Sri Lanka, jakiej (być może) nie znacie

Pierwszą stopę na lankijskiej ziemi jakieś 2700 lat temu postawili Indusi. Szczególnie zapamiętano jednego – Sinhala, stąd dzisiejsza większość Lankijczyków to Syngalezi mówiący po syngalesku. Do 1200 roku naszej ery było miło i spokojnie. Potem na Syngalów najechali Tamilowie, a od 1505 po terenach dzisiejszej Sri Lanki pałętali się Europejczycy, głównie Portugalczycy, Holendrzy i Brytyjczycy. Ci ostatni, w 1815 roku po całkowitym podbiciu wyspy nazwali ją Cejlonem. Sri Lanka swoją niepodległość odzyskała dopiero w 1948 roku. Można byłoby rzec, że nie mieli łatwego życia mieszkańcy tej słynącej z herbaty, kauczuku i palmy kokosowej krainy. Niestety, później wcale nie było lepiej.

Cejlon stał się Sri Lanką w 1972 roku. Te kilkadziesiąt lat pomiędzy odzyskaniem niepodległości a zmianą nazwy kraju to ciągłe spory partii politycznych, zamachy na premierów (udane i nieudane), zamachy stanu i społeczne konflikty na tle etniczno-religijnym.

Stanowiący 3/4 populacji Cejlonu buddyjscy Syngalezi bez przerwy tłukli się z hinduskimi Tamilami, którym co chwilę udawało się wywalczyć polityczne przywództwo. To doprowadziło do eskalacji konfliktu, który w 1983 najpierw doprowadził do zamordowania 13 syngaleskich rządowych żołnierzy w Dżafnie przez Tamilskie Tygrysy (tych można nazwać radykalną organizacją polityczną, a można ich nazwać również organizacją terrorystyczną), a następnie do odwetu sił rządowych na tamilską, największą wówczas mniejszością etniczną i religijną Sri Lanki. Tak rozpoczęła się pełna terroru, zamachów i krwawych walk 26-letnia, zakończona w 2009 roku najdłużej trwająca wojna w Azji, w której życie straciło 70 000 ludzi, w większości cywile.

Pod koniec 2004 roku, gdy na północy Sri Lanki krwawych walk nie było widać końca, gdy obie strony konfliktu nie potrafiły wypracować porozumienia pokojowego, w południową i wschodnią część wyspy uderzyło tsunami, pochłaniając 30 000 ofiar, w większości dzieci i osoby starsze.

– – – – –

O większości tych zdarzeń z historii dowiedzieliśmy się z Martą jeszcze przed lądowaniem w Colombo. Wiedzieliśmy, że Sri Lanka słynie z plaż i buddyjskich zabytków. Na szczęście wiedzieliśmy też o tym, jak bolesne piętno odcisnęła na Sri Lance jej historia. Ta wiedza była dla nas ważna. W 19 dni udało nam się zjechać pociągiem, autobusem i autostopem większość kraju. Poza rajskimi plażami i popularnym turystycznie centrum wyspy odwiedziliśmy także dotkniętą wojną Dżafnę oraz najbardziej zniszczone przez tsunami miasta południa. I zajrzeliśmy w te miejsca nie tylko z ciekawości. Również z chęci zostawienia tych kilkuset lankijskich rupii w hostelach i u ludzi, którzy tych pieniędzy potrzebują dziś najbardziej.

Dżafna. Byliśmy tam 3 dni. I to właśnie w TEJ Dżafnie spotkaliśmy ludzi, którzy nie tylko nie postrzegali nas jako żywe, chodzące portfele, ale byli nami autentycznie zaciekawieni. Każdy, absolutnie KAŻDY napotkany tam na naszej drodze człowiek uśmiechał się na nasz widok. Jakbyśmy byli pierwszymi białymi ludźmi, którzy wpadli do nich w odwiedziny. A przecież ci ludzie ledwo co zakończyli trudy wojny. Może będzie w tym dużo patosu, ale na twarzach mieszkańców Dżafny i okolic można było odczytać, że tam pokój zaczyna się od uśmiechu. W Dżafnie, jak nigdzie dotąd, kontakt i rozmowę z lokalsami nawiązywaliśmy bez żadnych problemów. Ba, często to lokalsi inicjowali rozmowę z nami jako pierwsi. Zaś najmilszą niespodziankę zgotowali nam hindusi spotkani w Punkudutivu. Byliśmy właśnie w trakcie objeżdżania okolic Dżafny (tego dnia zrobiliśmy na motorze równo 100 km), kiedy zatrzymał nas widok lokalnych uroczystości. Nie wiedzieliśmy jeszcze że społeczność celebruje ostatni dzień świąt noworocznych. Po 3 minutach naszego przyglądania się, ja zostałem zaproszony do świątyni na wspólne świętowanie, zaś Marta poznała dwie sympatyczne młode hinduski, które chwile później zaprosiły nas na obiad w rodzinnym gronie. W wiosce spędziliśmy ponad godzinę – na wspólnym posiłku, rozmowie i zabawie.

To, co lokalsom udało się przysłonić, odkryło przed nami miasto. Na północy Lanki gołym okiem widać, jak długo jeszcze ta część kraju będzie leczyć rany ostatniego konfliktu. Samo centrum Dżafny odbudowuje się, co rusz widać jakiś odrestaurowany hotel lub właśnie budujący się bank. Wystarczy jednak oddalić się parę kroków, aby zobaczyć ślady zniszczeń. Opuszczone, spalone domy, w niektórych miejscach bezludne, pełne ruin dzielnice. Widok elewacji budynków pełnych dziur po kulach można spotkać w całym regionie. Wojna skończyła się 6 lat temu, lecz widok rządowego wojska na ulicach wciąż jest codziennością.

Pierwszego wieczoru udało nam się zaszyć w jednej z lokalnych restauracji. Byliśmy obsługiwani przez przesympatycznego staruszka, który zainteresowany losami naszej wyprawy, w rewanżu podzielił się smutną historią. W wojnie stracił 9 członków swojej rodziny, w tym żonę oraz dzieci. Mimo to ciągle się do nas uśmiechał i jak mantrę powtarzał, że już czas, aby mieszkańcy Dżafny zaczęli żyć jak inni. Że nigdy więcej wojny, że nigdy więcej partyzantów, że teraz wolą turystów!

DSCF6295
Dżafna. Ślady po kulach
DSCF6645
Dżafna, okolice
DSCF6677
Dżafna, okolice. Ruiny świątyni
DSCF6774
Dżafna. Kontrast
DSCF6798
Dżafna. Kontrast
DSCF6840
Dżafna. Odbudowa

O ile północ Sri Lanki jeszcze parę lat poczeka na falę turystów, o tyle południe żyje z turystyki od dawna. Na południu można trafić na plaże i całe miasta, które są zabudowane po brzegi hotelami i restauracjami. Biały turysta to narodowa mniejszość, a handel z nim – narodowy sport 😉 Nie jest jednak do końca tak, że jest kolorowo, cukierkowo, że nie widać już śladów tsunami. W Tangalle zdecydowaliśmy się wynająć pokój u Sandesha. Sandesh kilkadziesiąt lat pracował w Szwajcarii, by wrócić do ojczyzny w 2000 roku i wybudować swój hotel. W 2004 roku stracił 9 członków rodzinny, zaś z nowo wybudowanego hotelu pozostały mu tylko ściany i fundamenty. Dziś Sandesh większość zarobionych pieniędzy inwestuje w odbudowę hotelu, który skończony jest w 75%.

Na południu wyspy są także miejsca, gdzie widok tłumu turystów zastępuje pasmo opuszczonych chałup, ruin przy plaży czy skromnych wiosek, które żyją wyłącznie z rybołóstwa. Takim miejscem jest między innymi Kosgoda. Mała wieś na zachód od Ambalangody. To właśnie po wizycie w Kosgodzie zrozumieliśmy, jak wielką tragedią dla Sri Lanki było tsunami z 2004 roku.

DSCF9358
Kosgoda. Ruiny przy plaży
DSCF8962
Kosgoda. Ku pamięci
DSCF8957
Ambalangoda. Cmentarz ku pamięci ofiar tsunami. Południe jest pełne takich miejsc
DSCF8205
Ambalangoda. Odbudowa
DSCF6374
Południe Sri Lanki. Skutki tsunami.

Choć Sri Lanka stara się w końcu stanąć na nogi, ma niestety jeszcze jeden wielki problem. Wolna od wojny i wielkiej wody, wciąż nie potrafi poradzić sobie z największym złem krajów azjatyckich – korupcją. Na ulicy nikt nie powie, że rząd okrada swoich obywateli. Prawda jest jednak brutalna. Po tsunami w 2004 Sri Lanka otrzymała pomoc finansową od krajów zachodnich. Pieniądze jednak, zanim dotarły do potrzebujących mieszkańców, nierzadko potrafiły rozpłynąć się w powietrzu. Wiele hoteli, hosteli czy restauracji, prywatnych domów i gospodarstw Lankijczycy odbudowali za komercyjne kredyty. Postawili swoje życie na jednej karcie, modląc się teraz o duży ruch w interesie oraz o zainteresowanie turystów. Z tych powodów zawsze staraliśmy się dokładnie wybierać miejsce, w którym będziemy nocować. Poza schludnymi warunkami i niewygórowaną ceną chcieliśmy wybrać te miejsca, w których właściciele potrzebują kasy bardziej niż reszta (wciąż odbudowując swój budynek po tsunami lub wojnie). Da się to ocenić po pierwszym spojrzeniu lub wymianie kilku zdań z gospodarzem.

Dlatego warto wiedzieć, że ta mała, zamieszkiwana przez 20 milionów mieszkańców wyspa to nie tylko miejsce pełne buddyjskich świątyń i pięknych plaż. To także miejsce pełne historycznych zawirowań i bolesnych doświadczeń, po których ten kraj dopiero się podnosi. Warto to zobaczyć, poznać, doświadczyć, a po wszystkim zapamiętać. Nabrać do tego kraju szacunku i po prostu mu pomóc, choćby płacąc za nocleg w rodzinnym pensjonacie Lankijczykowi, który kilka lat temu w wyniku wojny lub tsunami mógł stracić dorobek swojego życia.

Chłopak z górskiego miasteczka, w którym brak dostępu do prądu, gazu i wody (czyli z Kowar). Absolwent administracji, działacz społeczny, sportowy dzik (chrum, chrum). Był w swoim życiu już m. in. biegaczem, piłkarzem, instruktorem ZHP, prezesem stowarzyszenia, przewodniczącym organizacji studenckiej, ślusarzem i nawigatorem dźwigów. Zawodowo: czelendżuje problemy w dużej korporacji. Poza podróżowaniem lubi: zapach dymu z ogniska i filmy Waititiego.

komentarz

  1. Agnieszka
    6 marca 2016

    Hej, przygotowujemy się do wyjazdu na Sri Lankę i przejrzeliśmy już kilkadziesiąt blogów i Wasz znajduje się na pierwszym pierwszym miejscu! Identyfikuję się z Waszym podejściem do sprawy 😉 i poczuciem humoru. Jednocześnie przez Was mam problem. Bardzo nakręciłam się przez Wasze wpisy na Jaffnę, a na wyspie będziemy tylko przez 9 pełnych dni. Myślicie, że mimo tak krótkiej podróży należy tak ukręcić plan podróży, żeby mimo wszystko tam pojechać? Będę wdzięczna za odp ! 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *