Strachy moje podróżne

Oglądaliście kiedyś bollywoodzki film – taki spod znaku rozrywkowego masala movie? Jeśli tak, to dobrze wiecie, że od emocji w tym kinie aż kipi – śmiech przechodzi w płacz, miłość w nienawiść, złość w akceptację… Kilku badaczy indyjskiego kina utrzymuje, że takie pojmowanie filmu wywodzi się z koncepcji rasa – czyli koncepcji smaków teatru indyjskiego. Krótko mówiąc: do pełnego doświadczenia spektaklu konieczne jest wystąpienie jak największego nagromadzenia emocji. Otóż w mojej głowie jest teraz taki masala movie, że klękajcie narody.

Kilka godzin temu wsiedliśmy do samolotu z Warszawy do al-Doha. Właśnie czekamy na przesiadkę do New Delhi. Jestem znużona lotem, ale też podekscytowana… i nieco przerażona. Na początku, kilka miesięcy temu, zrodziła się fascynacja. Radość, że będę robić świetne rzeczy, zwiedzać wymarzone miejsca, próbować dobrego jedzenia. Planowałam, czytałam, fruwałam ze szczęścia. Potem się trochę naszą przyszłą podróżą zmęczyłam, przyszło zniecierpliwienie i zdenerwowanie kwestiami organizacyjnymi (czytaj: fuck up’ami). Kilkadziesiąt godzin przed wylotem były natomiast wątpliwości, zdziwienie, a nawet bunt. No bo jak to – serio zostawiam to wszystko? Serio nie będę spać w swoim łóżku, kąpać się w wannie pełnej piany, spotykać się na piwo z XYZ, robić pizzy na obiad, rozpływać się nad maminą pomidorową oraz obserwować, jak nadchodzi moja ulubiona pora roku – wiosna? Nie no, nie ma szans, nigdzie nie jadę! Nawet Mamie wczoraj rzekłam, jeszcze nie do końca obudzona: pierniczę, podróż odwołana, zostaję pod kołdrą. O.

Tak sobie mówiłam. Ale teraz, w oczekiwaniu na lot do Delhi, bunt i negacja powoli ustępują miejsca akceptacji. I znów czuję rosnące podekscytowanie, znów czuję Wanderlust. Co nie oznacza, że stres zniknął! Żadna tam ze mnie Nieustraszona Nadia, zwyczajna dziewczyna jestem, trzęsiportek pospolity.

A czym się stresuję? Oto lista moich strachów podróżnych 🙂

  • Kolano. Czy da radę? Od września borykam się z kontuzją kolana, kilka ostatnich tygodni minęły mi pod znakiem intensywnej rehabilitacji… Czy moje stawy ogarną temat?
  • Bardzo typowe: czy nas nie okradną od razu po wyjściu z lotniska? 🙂
  • Kwestie związkowe. Czy nie pozabijamy się? Czy nie będziemy kłócić się średnio co 5 minut o wszelkie możliwe pierdoły? Czy znajdziemy w sobie oparcie?
  • Czy moja pogoda ducha zwycięży nad rozczarowaniami, które mogą nas spotkać po drodze?
  • Czy – a raczej kiedy – dopadnie nas delhi belly?
  • Ameby się boję. Naczytałam się medycznych azjatyckich historii i teraz mam pietra 😛
  • Czy przepuszczą mnie na jakiejkolwiek granicy, gdy pokażę zdjęcie w paszporcie, gdzie wyglądam jak Krycha spod sklepu lub Gocha, która właśnie uciekła z zakładu zamkniętego?

Możecie się śmiać (bo i nie wszystkie strachy poważne), ale powiem Wam jedno. Bez przerażenia i trwogi nie ma dobrego masala movie. Bez strachu i wątpliwości nie można w pełni doświadczyć podróży. Nawet Damian parę dni temu obudził mnie w środku nocy, po czym cały spocony i roztrzęsiony wyszeptał: „ale Marta, obiecaj mi, że nie lecimy przez Ukrainę!”. Kilkanaście minut przed wejściem na pokład samolotu linii Qatar Airways do Delhi to ja potrząsam Damianem i mówię: „Damian, obiecaj mi, że będzie FANTASTYCZNIE!”.

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *