Rowerami przez Portugistan. Część 2: Portugalia. Baby na rowery!

Portugalia na rowerze

Pod koniec naszej rowerowej podróży po Portugalii spotkałyśmy na trasie starego mędrca, Portugalczyka imieniem Sancho. Przy świetle gwiazd i blasku ogniska cierpliwie słuchał naszych rowerowych opowieści z ostatnich dni. W trakcie tego spotkania wypowiedział tylko jedno zdanie: „gdyby Portugalia miała swoje morze, to po tej historii wyschłoby do ostatniej kropli”. Nie zdążyłyśmy powiedzieć mu, że przecież Portugalia ma dość długą linię brzegową i nieco wody dookoła, bo zanim wybrzmiały ostatnie słowa, stary Portugalczyk wstał i ruszył przed siebie. Zaś reszta wydarzyła się naprawdę. Portugalia na rowerze – oto więc łapcie nasz babski, mój i Burzy, dziennik z rowerowej podroży!

19 września. Portugalia na rowerze – kobyłki na start

Poszły konie po betonie po raz kolejny (choć tym razem to bardziej szkapy). Marta i Burzka meldują gotowość!

Opuściłyśmy już naszych zrozpaczonych chłopców i kopytkujemy dzielnie do stolycy naszego kraju, do miasta stołecznego Warszawy, do tej perły środkowowschodniej Europy, gdzie zostaniemy przekazane w ręce naszego kolegi, który pokaże nam, którędy na lotnisko, albowiem z pewnością byśmy się zgubiły, wszak jesteśmy kobietami (w dodatku jedna z nas jest farbowaną blondynką, więc już zaprawdę dramat).

Póki co jednak raczymy się wygodnymi siedzeniami królewskiej karety, znaczy PKP Intercity, nasze rowery śpią snem spokojnym w specjalnej rowerowej zagrodzie i nie wiedzą jeszcze, że za 12 godzin mocno się zdziwią, bo będą musiały przekłusować nocą pierwsze 10 km przez miasto, o którym nasz przyszły host napisał, że to takie „ups and downs”, a inni Portugalczycy sądzą z kolei, że trzeba być mocno louco żeby jeździć po mieście tym na bicykletach.

Jeśli chodzi o bilans zysków i strat, to po pierwszych 3 minutach od wskoczenia do pociągu zepsuł nam się już jeden zamek w sakwie, ale to całkiem spoko strata, bo bardziej spodziewałyśmy się przebitej dętki albo pierwszych objawów sraczki (pozdro, Team Kyrgyzstan!). Na pocieszenie zjadłyśmy muffinkę.

Nie tracimy animuszu, czujemy się jak Zagłoba w kontuszu, śmieszkujemy sobie srogo i machamy do Was nogą!

portugaliarowerem

 

Dzień 0: 10 km. Ratunku, panie pilocie, rower w samolocie! Bom dia, Lisboa.

Żyjemy! I trochę obsuwę mamy z relacjami, ale to głównie dlatego, że zawiał nam wiatr sławy oraz cierpimy na lekki niedobór snu spowodowany na przykład portugalskim winem. Ale po kolei.

Po pierwsze – jakbyście kiedyś zastanawiali się nad przewiezieniem roweru w samolocie to albo weźcie młotek i puknijcie się nim w głowę, albo ewentualnie zadzwońcie do nas, bo wiemy już o tym wszystko, no po prostu jesteśmy chodzącym poradnikiem „Jak zapakować rower do dwa razy mniejszego kartonu i nie rozpłakać się na środku lotniska”. Co to była za akcja, no po prostu Oskar za reżyserię, efekty specjalne i główne role damskie! Fuck up na fuck upie i fuck upem poganiał. Oszczędzimy Wam szczegółów – dość wspomnieć, że jeszcze pół godziny przed odprawą ganiałyśmy po lotnisku w poszukiwaniu klucza płaskiego 15 (bo nasz się wyrobił) i nękałyśmy taksówkarzy pytaniami w stylu „ej, macie wd40?”. Koniec końców z małą pomocą trzech Polaków i jednego Ukraińca (który w sumie bardziej przeszkadzał niż pomagał, krótko mówiąc – preferował rozwiązania siłowe) udało się nasze rumaki rozmontować i spakować – jeszcze tylko małe cardio z folią i taśmą, żarciki pana z bagażu ponadwymiarowego, że koła nam się wygięły, haha bardzo zabawne i mogłyśmy zasiąść na fotelach Wizzaira. Byłyśmy tak zmęczone, że jedyną rzeczą, jaką pamiętamy z tego lotu, są gromkie oklaski podczas lądowania w wykonaniu kilku Januszy i jednej Bożenki.

080

A to jeszcze, mili czytelnicy, nie był koniec naszego dnia! Najpierw postawiłyśmy na nogi pół lizbońskiego lotniska (czyli dwie osoby), bo zablokował się na taśmie bagaż – oczywiście nasz rowerunio; potem przez dwie godziny próbowałyśmy dojść do rozwiązania pewnej zagadki logicznej, a mianowicie dlaczego łańcuch Marty zaklinował się i tak śmiesznie zwisa oraz co zrobić, żeby jednak nie zwisał (lepsza zabawa niż rozplątywanie słuchawek, polecamy, byle nie o 3 nad ranem); a na koniec czekała nas jeszcze nocna jazda po Lizbonie do domu naszego hosta. Lizbona nocą jest cicha i pusta – może dlatego właśnie, mimo ekstremalnego zmęczenia, na naszych spuchniętych buziach pojawił się lekki uśmieszek rozkoszy. Przy okazji zaliczyłyśmy prysznic (bo zraszacze w Lizbonie podlewają chodniki), a także poczułyśmy się jak wyjęte spod litery prawa, bo przejeżdżałyśmy na wszystkich czerwonych światłach, ale z nas zbóje (potem okazało się, że Lizbona to w ogóle taki Dziki Zachód, bezprawie aż miło, i wszyscy mają na to czerwone światło wyrąbane, no po prostu Indie Europy)! Do drzwi Gonçalo na Rua Santa Marta zapukałyśmy o 6 rano, biedny chłopak czekał na nas z karimatkami od kilku godzin i stracił już nadzieję na wspólną noc.

Poranek w Lizbonie przywitał nas południem na zegarze, pasztetami denata oraz blichtrem, brokatem i sławą. Bo musicie wiedzieć, że nocleg u Gonçalo nie był za darmo, o nie! Czy musiałyście zapłacić gotówką? – spytacie. Czy musiałyście zapłacić w naturze? – zaniepokoicie się. Czy musiałyście przywieźć mu polską wódkę? Otóż: nie, tak, nie. Zaraz, cooo? Gonçalo wymyślił, że zrobi z nas gwiazdy swojego filmu. Bez obaw, nie chodzi tu o film porno. Nasz Portugalczyk, filmowiec marzący o studiach na łódzkiej filmówce, bierze udział w pewnym konkursie – w ramach nagrody będzie miał szansę wyjechać do Wietnamu i pracować z profesjonalistami przy tworzeniu dokumentu. Jedyne, co musi zrobić, to nakręcić film o inspirujących podróżnikach.

Powiedziałyśmy mu: z nami to raczej nie wygrasz, my to możemy co najwyżej zainspirować do leżenia do góry brzuchem albo jedzenia 8 razy dziennie, no ale nie słuchał. Skutkiem tego przez resztę dnia szwendałyśmy się wraz z nim nieśpiesznie po Lizbonie, udzielałyśmy wywiadów, szczerzyłyśmy się do kamery i starałyśmy się powstrzymać ten wodospad sodówki, który dobijał się nam do głowy, puk puk, jest tam kto? Ani się obejrzałyśmy, a już wybiła północ, już nóżki przebierały na parkiecie, już wjechał portugalski bimber i już nastała noc i poranek, dzień pierwszy, dzień z kacem, dzień próby, dzień naszej rowerowej inicjacji pod portugalskim słońcem…

gonzo

portugalia_rowerem_video

portugalia_rowerem_goscina
portugalia_rowerem_azulejos

Dzień 1-3: 121 km.  Całe życie pod górkę // Lizbona – Sintra – Colares – Cabo de Roca – Sintra – Ericeira – Santa Cruz

Jeśli ktoś kiedykolwiek powie Wam, że Portugalia to dość płaski kraj – dajcie nam znać, a własnoręcznie się z takim śmieszkiem rozprawimy (na przykład wsadzimy go na rower i każemy przejechać przez wąskie uliczki Colares). No więc nie, Portugalia przywitała nas niekończącymi się podjazdami – i to w dodatku z zakrętami, a takie, jak wiadomo, są najgorsze, bo gdy już masz nadzieję ujrzeć za zakrętem wymarzony zjazd albo chociaż płaską ziemię, na którą padniesz z zamiarem wycałowania, to tam znowu wyrasta sobie kolejny podjazd i ochota na czułości mija, pojawia się za to ochota do wypowiedzenia pewnego soczystego słowa na literę „k” („kabaczek”). Żeby dodać sobie otuchy na tych przeklętych podjazdach, zaczęłyśmy praktykować śpiewanie – wjechały więc „Kolorowe jarmarki”, „Hej, sokoły”, „Gdzie strumyk płynie z wolna” i tak dalej. Ludziom na wsiach opadają szczęki, niektórzy zakładają fankluby albo zatyczki do uszu, ale nam takie darcie ryja pomaga, co zrobisz. Niestety, tyle już tych podjazdów powyrastało, że skończył się nam repertuar polskich piosenek biesiadno-harcersko-marszowych.

W każdym razie tyłki robią się nam twarde jak orzech do zgryzienia, a łydki zbite jak kwaśne jabłko. Czy coś w tym stylu. Tylko brzuchy dalej musimy wciągać na zdjęciach.

colares
colares_rowerem3

colares_rowerem2

colares_rowerem

colares

Czy mamy jakieś fakapy? A i owszem.

1) Nasz GPS wierzy w naszą kreatywność i mocne nogi, zatem proponuje zabawne drogi, na przykład takie pod górkę o nachyleniu 45 stopni albo takie, przez które może i przejedzie mający wyjebane na kamienie koń, ale już niekoniecznie szkapa z sakwami. I my się w te drogi pakujemy, a co.

2) Trzy dni temu kupiłyśmy sobie cukinię z zamiarem ugotowania jej na naszej turystycznej kuchence, niestety okazało się, że palnik nie pasuje do butli i kija mamy a nie obiad. Skutkiem tego cukinia została członkiem rowerowej rodziny i wraz z nami zwiedza sobie Portugalię, podróżując wciśnięta bezpiecznie w karimatę (teraz jeszcze śpi w namiocie). Dziś mówiła nam, że nie może się doczekać, aż dotrzemy doBerlengas, bo nigdy jeszcze nie pływała po oceanie. PS Kuchenkę już ogarnęłyśmy.

3) Wiemy, że u Was w Polsce raczej zimno, ale pocieszymy Was, że u nas w tej Portugalii to kuźwa też. Aktualnie pogoda w Santa Cruz przypomina szarobury lipiec nad Bałtykiem. Zastanawiamy się nad kupnem grzejnika elektrycznego, ale nie mamy w namiocie gniazdka.

4) W kwestii opalania to mamy boleśnie opaloną lewą część ciała, natomiast prawą będziemy sobie doświetlać w solarium już w Polsce.

Czy mamy jakieś sukcesy? A i owszem.

1) Dotarłyśmy na Cabo de Roca – najbardziej wysunięty na zachód punkt lądu stałego Europy!

2) Razem z cukinią.

3) Wreszcie zaczynamy poruszać się w stronę Porto, a nie kręcić się w koło jak te kury bez głowy.

4) Po dwóch dniach udało nam się w końcu umyć <3

5) Dziś wstałyśmy przed 10:00!

Czyli więcej sukcesów niż porażek.

Jeśli ktoś spyta, czemu zrobiłyśmy do tej pory tak mało kilometrów, już biegniemy z odpowiedzią: po prostu jesteśmy mistrzyniami kosmosu w śpieszeniu się powoli (oraz powolnym jechaniu pod górę), szczególnie w Portugalii. Jakoś jest piękniej wtedy i więcej można dostrzec. Czego i Wam życzymy 😉

cabo_da_roca_rowerem

cabodaroca_rowerem

cabo_da_roca_rowerem2

cabodaroca
cabodaroca_rowerem
sintra

sintra2

sintra

Dzień 4-7: 112 km. Wiatr chłoszczący dusze // Santa Cruz – Peniche – Lagoa de Óbidos (rezerwat) – Nazare

Mamy w Portugalii dwa główne zmartwienia, które chłoszczą dotkliwie nasze dusze i wyciskają łzy z oczu niczym scena śmierci Mufasy albo wysokość naszych comiesięcznych wypłat. To oczywiście podjazdy oraz, trzymajcie się mocno, zimny, nieprzyjazny wiatr. Bo wieje tak, że ić pan. Wiatr wieje rano, gdy myjemy zęby gdzieś pod krzakiem, wiatr biczuje nasze twarze podczas pedałowania i każe zakładać kurtki, choć słońce pali na potęgę, wiatr wciska nam do buzi włosy, gdy wcinamy bułkę z sardynką patrząc na wzburzony ocean, wiatr trolluje nas, gdy staramy się zrobić siusiu i wyjść z tego, że tak powiem, suchą stopą; no i nocą, gdy już grzejemy nasze przewiane nerki w namiocie, wiatr kołysze nas do snu, szuuuu szuuuu.

wiatr

A najgorsze jest połączenie wiatru i podjazdów, bo to wygląda trochę tak, że my bardzo chcemy podjechać pod górę, a wiatr bardzo nie chce, byśmy jechały pod górę. Znaczy – odwieczna walka herosów i żywiołu.

A tak poza tym, nie licząc zapalenia spojówek Marty, jej zepsutego hamulca (naprawionego na gumkę recepturkę) oraz jajowatego koła Basi – to mamy się świetnie!

hamulec

Krajobrazy zmieniają się jak nastroje kameleona podczas pms – czasem wydaje nam się, że jesteśmy w Australii i zaraz wyskoczy nam na drogę jakiś kangur (dlatego staramy się nie szarżować! Przecież nikt z Was nie chciałby mieć na sumieniu kangura), czasem trochę jest jak w Rheinland-Pfalz albo w Sandomierzu, bo lądujemy nagle w polach winorośli (pozdrowienia dla naszej nawigacji), czasem przejeżdżamy przez miasteczka przypominające Saint-Tropez albo bogate dzielnice San Francisco, które tymi swoimi polami golfowymi i białymi willami wręcz krzyczą „to nie jest kraj dla biednych ludzi”, czasem siedzimy na nowozelandzkich klifach, a czasem (to znaczy raz) lądujemy w Peniche i tu już nie mam porównania. Peniche to takie śmieszne, portowe miasto, które pachnie sardynką, w którym każdy nastolatek potrafi surfować i w którym jest już po sezonie – dlatego, jeśli zostajesz tu dłużej niż jeden dzień, wciąż spotykasz tych samych spóźnionych turystów kursujących między plażą (na której, niespodzianka, wieje) i restauracją a Sardinha (jedną z czterech jeszcze otwartych). A jeśli masz zamiar wieczorem wyjść pozwiedzać, to trochę strach dreptać po pustych uliczkach, ale potem dochodzisz do knajpki z muzyką na żywo i okazuje się, że siedzi w niej całe miasteczko, i już nie ma strachu, i zamawiasz wino, a potem wyjesz razem z lokalsami „oooo, your sex is on fireeee!”. Tak było.

bagna_portugalia

jazda

budynek

peniche

Dziś, po przedarciu się przez rezerwat Lagoa de Óbidos (gdzie spędziłyśmy też noc, rozbijając się na dziko pod pełnym gwiazd niebem, najpiękniejszym, jakie widziałyśmy w Portugalii) oraz przejażdżce Ciclovia Atlantica (Marta: Basia, autostrada rowerowa, w końcu nadgonimy, jesteśmy uratowane! Basia: Aha, spójrz, co wyłania się zza zakrętu… lepiej zmieniaj przerzutkę na 1-1) trafiłyśmy do Nazare i od razu zostałyśmy napadnięte przez babcie w długich skarpetach. Babcie słyną z tego, że oprócz tradycyjnego stroju mają ważne zadanie – napędzać turystów do swoich apartamentów. Ze szponów babć uratowała nas dwójka Polaków, którzy migiem zapakowali cały nasz majdan do swojego vana, zawieźli nasze leniwe tyłeczki na kemping oraz uraczyli smakołykami. I tak sobie teraz siedzimy i myślimy, że czasem człowiekowi niewiele do szczęścia potrzeba – trochę jedzenia, ciepełko, łóżko, siostrzana dusza obok… no i jak nie wieje.

lagoadeobidos_rowerem

namiot

lagoa_de_obidos

portugalia_gotowanie

portugalia

asfalt_portugalia

ludzie_portugalia1
ludzie_portugalia2

Słuchajcie, a teraz będzie apel. Trzymajcie kciuki, bo mamy tylko trzy (max cztery) dni, by dotrzeć do Porto! Przed nami jeszcze jakieś 210km. Damy radę? Wypadałoby!

PS Jeśli jesteście ciekawi, co dzieje się z cukinią… Nie, nie zjadłyśmy jej (choć ugotowałyśmy jej siostrę, siła wyższa). Wciąż wiernie nam towarzyszy – już jutro uchylimy rąbka tajemnicy!

Dzień 8: 80 km. Poznajcie Jadwinię // Nazare – Figueira da Foz

Tośmy dziś pocisnęły! Dostałyśmy rano potężnego motywacyjnego kopa od chłopaków (dzięki Kyrgyz Team, dzięki mężu Burzy, dzięki Podróże Pana Szpaka!), zjadłyśmy pożywne śniadanie, po czym ruszyłyśmy z kopyta jak młode, wyspane, szukające przygód kobyłki. Portugalia była dziś dla nas względnie łaskawa – wiatr co prawda wciąż nas spowalniał (a raz to nawet chciał Basię zrzucić z mostu, ej serio, to był najgorszy przejazd przez most we wszechświecie, 2,5 kilometra wyciskające łzy z oczu), ale za to zrobiło się nieco bardziej płasko, no i większą część trasy jechałyśmy elegancką Estradą Atlanticą, która wyglądała, jakby Portugalczycy zbudowali ją specjalnie na naszą cześć i chwałę, bo korzystałyśmy z niej tylko my, ej Portugalczycy, naprawdę nie trzeba było.

Ale my w sumie nie o tym. Pamiętacie cukinię, która podróżuje z nami w karimacie? No więc cukinia Jadwinia świetnie się w Potugalii bawi. Zresztą co tam będziemy opowiadać, zobaczcie sami.

cukinia1

cukinia2

cukinia3

cukinia4

 

Last but not least. Jesteście ciekawi, na czym polegała poranna motywacja? Łapcie!

 

Dzień 9: 70 km. Coraz bliżej Porto, coraz bliżej Porto! // Figueira da Foz – Aveiro

Wyjechałyśmy w trasę późno, bośmy się zagadały jak te przekupki na targu z przemiłym Szwajcarem i jego psami.

ludzie3

piesel

A potem było raz pod wozem, raz pod wozem. Czyli 10 km podjazdów na start, udar słoneczny, jedna przebita dętka, rozładowana nawigacja, przedzieranie się już po ciemku przez straszny, straszny las rodem z Królewny Śnieżki (właśnie wyciągamy kolce z nóg) i, jako że wjechałyśmy na chwilę w głąb lądu, jakaś taka lekka tęsknota za widokiem oceanu i tym zimnym oceanicznym wiatrem, co wdziera się w duszę, zrzuca z mostów i sprawia, że kierujemy w stronę Portugalii najbrzydsze przekleństwa, jakie znamy (to ci sturba, psia ją cholera w suczą by ją wlań!). Wreszcie o 21.00 stanęłyśmy pod drzwiami hostelu w Aveiro, bo nam się łóżko zamarzyło, takie z nas królewny! Po 10 minutach naciskania dzwonka, stukania w drzwi, czekania (Basia to nawet siku skoczyła w krzaki) i dziwienia się, że hostel jednocześnie otwarty i zamknięty, taki hostel Schrödingera, zorientowałyśmy się, że wejście jest z drugiej strony budynku. Hehe.

I uwaga, teraz będzie refleksja.

Tak, jesteśmy kobietami, kobyłkami na rowerach, ale w tej części świata nie ma na to taryfy ulgowej. Ludzie tu do turystów raczej przyzwyczajeni, kobiety po Europie same też podróżują – to, co wzbudziłoby odruchy opiekuńcze gdzieś w Azji, gdzie przy okazji otoczyłaby nas jeszcze gromadka dzieci, tutaj zostaje skwitowane co najwyżej uśmiechem, trąbieniem albo życzeniami pomyślnej drogi. A najczęściej obojętnością (ta drgająca brew mijających nas kierowców, gdy wymieniałyśmy dętkę przy drodze…). Ale radzimy sobie, taryf ulgowych nam nie potrzeba i wcale ich nie oczekujemy!

detka2

naprawa

Tylko ci Portugalczycy… Coś nie mamy do nich szczęścia. Z jednej strony uśmiechnięci i bezproblemowi, szczególnie kobietki miód-malina, do rany przyłóż. Z drugiej strony – portugalskie chłopy to takie lenie, że leniwce mogłyby im buty czyścić (jakby im się chciało)! Słuchajcie tego.

Szukamy nowej butli z gazem lub nowego palnika, wreszcie znajdujemy niewielki sklepik tuż przy drodze w Santa Samanta. Wchodzimy. O, na najwyższej półce lśni nasz Święty Graal. Za ladą dwóch starszych sprzedawców, udają, że nas nie widzą, po angielsku nie mówią, ale nic to, jedziemy z koksem, od czego jest język rękowy i tych parę słów po portugalsku, które przyswoiły nasze kobiece głowy. W każdym razie – staramy się.

Marta: Bom dia, miły panie sprzedawco. Niech pan spojrzy, halo, tutaj jestem – tu mamy butlę, a tu palnik, jedno do drugiego nie pasuje, zaradzić temu chcemy. Panie kochany, niech pan nam pomoże! O, tam wysoko na półce widzę coś, co może nam się przydać.
Ernesto, pan sprzedawca (drapiąc się w głowę): Nie, to nie będzie pasować.
M: Ale panie sprzedawco, niech pan pokaże chociaż, sprawdzimy naocznie.
E: Nie, nie, nie, nie będzie pasować. Nie, nie, nie.
M: Sugerowałabym jednak…
E: (z rozbrajającym uśmiechem): Nie.
M (wyciągając cukinię): Ręce do góry, jak nam pan tego nie ściągnie, to wysadzimy tę budę.

Ernesto niechętnie obrócił się na pięcie, niechętnie przyniósł drabinę, niechętnie na nią wszedł, stał na niej tak z trzy minuty, po czym niechętnie sięgnął po palnik.

B: O, niech pan spojrzy, kompatybilny z naszą butlą!
E: Niechętnie przyznaję Wam rację.

Następnie miły pan Ernesto niechętnie udzielił nam rabatu (jakoś tak po Azji mi zostało, że ceny negocjuję nawet z biletomatami albo bramkami na autostradach) i równie niechętnie pożegnał dwie, spalone słońcem, uszczęśliwione nowym nabytkiem rowerzystki.

portugalia_rowerem

Meu Deus… Gdzie ci portugalscy mężczyźni na miarę czasów, gdzie te chłopy? Chyba w tej podróży więcej szczęścia mamy do innych krejzoli-podróżników 😉

Ale koniec marudzenia! Do Porto jeszcze 85 km – przed nami ciężki dzień, spinamy poślady i dajemy czadu!

Dzień 10: 85 km. Mamy to! // Aveiro-Porto

Aaaa, mamy to, dotarłyśmy do Porto! Po ciemku, z paroma siniakami więcej i lekko zestresowane, bo przez kilkanaście km śledził nas jakiś zboczuch, ale jesteśmy, żyjemy, mamy się dobrze!

Tym samym etap Portugalia projektu Portugistan uznajemy za zakończony.  Dziękujemy Wam wszystkim za pozytywną energię, dziękujemy wszystkim, którzy do tej pory wsparli Olega – to Wy byliście dla nas największymi motywatorami  Jesteście wielcy! Tymczasem wyjawimy Wam pewien sekret… Otóż: serca nasze płaczą, że zamiast na rower wsiadamy jutro do samolotu! Jest niedosyt i coś czuję, że to nie nasza ostatnia rowerowa przebieżka 😉

porto

Przez 10 dni – my, kobyłki, Marta i Burzka – przepedałowałyśmy 480 kilometrów, zwiedziłyśmy Sintrę, wdrapałyśmy się na zamek Maurów, dotarłyśmy na Cabo da Roca – najbardziej wysunięty na zachód punkt lądu stałego Europy, zakosztowałyśmy nocnego życia Peniche (pijąc winko i drąc japki do muzyki na żywo), zachwycałyśmy się rezerwatem Lagoa de Óbidos, raz nawet ubrałyśmy bikini i podjęłyśmy próbę kąpieli w lodowatym Atlantyku; pokonałyśmy nieskończoną ilość podjazdów, walczyłyśmy z portugalskim wiatrem, który przeklinałyśmy, by później za nim zatęsknić, nocowałyśmy głównie na dziko i na kempingach, gotowałyśmy sobie obiady siedząc na klifach i dając się hipnotyzować przez fale; leczyłyśmy zapalenie spojówek i otarcia tyłeczków, pokazałyśmy środkowy palec comiesięcznemu babskiemu zmartwieniu; wchłonęłyśmy kilogramy pastais de nata i pao de Deus; jeździłyśmy po asfalcie, rowerostradach (!), kostce brukowej, szutrze, piachu, tarce, błocie, kamieniach – przez knieje, urokliwe wioski, miasteczka, drogi szybkiego ruchu; wpakowałyśmy się jakiemuś Emanuelowi na pole kukurydzy, Sanchowi na pole dyniowe, Carlosowi podjadałyśmy winogrona; jak nie można było jechać, to rower i cały nasz dobytek pchałyśmy, przenosiłyśmy przez kolczaste ogrodzenia, przeprowadzałyśmy przez ciemny las; bywało, że nie myłyśmy się przez dwa dni albo myłyśmy się w butelce wody; jak się rower zepsuł (dętka, siodełko, hamulec), to gonaprawiałyśmy, a trąbiono na nas jakieś 1653 razy (głównie z sympatii).

portugalia_dlaolega

zasieki

winogrona_portugalia

basia_portugistan

namiot_portugalia

Przez te 10 dni ani razu się nie pokłóciłyśmy (!!), wdrażałyśmy za to w życie projekt „głupawka na każdy dzień”, odkryłyśmy istnienie nowych mięśni, nie przejmowałyśmy się zbytnio fakapami i dałyśmy się ponieść pięknej, nieobliczalnej, często dzikiej i chaotycznej Portugalii.

Jeśli ktoś nas spyta, czy było warto, odpowiemy: człowiecze, wsiadaj na rower i sprawdź, jak to jest, gdy po kilkukilometrowym podjeździe stajesz spocony na szczycie i widzisz dywan lasu rozciągnięty aż po horyzont, albo potężne klify i wzburzony ocean, przed którym czujesz respekt, albo rozrzucone na wzgórzach biało-niebieskie domki… a potem rzucasz się w dół.

rower_portugalia

Ostatnie chwile w Portugalii, zbieramy się i ruszamy na podbój Porto (no i w poszukiwaniu kartonów na nasze rumaki)!

Dzień 11-12: Finał. Adeus, Porto!

Miało być rozkoszowanie się ostatnim dniem w Portugalii, leniwe wałęsanie się po Porto, przedrzeźnianie mew, ale przecież nie byłybyśmy sobą, gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, prawda? Jeśli myślicie, że zdobycie dwóch kartonów na rowery to bułeczka z miękkim serowym masełkiem, to macie rację, o ile szukacie tych kartonów w Holandii. W Portugalii natomiast to bardziej taka czerstwa kromka chleba posmarowana nożem – szczególnie w Porto kultura rowerowa dopiero raczkuje, wszak nikt o zdrowych zmysłach nie będzie wspinał się stromymi uliczkami tylko po to, żeby dajmy na to podjechać sobie rano po śniadanie, bo od razu to śniadanie spali, więc bez sensu, tym bardziej, że śniadanie w Portugalii to najczęściej kawa z kawą, a no i jeszcze rogalik; na spotkanie z amigos też nie pojedziesz, bo z takim spoconym człowiekiem nikt nie będzie chciał gadać i tak dalej, i tak dalej.

porto_uliczka

W żadnym z sześciu sklepów rowerowych, które odwiedziłyśmy, kartonów nie mieli (przy okazji dowiedziałyśmy się, że te rowery to tak nie bardzo schodzą, patrz wyżej), w wypożyczalni rowerów koleś chciał od nas 20 euro za kartony, w których trzymał Krossy (do boju, Polsko!), więc jedyne, co mogłyśmy zrobić, to patriotycznie wyśmiać go przez łzy. I potem z tymi łzami na policzkach dotarłyśmy tam, gdzie żaden człowiek nie dochodzi, czyli na drugą stronę mostu – i po drugiej stronie mostu wyszło dla nas słońce, zamiauczał puszysty kotek, uśmiechnęła się panda, zatańczył lemur, znaczy znalazłyśmy. „Wreszcie czas dla nas” – ucieszyła się Basia i jakby na potwierdzenie jej słów wybiła godzina dwudziesta.

Tym samym zostało nam parę godzin w Porto, zatem zrobiłyśmy to, co każdy turysta powinien zrobić w Porto, gdy ma mało czasu, czyli zaprzyjaźniłyśmy się z Indusem ze sklepu z pamiątkami, gdzie spędziłyśmy ponad godzinę rozmawiając o bollywoodzkich filmach, bezpieczeństwie w Delhi i życiu na emigracji.

Ach, i jeszcze poszłyśmy na wypasioną kolację z lizbońskim fado (czyli takim fado z importu) oraz pogaduchy z naszą wspaniałą hostką, Emilią, przy kieliszkudziesięcioletniego porto. A CO SE BĘDZIEMY ŻAŁOWAĆ. Pięknie było.

winko

A potem jeszcze tylko dwie godziny niespokojnego snu (wciąż nam się zdawało, że ktoś kradnie kartony, które zostawiłyśmy na klatce schodowej – kij z rowerami, ale za te kartony to byśmy zabiły), sprint na kacu na stację metra, na lotnisko, rozkładanie i pakowanie rowerów w rekordowym czasie 45 minut i 25 sekund (i to jest według nas większy wyczyn niż przejechanie tych marnych 480 km), aż w końcu wbiegłyśmy zdyszane do samolotu, gdzie przybiłyśmy sobie żółwiczki, uroniłyśmy łzę zmęczonej radości i zasnęłyśmy jak dzieci. A potem otworzyłyśmy oczy i było już rano, i leżałyśmy przy boku swoich stęsknionych chłopaków, i dostałyśmy śniadanie do łóżka w pakiecie z masażem łydek, i powiedziałyśmy sobie: czy z życia można wycisnąć więcej?

kartony

Portugalia na rowerze mapa

Portugalia na rowerze

Dziewczyna z sąsiedztwa i sportowa łamaga. Jej drugie imię to Sprzeczność. Boi się skakać do wody na główkę, a jednocześnie jara się lotem na paralotni. Boi się jeździć na nartach, ale uwielbia przemieszczać się stopem. Nie widzi problemu w zmianie swojego życia o 180 stopni. Zawodowo: event manager i copywriter. Społecznie: psi wolontariat. Podróżnicza specjalność: kraje azjatyckie, tuptanie po równinach i górach oraz Wszędzie-Byle-Rowerem.

komentarz

  1. Partycja
    6 września 2017

    Świetna relacja i zdjęcia. 🙂 Z przyjemnością przeczytałam. 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *