystko nam zaaranżował) z Johnem (który pedałuje z Londynu już prawie rok), pojawił się Salim z żoną, po domu biegały też dzieci, na stole ledwo mieściły się nowe dania, aż gdzieś tam w głowach zaczęło nam się wydawać, że to Eliza Orzeszkowa nowy rozdział do „Nad Niemnem” dopisuje.

I gdy po wszystkim rozmawialiśmy, że ta kirgiska gościnność to jest tak wielka jak ten podjazd na Song Kul albo jak księżyc Jowisza, gospodarze pojawili się raz jeszcze, aby wręczyć każdemu z nas tradycyjną, lokalną figurkę, dzierżąc jedną jeszcze specjalnie dla Olega, o którym sporo przy stole opowiadaliśmy. I zanim nam oczy zdążyły rzewną łzą nasiąknąć, mama wjechała z butlą miodu na drogę dla każdego.

Ktoś powie, że mieliśmy szczęście do ludzi spotkanych w Biszkeku i na trasie. Pewnie coś jest na rzeczy, ale dla nas na ten rachunek lokalnej ludzkiej empatii składają się w sumie trzy sprawy. Po pierwsze, Kirgizi to naród skromny, nie posiadają zbyt wiele, ale z jakiegoś niewyjaśnionego dla nas powodu zawsze starają się dzielić wszystkim, co mają. Może to otwartość i swego rodzaju zaufanie od pierwszego wejrzenia, którą dziś tak ciężko spotkać? Może po prostu dobroć ludzi, których nie skaził jeszcze zachodni konsumpcjonizm i uprzedzenia? Po drugie, wierzymy w karmę, za każdym razem kiedy na trasie widzieliśmy zakopanego w piachu pick up’a zeskakiwaliśmy z rowerów do pchania, gdy zapraszano nas na nocleg zawsze prócz ręcznie przygotowanych pocztówek i polskich upominków skrycie dorzucaliśmy trochę lokalnej kaski, staraliśmy się dawać to, co dostawaliśmy od lokalsów – to patetyczne dobro, które wracało z powrotem jak bumerang. Po trzecie w końcu to trochę tego szczęścia mieliśmy, zwłaszcza w momentach krytycznych, na podjeździe na tunel, Song Kul czy w bataliach z chorym brzuchem.

Zawiózł nas ojciec o 4:00 na lotnisko, wcześniej od matuli, która specjalne wstała, dostaliśmy ciepłą sycącą owsianeczkę i inne łakocie na śniadanie. Udało nam się zgrabnie na lotnisku odprawić, choć z plecakami, 12 kg namiotem i olegowymi niespodziankami wyglądaliśmy jak handlarze ze stadionu dziesięciolecia. W tej chwili siedzimy na międzylądowaniu w Stambule, spędzamy ostatnie godziny we wspólnym gronie, Marcin ostatni raz rzuci sucharem, Witek dogra ostatnie ujęcia kamerą, Krzysiek ostatni raz zbije piątkę. Mamy po tych dwóch tygodniach masę przemyśleń, pewnie każdy z nas będzie je jeszcze chwilę układał w głowie. A gdy się to poskłada do kupy, podzielimy się nimi z Wami w kilku jeszcze mniej lub bardziej poważnych wpisach.

Etap kirgiski Portugistanu dobiegł końca. Dzięki! Dzięki dla wszystkich czytelników Dwa Razy Ziemia, dla wszystkich fanów Portugistanu, szczególne wielkie DZIĘKI dla kirgiskiego TeamOleg! Byliście dla nas jak najlepszy narkotyk, jak bonus do wypłaty, jak pożyczka ratunkowa dla Grecji, jak bezołowiowa 98. Dzięki za wszystkie słowa otuchy, bez kitu, wiele razy wiatr wiał nam w plecy, my sobie wtedy wmawialiśmy, że to właśnie Polska chucha i dmucha aby dodać nam sił. TeamKirgistan melduje wykonanie zadania. Zaś TeamPortgual  wkracza do akcji w kolejnym wpiście. Jak nasze dziewczyny stawiły czoła kolejnym wyzwaniom – o tym przekonacie się w poście Portugistan – Portugalia – relacja z podróży.

1  3 4 5 6 7 8 9 10 11

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

komentarze

  1. M.
    3 kwietnia 2017

    Z jakiej mapy korzystaliście na miejscu? Jest jakaś sensowna do zakupienia w PL / EU czy można na miejscu?

    Odpowiedz
    1. damian
      26 kwietnia 2017

      Hej. My zdaliśmy się na aplikację na smartfona maps.me (działa offline po pobraniu regionu). Posiadaliśmy równiez kirgiską kartę sim, więc gdy mieliśmy wątpliwości, włączaliśmy google maps. W zupełności wystarczyło. Kirgistan nie ma zbyt wielkiej sieci dróg i ściezek, a obie aplikacje dawały radę nawet w najdalszych zakątkach kraju i przy najmniejszym widocznym szlaku. Ale to trzeba lubić technologie 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *