Śmiech, łzy i 63 powtórki, czyli Marta i Damian w Bollywood

Miał to być nasz ostatni wieczorny spacer po Paharganj. Pobyt w Delhi, ku niezadowoleniu Damiana, przedłużył się nam o kilka dni, ale w ręku trzymaliśmy już bilet na poranny pociąg do Agry zakupiony w akcie desperacji u sikhów w hotelowym biurze podróży (wiem, wiem, prowizje, naciągacze, blablabla), chcieliśmy tylko jeszcze wstąpić do jednej z knajpek… Aż tu nagle zza swego lewego ramienia słyszę „hello, my friend!”. Damian niewzruszony pognał dalej, przyzwyczajony już chyba do delhijskiego „majfriendowania” z ust rikszarzy i wszelkiej maści naganiaczy, ja jednak, wiedziona jakimś dziwnym, babskim instynktem, obejrzałam się i znieruchomiałam. Coś mi tu nie pasowało – naciągacz był wyjątkowo dobrze ubrany, miał ze sobą tak samo ubranego kolegę, a gdy nasze spojrzenia wreszcie się spotkały – jego wyraźnie zdesperowane, moje zaintrygowane – wśród bazarowego gwaru dotarło do nas pytanie „do you want to play in a bollywood movie?”.

Ha, nie wierzę.

Po krótkiej rozmowie z nieogarniętymi filmowymi agentami (nie ma to jak poszukiwanie statystów na ostatnią chwilę), zorientowaniu się w sytuacji oraz nakłonieniu Damiana do zmiany planów (niech żyje spontan), powiedzieliśmy Bollywoodowi: JI HUM!

I tak oto następnego dnia w godzinach popołudniowych znaleźliśmy się w New Delhi na planie filmu „Fitoor” reżyserowanego przez Abisheka Kapoora. W rolach głównych zjawiskowa Katrina „popraw mi włosy” Kaif oraz Aditya Roy Kapoor, który dość szybko otrzymał od nas przydomek „kij w dupie”. Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć próbowałam dowiedzieć się jak najwięcej o powstającym filmie – dotarłam między innymi do informacji, że premiera miała mieć miejsce już w 2014 roku. Cóż, została przesunięta na 2015, a po dwóch dniach spędzonych na planie mogę z całą stanowczością dodać, że jeśli „Fitoor” wejdzie do kin w 2018 roku, można to będzie uznać za ogromny sukces. Ale o tym za chwilę.

Jeszcze podczas rozmowy na Paharganj poproszono nas, byśmy przebrali się w najbardziej europejskie ciuchy, jakie znajdziemy w naszych plecakach. Mieliśmy bowiem grać w sekwencji snobistycznego międzykulturowego przyjęcia (dlatego też na planie spotkaliśmy niezwykłą mieszankę wszelkich możliwych ras, a wśród „białych” –  jeszcze jedną Polkę). Najwyraźniej ekipa uznała, że nasze stroje są mało europejskie, gdyż ostatecznie zostałam przebrana w przeraźliwie krótką mini z cekinami, czarną kurtkę (przykrótką, a jakże) i totalnie niedorzeczne buty, natomiast Damian dostał hawajską koszulę i kremowy kapelusz a’la Włoch na wakacjach. Dziwka i homoseksualny turysta – oto jak postrzegają Europejczyków Indusi 😉

Europejczycy w oczach Indusów
Europejczycy w oczach Indusów

 

Przygotowania - make up, włosy
Przygotowania – make up, włosy

 

Przygotowania
Przygotowania

Jeszcze tylko mocny makijaż, żarówiasty róż na paznokciach, podkręcenie włosów, przypudrowanie czoła Damiana – i można zaczynać! Dźwięk, kamera, akcja, cztery godzinki i do domu… TU MI CZOŁG JEDZIE!

Zanim kamera poszła w ruch, trzeba było poczekać na zmrok (po pierwsze – planem był bungalow bez dachu, zatem aby uzyskać odpowiedni klimat wieczornego przyjęcia, musiało być ciemno; po drugie – w nocy nie słychać tak bardzo dźwięków klaksonów czy zwyczajnego gwaru Delhi), a ekipa musiała rozlokować background – czyli statystów. I zrobić jeszcze milion innych rzeczy. Bo przecież wszystko musi być perfekcyjne – i nie mówię tu tylko o dźwięku czy oświetleniu. Idealnie ułożone koreczki na talerzu, dokładnie 12 palących się przy wejściu świeczek (nie wspomnę, że wciąż któraś z nich gasła), realistyczny kolor nierealistycznych drinków, właściwy poziom ponczu w wazie… Nie mam nic do perfekcjonizmu, ale gdy po raz czwarty ekipa postanowiła zmienić nam miejsce na planie, zaczęłam się lekko niepokoić. Po dwóch godzinach tego twórczego zamętu dostaliśmy wreszcie instrukcje: aha, mamy prowadzić ożywioną konwersację, śmiać się. A nie, jednak nie, Damian ma wyjść na papierosa, a ja mam wstać i do niego dołączyć. A nie, jednak nie, lepiej żebyśmy stanęli przy kolumnie i trochę się pogibali. A nie, może jednak posiedzimy na krzesłach, wrócimy do pierwotnej koncepcji ożywionej konwersacji z drinkami w dłoniach, a na papierosa wyjdzie siedząca obok nas blondynka. A nie, jednak Damian ma stać. A może jeszcze dołączą do nas dwie Induski?

Reżyser A. Kapoor (z lewej)
Reżyser A. Kapoor (z lewej)

Przysięgam, zanim udało się nagrać trwającą dziesięć sekund scenę, minęło dobrych kilka godzin. W międzyczasie reżyser, Abishek Kapoor, miotał się po planie kręcąc nosem i instruując aktorów pierwszoplanowych, a jego asystentka, z każdą godziną coraz bardziej wkurzona, wykrzykiwała co chwilę „chalo chalo, we have no time!”. Ekipa nic jednak z tych pokrzykiwań sobie nie robiła, a statyści wciąż dostawali coraz to nowsze, czasem sprzeczne instrukcje (- jak to mam wstać i tańczyć, przecież miałam siedzieć! – aha, faktycznie, to usiądź). Co i rusz rozbrzmiewało gromkie: „silence, please, sound, camera, background action, action!”, najczęściej niemal od razu przerywane jeszcze bardziej gromkim „CUT!” – no bo przecież talerz krzywo leży, krzesło niedosunięte do stołu, a któryś ze statystów stanął 10 centymetrów bliżej Adityi niż powinien.

Przygotowania na planie
Przygotowania na planie

 

Na planie
Na planie

 

Katrina Kaif i Aditya Roy Kapoor
Katrina Kaif i Aditya Roy Kapoor

 

Wyżerka!
Wyżerka!

Wadą, a zarazem zaletą pracy przy bollywoodzkim filmie jest fakt, iż scenariusz bywa raczej sugestią aniżeli sztywną ramą. Wskutek tego wprowadzanych na bieżąco zmian jest więcej niż Kapoorów i Khanów w indyjskim przemyśle rozrywkowym – pojawiające się w umyśle reżysera (aktora/asystenta/itp.) pomysły szybko przemieniane w działanie, a potem po raz kolejny zmieniane i tak bez końca. Ni z tego ni z owego powstają nowe sceny, wypowiadane są wymyślone kilka chwil wcześniej kwestie, na planie pojawia się choreograf i wzbogaca całość o nowe ruchy głównych aktorów, którzy jednak nieco narzekają i dodają „coś od siebie”… Trwa to dopóty, dopóki uszczęśliwiony reżyser nie krzyknie „PERFECT!”.

Na planie
Na planie

 

Na planie
Na planie

 

Perfekcjonizm, a zarazem chaos – oto kwintesencja pracy na planie bollywoodzkiego filmu! No i oczywiście – setki powtórek. Zdecydowaną rekordzistką w tej kwestii jest scena tańca Katriny Kaif i Adityi Roy Kapoora – niemal bez udziału statystów. Kamera skupia się tylko na nich. Ona go zachęca, podrywa, kusi, tańczy, bierze za rękę – on rękę trzyma, ale tańczyć nie chce; zafascynowany jej urodą, woli przyciągnąć ją do siebie, spojrzeć znacząco i poprowadzić tam, gdzie będą mogli zostać sami. Na twarzach aktorów, w momentach zbliżenia, malują się zagadkowe uśmiechy, zmysłowe spojrzenia rzucane są zza zasłony Katrinowych rzęs, brwi unoszą się pytająco. Generalnie dość skomplikowana sprawa – zważając na to, że w międzyczasie Kaif musi wykonać kilka obrotów, trochę się pogibać i uważać, żeby nie przekroczyć namalowanej kredą na podłodze linii, a przy tym nie potknąć się o zawinięty róg dywanu. Jakby tego było mało, niesforne kosmyki wciąż przyklejają się jej do twarzy, a z włosów Adityi jakimś cudownym trafem wyparowuje żel, bo niemal po każdym cięciu wizażysta szybko dokłada nową porcję, a Aditya przeczesuje czarne fale małym grzebykiem.

Po dwudziestej powtórce owej tanecznej sceny przestałam liczyć i zajęłam się rozmową z Ladakhijczykiem, z którym początkowo tworzyliśmy tło. Potem dowiedziałam się, że powtórek było ostatecznie… 63. W końcu ma być perfect!

Gdzieś koło 6 rano nadszedł kryzys. Wtedy właśnie kazali mi tańczyć. Nie polecam.

Pierwszy dzień (a właściwie wieczór i noc) w całości spędziliśmy na planie. Przerw było niewiele – w środku nocy porządna kolacja, do tego odpoczynek na powietrzu, jeśli akurat reżyser nie potrzebował cię w zasięgu kamery. Podczas jednej z takich przerw straciłam z oczu Damiana, który, jak zdążyłam się zorientować, poszedł na mały rekonesans, a sama wyszłam na czaj pochłonięta pogawędką z młodymi Indusami. Nagle przybiegła do mnie dziewczyna z ekipy: „ty i Twój chłopak jesteście potrzebni, wracajcie na plan!”. „Ok” – mówię, rozglądam się… i zdaję sobie sprawę, że Damian przepadł jak kamień w wodę! „Gdzie jest Twój partner?” – pyta mnie jakieś pięć osób. „Nie mam pojęcia” – nawet nie muszę udawać głupa. Dobre dziesięć minut trwało, zanim Damian się odnalazł, ale nawet nie dostaliśmy opieprzu – w końcu trzeba było jeszcze poprawić ułożenie koreczków na talerzu i dożelować włosy Adityi. Z wyprawy Damiana za to powstały świetne zdjęcia z dachu – jak zwykle wlazł tam, gdzie włażenie jet zakazane 😉

Plan z lotu ptaka/Damiana
Plan z lotu ptaka/Damiana

 

Plan z lotu ptaka/Damiana
Plan z lotu ptaka/Damiana

 

Artystyczny nieład na dachu
Artystyczny nieład na dachu

Zdjęcia skończyliśmy grubo po 7 rano. A dziesięć godzin później – powtórka! To, co pierwszego dnia wydawało mi się świetnym przeżyciem i przygodą, drugiego zaczęło nużyć. Gdy wizażysta próbował doprowadzić do porządku moją zmęczoną twarz, nie mogłam powstrzymać się od ziewania. W scenie, w której jeden z drugoplanowych aktorów musi chwycić w odpowiedni sposób butelkę szampana, miałam ochotę najpierw przyłożyć reżyserowi, że zarządza dwudziestą powtórkę, a potem wyrwać butelkę z rąk aktora, wypomnieć mu koślawość ruchów i brzydkie buty, po czym sama zagrać tę scenę jak należy. Jakby tego było mało, drugi dzień minął nam głównie na… czekaniu. Przez ponad pięć godzin lwia część statystów w ogóle nie była potrzebna na planie. Gdy koło drugiej w nocy zawołali mnie, postawili w stan gotowości i kazali poczekać „chwilkę” na dworze (przypominam, że byłam w mini, a noce w Delhi wcale nie są jeszcze ciepłe), owa „chwilka” rozciągnęła się do dwóch godzin, podczas których zasnęłam na krześle w pozycji „głowa-na-kolanach-ja-pierdolę-co-ja-tu-robię”. Potrzebna byłam, owszem, ale dopiero nad ranem. Mogło być gorzej – jedna ze statystek przyjechała wieczorem prosto ze szpitala, wezwana tekstem „potrzebujemy cię – pilnie!”. Lekko oszołomiona po zabiegu, jaki przechodziła, musiała czekać jeszcze kilka godzin, zanim wreszcie wezwano ją na plan.

Katrina Kaif
Katrina Kaif

To były męczące, ale pełne wrażeń dwa dni. Fascynujące było uczestniczenie w tym całym indyjskim filmowym zamieszaniu, przyglądanie się pracy filmowców, zerkanie przez ramię operatora kamery, oglądanie Katriny Kaif w akcji, pogaduchy z ludźmi (przy okazji nauczyłam się paru przekleństw w ladakhi :)). A jakie z tego płyną wnioski?

– Potwierdziły się moje przypuszczenia dotyczące pracy na planie bollywoodzkiego filmu. Perfekcjonizm, chaos i duuużo czekania nie wiadomo na co. Do tego kilkadziesiąt powtórek tej samej sceny jako norma. Krótko mówiąc: rzeczywistość wygląda zdecydowanie inaczej niż to, co możemy ujrzeć jako ostateczny efekt – praca na planie to nie bajka, to nie blichtr, to nie glamour. Niesamowite, jak lekko wyglądają te sceny na ekranie – niesamowite, jak chaos może przerodzić się w (dobre) kino!

– Aditya Roy Kapoor to największy sztywniak, jakiego widziałam w życiu. Patrząc na niego, tęskniłam nawet za tym wyświechtanym do granic możliwości stylem gry Shah Rukh Khana, który „unosi ręce w charakterystycznym geście, tak jakby chciał objąć ramionami nikogo w szczególności, ale każdego w ogólności, a następnie marszczy brwi w niespotykanej pozycji i przeczesuje włosy tak, jakby nie były to włosy, lecz możliwość”.

– System pozyskiwania statystów w Delhi mnie zadziwia – choć trzeba przyznać, że jest bardzo „indyjski” 🙂 Część „tła” ma podpisane kontrakty, tacy statyści zarabiają około 2000 rupii (120 zł) za dzień zdjęciowy. Gdy statystów kontraktowych brakuje (zdarza się to szczególnie wtedy, gdy w Delhi odbywa się jednocześnie wiele eventów) – rusza się na poszukiwanie ludzi z ulicy. Jeśli potrzeba Europejczyków – najoczywistszym miejscem do tego celu wydaje się być turystyczny Paharganj. Statyści z ulicy nie dostają umów – właściwie nie dostają niczego więcej ponad obietnicę otrzymania wynagrodzenia. Dlatego też nie bardzo mnie zdziwiło, gdy drugiego dnia nasz agent spotkał się z nami przed zdjęciami w umówionym miejscu na Paharganj i nieśmiało spytał: „Może moglibyście mi pomóc wyszukać jeszcze dwóch statystów, bo akurat kilku się wykruszyło?”. Pomogliśmy, znaleźliśmy. Ten sam agent próbował nas na koniec oszukać, ale się nie daliśmy – ostatecznie zarobiliśmy 8100 rupii za dwa dni pracy, czyli 485 zł. Nie narzekamy!

Gdy „Fitoor” wejdzie na ekrany, na pewno dam Wam znać – może nas nie wytną 🙂 Trzymajcie kciuki, by wyrobili się przed 2018!

 

——

Update (10/02/2016): A jednak doczekaliśmy się! Premiera już 12 lutego 🙂 Obczajcie trailer:

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

6 Comments

  1. Sylwester
    28 lutego 2015

    Tekst, jest super – bardzo przyjemnie się czyta.
    Zastanawiam się czy nie powinniście łączyć każdego dłuższego artykułu przynajmniej z paroma zdjęciami – pomogłyby lepiej wyobrazić sobie niektóre sceny i wczuć się w nastrój.
    Oczywiście parę – większość pozostawiamy wyobraźni. Przemyślcie to 🙂

    PS rozumiem, że zdjęcia z dachu zostaną wstawione w artykule Damiana? :>

    Odpowiedz
    1. marta
      1 marca 2015

      Foty oczywiście miały być, to tylko net nie dał rady 🙂 zaraz (po raz kolejny) spróbuję je wgrać.

      Odpowiedz
  2. Grażynka
    28 lutego 2015

    Jestem pod wrażeniem.:) Zaśmiewałam się serdecznie. Jak Ty tego nie wydasz to Ci nastukam 🙂 I o więcej proszę 🙂

    Odpowiedz
  3. Sławek
    1 marca 2015

    Dobrze się czyta, czekam na więcej! 🙂

    Odpowiedz
  4. Asia
    1 marca 2015

    hehe właśnie sobie przypomniałam jak mówiłaś,że może wam sie uda zagrać w filmie:) ale przygoda super 🙂 oby takich więcej :)pozdrawiamy z zimnych i deszczowych Niemiec

    Odpowiedz
  5. Daga
    6 marca 2015

    Nieźle, a już myślałam, że statystowanie w serialach ATM jest monotonne, a praca i organizacja ich ekipy pozbawiona większego sensu. A tu proszę – aż człowiek pomyślał, że mogło być gorzej i docenił ATM.

    Jak się film ukaże zorganizuj koniecznie jakieś wieczorki filmowe i prezentuj swoje „dziesięciosekundówki” 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *