Spływ kajakowy Drawą – informacje praktyczne i niepraktyczne

W życiu to różnie bywa, ale za to w kajaku dogadujemy się z Martą doskonale. Tworzymy taki duet zgrany jak U2 i Mick Jagger, jak Jacek i Placek, jak Ptyś i Balbina. Kiedy ja mówię „wiosłuj” – to ona wiosłuje, kiedy ona mówi „ciągnij” – to ja ciągnę. Więc zaproszenie na rodzinną imprezę za Gorzowem przyjęliśmy jak czekoladowego zająca na Wielkanoc, tym bardziej, że szybko nam z mapy wyszło, że z Bobrówka na Drawę mamy rzut beretem. Spływ kajakowy Drawą wydał się pomysłem idealnym na wolny weekend.

Rzeka Drawa. O Drawie to takie historie słyszeliśmy, że ją sam Papież poleca, że to jedyna rzeka, w której pływają rekiny, albo że po takim spływie na wszystkie inne cieki będziemy patrzeć z pogardą jak Magda Gessler na sałatkę z jarmużem. Że to Real Madryt polskich rzek, taki najlepiej wypieczony kartofel w zapiekance spływów, że aż kapoki z wrażenia spadają. Że dla tygrysków, bo ma zróżnicowany charakter, odcinki spływu zwałkowego – pełne przeszkód w bystrym, trudnym i głębokim nurcie, ale i że dla misiaczków również, bo ma też odcinki leniwe, wzdłuż sosnowych borów i szuwarów.  Jeden z odcinków Drawy nazywany jest nawet trasą dla matek karmiących. Cóż. Nie trafiliśmy tam.

Płyniesz, malina! Nasza trasa

Wzięliśmy na warsztat odcinek z Drawna do Starego Osieczna (43 km). Jak na takie placki jak my – sporo. Ale to zasługa – (a) szybkiego nurtu*, (b) tylko jednej (świetnie przystosowanej dla kajakarzy) przenoski przy elektrowni Kamienna oraz (c) tylko dwóch dachowań kajaka 😉 

*jeszcze szybko trzeba dodać, że w terminie naszego spływu poziom wody był ponad normę. Po tym spływie nauczyliśmy się poza pogodą sprawdzać również poziom wody w rzekach. Można to sprawdzać m. in. tu -> http://www.pogodynka.pl/hydro/ 

Pokonywaliśmy kolejno:

1. dzień (niedziela): 18 km z Drawna do Bogdanki

2. dzień (poniedziałek): 25 km z Bogdanki do Starego Osieczna

Drawno – Bogdanka 18 km

Liczy się jedno – przeżyć. Jeśli za gówniaka nie oglądałeś filmów z Jean-Claude Van Dammem – nie wsiadaj do kajaka. Jeśli w trakcie spływu planujesz słuchać ćwierkania ptaków albo kontemplować, czemu wilk tak wyje w księżycową noc – nie wsiadaj do kajaka. Jeśli cierpisz na niekontrolowane napady śmiechu wywołane widokiem wywrotek Januszy i Grażyn – nie wsiadaj do kajaka! Te 17 km to bardzo ciekawy i trudny technicznie fragment kajakarstwa zwałkowego, pełny zwalonych drzew, gałęzi i uskoków wodnych.

Anegdota pierwsza

W połowie trasy koryto się zwęża, zaś nurt jeszcze mocniej przyśpiesza. Wpadamy na sekwencję trzech położonych na rzece kłód, za którymi leży zwalone drzewo, pod którym trzeba przepłynąć. Utknęliśmy na drugiej kłodzie. Metr do brzegu. Marta wychodzi z kajaka, coby zmniejszyć ciężar (za dużo pączków), robi mały kroczek i ląduje w wodzie po pępek, później przy brzegu grzęźnie w mule i omal nie traci sandałka, ostatecznie wdrapuje się na skarpę, po czym drapie się w głowę, bo w sumie sytuacja patowa i nie wiadomo, jak ten kajak przepchać.

M: Damian, dasz radę pokonać tę przeszkodę?

D: Pytasz dzika, czy sra w lesie? 

Wychodzę, przepycham kajak, wskakuję do niego ponownie i mam w planach podpłynąć te trzy metry w stronę Marty. Jednak tak jak Donald Tusk odebrał mi wiarę w wolną Polskę, tak tamten drawieński nurt odebrał mi wiarę, że dopłynę do brzegu. W trzy sekundy znosi mnie na pień zwalonego na rzekę drzewa, kajak kręci młynek i sekundę później już pod wodą do wszystkich szczupaków i okoni mówię serdeczne „uszanowanko”. Rzeka wypluwa mnie 30 metrów dalej, holuję kajak pod mostek, na mostku dwie wolontariuszki w dwóch oddzielnych zeszytach liczą ilość kajakarzy oraz ilość wywrotek tylko w tym miejscu. W niedzielę koło 13:00 przepłynęło ich 240, z czego 40% sprawdzało, jak bardzo mokra jest woda.

Bogdanka – Stare Osieczno 25 km

Pierwsze kilometry to wciąż wymagający szlak. Później nurt ma już godność rzeki, uspokaja się i wije się przez szuwary, łąki i lasy. W zasadzie aż do mety na trasie spotykają nas przeszkody w postaci konarów i zwalonych drzew, ale przy wolnym nurcie łatwiej się je pokonuje. Ktoś nuci sobie piosenki Krawczyka, ktoś recytuje Słowackiego. Sielanka i spokój jak na turnusie w sanatorium. Przypominamy sobie jak skręca się szyją, w końcu też możemy popatrzeć w niebo i – uwaga – zamknąć oczy bez strachu, że zamienimy się w łódź podwodną. Ale tylko na chwilę. Bo zawsze może przydarzyć się…

…Anegdota druga

Drugiego dnia dołączają do nas Pioter i Grażyna, inaczej zwani Pan Tata i Pani Mama, czyli rodzice Marty. Chociaż widzieli, jak upadała komuna, a wcześniej to swoje po pralkę z Pewexu wystali – wciąż krzepy i odwagi w nich tyle, co koni mechanicznych w porządnym Passacie. No i przede wszystkim – z niejednego pieca chleb jedli, z niejednego kajaka wodę już wylewali, takie rzeki jak Krutynia to nosem wciągali i mają je już dawno na mapie spływów odznaczone. Więc drugiego dnia płyniemy w czwórkę.

Pierwszy kilometr to ciche podkrzykiwanie Piotera „uuu, adrenalinka jest!”. Radzą sobie przyzwoicie, do czasu…

Koryto rzeki zwęża, nurt przyśpiesza. Z Martą płyniemy pierwsi, wyznaczając rodzicom odpowiedni szlak spływu. Przed nami fragment o stopniu trudności 10/10, taki Pudzian wśród przeszkód na Drawie. Opcje są dwie – albo przepłyniemy środkiem, prześlizgując się na pełnej szybkości po wystających nad wodą gałęziach, albo zrobimy mocny zwrot do lewego brzegu i przepłyniemy pod konarem. My wybraliśmy wariant drugi i napociliśmy się przy tym jak rolnik przy żniwach. Rodzice do ostatniej chwili toczą rozprawy, Pan Tata chce uciekać pod konar, Pani Mama chce płynąć środkiem.

O kurwa.

Kajak wraz z rodzicami ustawia się bokiem do pnia i młynkuje. Na środku rzeki – tam, gdzie najsilniejszy nurt. Dwie sekundy później rodzice są już pod wodą, kajak blokuje się na konarze. Prąd chce wciągnąć rodziców pod wodę, na twarzy Marty maluje się przerażenie. Czy z życia można wycisnąć więcej?

Nie każdy bohater nosi pelerynę

Wiosłujemy pod prąd, dobijamy do brzegu. Biegnę. Wspinam się na konar, dobiegam do rodziców. Adrenalina buzuje w nas wszystkich. Z pomocą Pana Taty wciągam Panią Mamę na konar, upewniam się, że Pan Tata wytrzyma jeszcze chwilę zawieszony w silnym nurcie. Przenoszę Panią Mamę na brzeg, Marta pomaga jej wyjść bezpiecznie. Wracam na konar, dobiegam do Pana Taty. Patrzę na Tatę i na kajak, potem znowu na Tatę i znowu na kajak, a potem jeszcze raz na kajak. Wskakuję do wody, mijam się wzrokiem z Panem Tatą i wtedy – choć Pan Tata już bardzo blady ze strachu i zmęczenia – słyszę „w sumie to całkiem ciepła ta woda”. Zaczynam ratować kajak, który w tej chwili jest już wypełniony po brzegi wodą. Cudem udaje mi się go doholować do brzegu 100 metrów niżej. Wracam po Pana Tatę, jeszcze się trzyma, skubany! Dzieje się coś, czego nie rozumiem, bo już mocno zmęczony Pan Tata wyciąga w moją stronę dłoń i podaje plecaczek. Nie drążę dlaczego, tylko ratuję plecaczek! Wracam i już totalnie skołowany słyszę na koniec „Damianie, a nie miałbyś nic przeciwko, gdybym uratował się sam?”. Pan Tata chwilę później heroicznym wysiłkiem podciąga się na konar. Minutę później wszyscy jesteśmy już bezpieczni na brzegu. Wśród strat: para męskich klapek, poduszka pod tyłek, torba z kanapkami i wiosło. Wiosło na szczęście wróciło z pomocą kajakarza, który 300 metrów niżej złapał je tak samo świadomie, jak świadomie poprosił najpierw o piwo, zanim nam to nasze wiosło oddał.

Chwilę po tym, jak łapaliśmy oddech po tej chorej akcji, na trasie naszej przeszkody stanęła dość spora wycieczka. Część podzieliła los rodziców (choć ich wywrotki nie wyglądały już tak dramatycznie), część na farcie minęła przeszkodę, część, hehe, ze strachu wywróciła się jeszcze zanim dopłynęła do przeszkody. Gdybyśmy mieli przy sobie popcorn, zajadalibyśmy się nim i komentowali jak te trolle: „daję 5 zeta, że ta dwójka wywinie orła do wody. Ha! A nie mówiłem!” W konsekwencji do wartkiego nurtu wszedłem jeszcze cztery razy: ratując wiosło, potem worek z ubraniami, potem dziewczynę z bananem na twarzy (to chyba nie był jej pierwszy raz, bo minę miała mówiącą „no nie wierzę, znowu”) i na końcu znowu wiosło. Potem już nie wchodziłem, no bo ileż można! Z benefitów tylko jedno „dziękuję”, od dziewczyny z bananem na twarzy, która wiele by się nie zmartwiła, gdyby ten nurt poniósł ją aż do Bałtyku.

Drawa - info praktycznie

Miejsca biwakowania na Drawie (odcinek Drawno-Stare Osieczno)

Drawnik (2,5 km), Barnimie (15 km), Bogdanka (19,7 km), Sitnica (27,6 km), Pstrąg (33,4 km), Kamienna (39,3), Stare Osieczno (43,3 km). Większość z wiatą, wszystkie z toi-toiami, kubłami na śmieci oraz paleniskiem i stosem drewna.
 
Infrastruktura kajakowa
 
Dobrze rozwinięta. Podczas jedynej przenoski przy elektrowni kajak przenosimy po specjalnym torze (!) Pamiętajcie, że płyniemy w Parku Narodowym, sklepów raczej brak, warto zaopatrzyć się w Drawnie w wodę i jedzenie. W Parku Narodowym nie można rozbijać się na dziko!
 

Kajaki na Drawie – ile to kosztuje

Kajaki ogarnęliśmy u pani Nowak – http://kajaki.turystyka.pl. W weekendy i święta – 40 zł za dzień za dwuosobowy, polietylenowy kajak (niestety kajak niezbyt pojemny, większe worki ledwo wchodzą). Do tego koszty transportu sprzęt + ludzie, wg cennika około 2-2,5 zł za kilometr. Pierwszy dzień pływaliśmy we dwójkę, drugi dzień w czwórkę.

Po współpracy z panią Nowak mamy mieszane odczucia. Z jednej strony to bardzo otwarci, kontaktowi, ugodowi i bezproblemowi ludzie, a z drugiej strony – po wszystkim przekręcili nas na 60 zł i teraz się z nimi kopiemy o zwrot. Dogadaliśmy się na 230 zł, musieliśmy zapłacić 290 zł.

Sporo hajsu wyciągnął od nas Drawieński Park Narodowy. Patrzcie na to: 

  • 6 zł za dzień za osobę za sam pobyt w DPN
  • 10 zł za dzień za parkowanie auta w DPN
  • 20 zł za dzień za osobę za biwak w DPN

UWAGA. DPN limituje wstęp do Parku, co znaczy, że może sobie taki kowarzanin z legniczanką jechać pół kraju po to, aby w kasie DPN usłyszeć „sorry gregory, ale skończyły się bilety na wstęp do lasu. Nie możecie pływać, spacerować, obozować. Elo”.

Na koniec pomarudzimy – pocisk i na Park i na obozowiczów, o których mamy do powiedzenia tyle, co pierwszy Marszałek Polski, mąż stanu, Naczelnik Państwa i premier Polski – Józef Piłsudski w znanym jego cytacie, że „Naród wspaniały, tylko…”.

Bo słuchajcie, co trzeba mieć w głowie, aby w środku parku narodowego, gdzie zza krzaka wydra albo bóbr głowę wystawia – zapuszczać z samochodu Zenona Martyniuka na full, a po całonocnej libacji nie mieć krzty godności aby kilku pustych puszek przenieść z wygasłego paleniska do oddalonych o 15 metrów kubłów na śmieci?! Serio, ludzie, opamiętajcie się i miejcie w sobie więcej kultury od ameby! 🙁

 

Czy spływ po Drawie to dobry pomysł?

Drawieński Park Narodowy zachwyca zielenią, tajemniczością, mrocznością, potęgą natury. Podobno na trasie spotkać można dzikiego zwierza – wydry, sarny, ptactwo… Aczkolwiek my z dzikich zwierząt widzieliśmy głównie komary. Ciężko się skupić na przyrodzie, gdy walczysz o to, by nie wywinąć kozła!

Damian: Dla mnie Drawa jest królem spływów tak jak lew jest królem dżungli. Odcinek z Drawna do Bogdanki to przede wszystkim przygoda przez duże Pe, z tym jednak, że to także odcinek dla zaawansowanych kajakarzy. To, co dzieje się za Pstrągiem to już cywilizowany spływ w pięknych okolicznościach przyrody. Momentami ciąży, że oprócz nas rzeką spływają setki innych kajakarzy, przez co na trudniejszych odcinkach tworzą się zatory. Dlatego najlepszym momentem na pływanie po Drawie są dni powszednie i terminy po sezonie. Jeśli o mnie chodzi, z przyjemnością wrócę na Drawę w przyszłości. 

Marta: Można spłynąć. Tylko uważajcie na swoich rodziców.

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *