Savoca czyli raj. W krainie „Ojca chrzestnego” i świętego spokoju

savoca

Jeden lubi turkusowe morze i kontemplowanie białego piasku pod stopami w cieniu pochylonej palmy. Inny woli niedzielę na działce i jak mu karkówka na grillu skwierczy. Jeszcze inny da się pociąć za wspin po sześciotysięczniku w 15-stopniowym mrozie, koniecznie z soplowym glutem zwisającym u nosa. A ten ostatni to kocha, po prostu uwielbia, jak nie gonią go dedlajny, nie dręczą fakapy i jak się mu da wreszcie spokój. Krótko mówiąc – każdy ma jakieś wyobrażenie raju. My się nigdy specjalnie na poszukiwania raju nie nastawialiśmy, bo raj ma to do siebie, że lubi objawić się znienacka – dokładnie tam, gdzie go się nie spodziewasz. W zatłoczonych Indiach. Pod birmańską pagodą. W oczach psa. Na Sycylii.

I tak właśnie, nagle i zupełnie od czapy, objawił się nam nasz kameralny, prywatny raik – w niepozornej, choć naznaczonej wielkim kinem, pełnej sycylijskiego słońca, stukniętych kotów i wszelkich możliwych przypominajek o przemijaniu Savoce.

Do Savoci przyjeżdża się mimochodem, przy okazji, wszak położona jest zaledwie 20 km na północ od Taorminy (ale nie dajcie się zwieść – z racji końcowych serpentyn droga zajmuje dobre 40 minut). Punkt obowiązkowy dla miłośników „Ojca chrzestnego”. To tu na początku lat siedemdziesiątych pojawił się Coppola, szukając plenerów przypominających literackie Corleone. No i znalazł – bo lepsza okazała się niepozorna, ale pięknie położona mieścinka niż prawdziwe Corelone nieopodal Palermo, które do klimatu z książki Puzo pasowało już jak pięść do nosa – postęp zrobił swoje (inna wersja mówi, że kazano Coppoli za kręcenie w Corleone zapłacić całkiem pokaźnym workiem monet, co oczywiście było mu nie w smak).  

Turyści zwykle lądują w Savoce na chwilę – obowiązkowe zdjęcie z kościołem San Nicolo i przy Barze Vitelli, może usiądą, zamówią espresso lub pistacjową granitę – i nara, pojedli, popstrykali, to do domu.

A jak to było z nami, ziemniakami?

Otóż ziemniaki właśnie zakończyły z przytupem okres konkubinatu, a owo wiekopomne wydarzenie miejsce miało na Etnie (więcej przeczytacie we wpisie Ziemniaki w popiele).  Padaliśmy na ziemniaczane pyszczki, bo dwie ostatnie noce spędziliśmy na pełnej k… obiecie lekkich obyczajów – pierwsza noc upłynęła pod znakiem drogi na Sycylię w pociągach, autobusach, samolotach, druga na marznięciu w aucie przed uderzeniem na Etnę, wydobywaniu się ze śpiworka (no co, ze 2 godziny mi to zajęło) i na trekkingu. Marzyliśmy już tylko o wytrzepaniu z butów wulkanicznych kamyczków i rzuceniu się na wyrko, niekoniecznie w celu konsumpcji zaręczyn. Morfeusz przyzywał nas do siebie na co najmniej  kilkugodzinną bibę w niebycie. Gdy człowiek jest tak zmęczony, to w sumie wszystko jedno, czy trafi mu się obskurny hostel z widokiem na ścianę, rozłożony fotel we Fiacie Stilo czy 5-gwiazdkowy resort&spa. Ale tym razem ubzdurało mi się, że okazja doniosła, pobawmy się w bogatych ludzi, zróbmy sobie dobrze, zastaw się a postaw się! Ledwo ogarniając świat, sięgnęłam po telefon, przejrzałam booking i wybrałam: Borgo San Rocco w Savoce. Perfettamente – i tak chcieliśmy Savocę odwiedzić, granitę w barze Vitelli pochłonąć, jedziemy!

A potem stała się magia.

Siódmego dnia Bóg stworzył Savocę. Witamy w raju!

Droga do Savoci wygląda jak wyjęta z gry Colin McRae Rally. Jedziemy po serpentynach, zwiększają się przepaście, w oddali majaczy morze. Zapiera dech. Damian w swoim żywiole, lubi sobie pokręcić, hehe.  Gdy wjeżdżamy do Savoci – uliczki zwężają się do granic nieprzyzwoitości, Ryszard Kalisz musiałby mocno wciągać brzuch, żeby się przez nie przebić. Niepełnosprawne włoskie auto jakoś sobie radzi. Aż wreszcie lądujemy na samym szczycie miasteczka, w Borgo san Rocco, tuż przed wejściem do 4-gwiazdkowego resortu. Wysiadamy z naszego lamborghini, tj. Fiata Stilo, ubrani w ciuchy od Gucciego, tj. trekkingowe szmaty czarne od wulkanicznego pyłu. Śmierdzimy jak Pudzian po walce z mokrym skunksem. Recepcjonistka wita nas z otwartymi ramionami, mamy wrażenie, że zaraz rzuci się na nas, by nas uściskać – na wszelki wypadek zachowujemy dystans, pewnie nam się coś majaczy (kto by chciał przytulać brudnych ludzi w luksusowym hotelu?), wszak jedną nogą jesteśmy już na morfeuszowej bibce. Czekając na pokój, wdajemy się w filozoficzną pogawędkę z krzątającym się we foyer sycylijskim dziadkiem. Panie dziadku, jest pan bardzo fajny, ale już obiecaliśmy Morfeuszowi…

Dwie sekundy po tym, jak rzucamy się szczęśliwi na łóżko, dzwoni hotelowy telefon. To recepcjonistka: „Kochani, pan Vittorio, właściciel – no wiecie, ten, z którym rozmawialiście przy recepcji – zaprasza Was do kuchni na wspólne gotowanie pasty i darmowe wino! Chodźcie!” .

Spoglądamy po sobie. Krzysiu Ibisz krzyknąłby „niebiescy va banque!”. To nie będzie zwykły hotel. Morfeusz musi poczekać.

Odkrywając Savocę

Savoca spełnia mokry sen turysty o sennym sycylijskim miasteczku. No wiecie, wrażenie ciągłej sjesty, słońce spływające po ścianach niziutkich, murowanych budynków przyklejonych do skał, ciasne brukowane uliczki, ciągle obecny zapach cytrusów, przemykające cichaczem koty i widoki z gatunku tych, które mocniej zapisują się w sercu niż na kliszy aparatu. A turystów praktycznie brak. I naprawdę warto, po stokroć warto zostać tu dłużej niż te parę chwil. Łapcie parę naszych sugestii na odkrywanie Savoci.

  1. Śladami „Ojca chrzestnego”: Bar Vitelli i Piazza Fossia

Standard, ale zabraknąć tego standardu nie może, bo urokliwość miejscówki przebija wiele miejsc, które na Sycylii widzieliśmy. Mamy zatem plac – Piazza Fossia – na którym rozgrywała się scena wesela Apolloni i Michaela Corleone. I mamy bar, bar nie byle jaki – to tu Michael prosił pana Vitelli o zgodę na smalenie cholewek do Apolloni.

W barze, gdzie urządzono małe muzeum poświęcone filmowi, zamówić można pyszną włoską kawę, jeszcze pyszniejszą granitę (cytrynową lub pistacjową, ta druga to mistrzostwo świata, om nom nom!) albo wypełnione kremem z ricotty cannolo („odłóż broń, weź cannoli!”). Przy okazji warto pochylić się nad losem kelnerki, która codziennie słuchać musi tej samej ścieżki dźwiękowej z „Ojca chrzestnego”, ja pitolę, w dzień w dzień to samo, przecież to szaleństwo gwarantowane. Może nosi jakieś zatyczki do uszu albo codziennie, przed wyjściem do pracy, staje przed lustrem i mówi do swojego odbicia „It’s not personal, it’s strictly business! Dasz radę, Monica, jesteś zwycięzcą,  tu ru ru ru ru ru ru ru ru ruuuuu”. W każdym razie szacunek.

  1. Sycylijski cmentarz (Cimitero di Savoca)

Weszliśmy przypadkiem… i spędziliśmy tam dobrą godzinę. Czytaliśmy nagrobki, próbowaliśmy sobie wyobrazić: jak żyli ci ludzie 40-60 lat temu w tej małej mieścince? Jak się ubierali, czy dożywali sędziwego wieku? Czy krótka przygoda z wielkim kinem odcisnęła na nich swoje piętno, które zobaczymy nawet tutaj? Ano zobaczymy. 

Pani zmarła całkiem niedawno, bo w 2016 i wielka szkoda, że mogliśmy spotkać ją dopiero na cmentarzu…

Przy okazji, jeden z najbardziej oryginalnych nagrobków – chłopak, który zginął w wypadku motocyklowym. Do dziś bliscy podrzucają mu szlugi i miniaturowe motocykle. Zastanawiam się – jakie prezenty przynoszono by nam? Pewnie ziemniaki i browary.

  1. Kościoły, Kalwaria i droga krzyżowa

W Savoce znajdziemy cztery kościoły – jak na taką małą mieścinę to dość niezły wynik. Wielką fanką średniowiecznych kościołów nie jestem, ale tym z Savoci nie sposób odmówić uroku, a ich wiek budzi respekt. Szczególnie godnymi uwagi są pochodzący z XIII wieku Chiesa di San Nicolo (tam Coppola kręcił scenę ślubu Michaela i Apolloni) oraz Chiesa di Calvario (a właściwie Chiesa della Beata Vergine dei Sette Dolori e della Santa Croce, uff), skąd roztacza się po prostu przesmerfny widok na całą historyczną Savocę, Morze Jońskie, wioskę Santa Teresa di Riva, a i Etnę dojrzeć można w oddali. Ten drugi kościół oraz Kalwaria otrzymują ode mnie 12/10 w skali przesmerfności.

Co roku w Savoce, tak jak wielu innych sycylijskich miasteczkach, odbywa się Via Crucis – inscenizacja Drogi Krzyżowej. Szlak wiedzie z klasztoru kapucynów i kończy się na Kalwarii, tuż przy kościele di Calvario. Tam też znaleźliśmy pozostałości inscenizacji, która miała miejsce zaledwie tydzień przed naszym przybyciem – koronę cierniową, niedopalone świece i tak gęstą atmosferę zadumy, że można było z niej ulepić zadumowe kulki.  

Inny kościół, na który warto rzucić okiem to Chiesa di San Michele (odnotowywany od XIV wieku) oraz Chiesa di Santa Maria in Cielo Assunta, czyli Chiesa Madre – zbudowany w XII wieku (mija się go w drodze na Kalwarię).

chiesa madre savoca
Chiesa Madre
  1. Katakumby – Cripta del Convento dei Frati Cappuccini

Co ta pyra, pies by ją trącał, mówi, że Savoca to raj, a pisze o zwiedzaniu cmentarzy i innych miejscówek ze śmiercią w tle? Ale tak to już właśnie z Savocą jest. Wśród tej sielanki przemyka się niepokojący cień przemijania – co czyni sawokańskie (sawockie?) życie jeszcze bardziej słodkim. La Dolce Vita!

Krypty kościoła Kapucynów kryją makabryczny widok – 37 zmumifikowanych zwłok: wśród nich adwokaci, zakonnicy, lekarze, poeci, sędziowie, dzieci – sawokańska arystokracja. Wszyscy zabalsamowani w XVII, XVIII i XIX wieku i pokazani światu. Taka sycylijska tradycja i wymysł ludzi bogatych, którzy, płacąc ogromne pieniądze, mogli sobie zakonserwować ukochanego męża czy dziecko i patrzeć nań do woli, aż sami nie wyzioną ducha. Moda? Oswajanie śmierci? A może nieumiejętność pogodzenia się z nią?

Ej, ale skąd w ogóle pomysł na balsamowanie zwłok W EUROPIE? Toż to wymysły egipskie? Otóż tak. I nie. Czyli na dwoje babka. Możliwe, że to sprawka Fenicjan, którzy przejęli know-how od Egipcjan. Ale bardziej prawdopodobne jest to, że kapucyni nauczyli się techniki balsamowania w Ameryce Południowej – potem pomysł dotarł na Hiszpanię i przez Hiszpanię – na Sycylię.

W tym miejscu łączą się z sobą strach przed śmiercią, obrzydzenie i chore zainteresowanie. Przyglądamy się każdej mumii, próbujemy odgadnąć, kim była za życia i co by powiedziała dziś, wiedząc, że od czasu do czasu zajrzy tu jakiś turysta, by bez zażenowania gapić się w jej na wpół rozłożoną twarz. Chyba nie byłaby szczęśliwa. A już na pewno nie była szczęśliwa 30 lat temu – w 1985 jakiś chory skurczybyk włamał się do krypty i wysmarował niemal wszystkie zwłoki zieloną farbą. Prace konserwatorskie pochłonęły kilkadziesiąt lat,  a zwłoki w końcu odpowiednio zabezpieczono – za szybami. Eureka.

Uwaga: w kryptach nie można robić zdjęć – uszanujmy chociaż tyle (u nas foto z Wikipedii). Wejściówka za przysłowiowe „co łaska” – przeznaczana na renowację.

  1. Lasy, zieleń, oddychanie pełną piersią

Zostawiamy śmierć, wracamy do sielanki.  Tuptusie wędrowniczki nie będą zawiedzione, chodzenia jest tu sporo – i to w dodatku po lasach, a nie między jakimiś tam wyschniętymi karłowatymi śródziemnomorskimi drzewkami! Miasteczko chwali się przede wszystkim pachnącym, świeżym lasem sosnowym, rozciągniętym na przestrzeni wielu hektarów, pośród którego wyznaczono kilka tras trekkingowych, miejsc na pikniki, a nawet miejscówek na grilla. I takie szychy znaleźć tam można, o!

  1. Włóczenie się po uliczkach, zaglądanie w zakamarki i śmieszne koty

Kwintesencja pobytu w Savoce. Po prostu wędrować, relaksować się, dać się ponieść i pośmiać się z kotów. Bo trzymajcie mnie, śmieszniejszych kotów w życiu nie widziałam. Ten z baru Vitelli lubi sobie na przykład przez pół godziny popatrzeć w oparcie krzesła.

  1. Borgo san Rocco, czyli rodzina

Wracamy do naszego Vittorio i jego resortu. Bo, słuchajcie, to jest prawdziwa petarda.

Siedząc przy Chiesa di Calvaria na wzgórzu, wdychając pachnące powietrze, goniąc jaszczurki, próbując objąć wzrokiem całe to piękno, stwierdziliśmy – tego nam trzeba, chcemy jeszcze. Mieliśmy zostać jedną noc, przedłużyliśmy nocleg o kolejną – choć wiedzieliśmy, że mogło to oznaczać spanie w aucie do końca wyjazdu albo jedzenie na obiad bagietek posmarowanych nożem, na sucho, bez mydła… yyy… oliwy.

Widoki i atmosfera miasteczka to jedno, ale co niezwykłego w samym Borgo san Rocco? Po pierwsze, uwaga, Borgo san Roco to CAŁA WIOSKA przekształcona w hotel. Żadna tam nowoczesna makabryła, żaden Novotel, żadna sieciówka, która w każdym miejscu na świecie wygląda tak samo. To średniowieczne, wolnostojące domki zawieszone na skale – z balkonów i tarasów roztaczają się widoki na morze, zieleń, kościoły (o, i jeszcze basen jest, ale jakoś nam było szkoda tracić czas nad basenem). Niegdyś w dzielnicy Rocco mieszkali rybacy – a właściwie rybacy na emeryturze – pragnący  odpocząć od morskich przygód… choć swoim wzorkiem wciąż mogli objąć morze, tak na wszelki wypadek.

Ale prawdziwy klimat tego miejsca tworzą dziś ludzie. Recepcjonistki bez grama fałszu obdarowują uśmiechami, informacjami o miasteczku i zniżkami na pokoje. Właściciel, Vittorio, już od rana na nogach – przemyka od gościa do gościa, zagadując o wszystko – pogodę, życie, filozofię, jedzenie, poezję. Sypie żarcikami jak z rękawa. Opowiada historię swojego życia – o utracie żony albo o tym, jak zarabiał kokosy na wysokim stanowisku w branży finansowej, aż mu się w końcu znudziło – i wrócił na koniec świata, do swego rodzinnego raju, do Savoci. Codziennie zaprasza kogoś do kuchni, by przeprowadzić szybką lekcję włoskiego pichcenia. Gdy drugiego dnia spóźniliśmy się na gotowanie pasty, Vittorio i tak zaciągnął nas na zaplecze i przygotował prosty lunch – jajka, chleb i oliwę. Ale cóż to była za oliwa, jedzenie bogów, chyba prosto z Olimpu ją importuje! Wszystko zakrapiane sowicie przepysznym winem i w towarzystwie przesympatycznych, choć znacznie od nas starszych przybyszów – podobnie jak my zakochujących się w Savoce.

Jest zatem wiecznie uchachany Belg z żoną, który na pytanie, czemu tak się cały czas śmieje, niezmiennie odpowiada: „a, bo się przez całe życie nachapałem hajsu”. Jest ekstrawertyczna, samotnie podróżująca Izraelka Inez, która, już nieźle nabombiona, zdradza mi teatralnym szeptem, żeby całe miasteczko słyszało: „Marta, nie wierz, co mówią. Rozmiar MA znaczenie”. I sama już nie wiem, czy na pewno chodziło jej o pierścionek.  Ekscentryczne towarzystwo idealnie wkomponowuje się w otoczenie.

Wieczorem Vittorio też niemało ma roboty, bo każdy stolik sprawdzi osobiście, a wybrańców do swojego stolika zaprosi, nietanie wino na swój koszt postawi (ledwo się później do pokoju dokulaliśmy), z właściwą sobie energią pośmieszkuje. Gdy usłyszy, że ktoś się właśnie zaręczył – obdaruje słodkim limoncello i butelką oliwy.

I daję słowo, że na koniec, gdy będziecie wyjeżdżać, dziewczyny z recepcji będą szukać Vittorio, by zdążył Wam powiedzieć „addio”. I daję słowo, że będziecie obcałowywać się na pożegnanie z kierowniczką recepcji. I już dziwić się nie będziecie, że ktoś Was tu chce uściskać.

La Dolce Savoca!

Chciałabym tę moją, naszą, Savocę zatrzymać dla siebie, nikomu o niej nie mówić. Ale byłabym przebrzydła egoistką. Złożę Wam zatem propozycję nie do odrzucenia – jeźdźcie do Savoci, przybijcie piątkę Vittorio’wi, zjedzcie granitę w barze Vitelli, (puśćcie tej biednej kelnerce jakiegoś Krzysztofa Krawczyka) i zanurzcie się w słodkie zapomnienie. Niech objawi Wam się prywatny raj!

 

Sycylia: Savoca praktycznie

Nocleg: rewelacyjny Borgo san Rocco – bo każdy zasługuje czasem na odrobinę luksusu 😉 12/10, Polecamy gorrrąco! Noclegi możecie zarezerwować TUTAJ.

Ale można też spać w Savoce w mniejszym budżecie. Godne uwagi: B&B Il Padrino, Il Bevedere vicino Taormina

Koszty wstępów: wszystko, co w Savoce piękne, jest za darmo 😉 No, może prócz granity, a i za wino trzeba czasem zapłacić. A wszystko, co w Savoce niepokojące (czyli krypta przy kościele Kapucynów) – co łaska.

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *